Lubię czasem zajrzeć do książek z dzieciństwa. Czasem je przeglądam, czasem się wczytuję.

To prawda, ich znajomość znacznie ułatwia sprawę, gdy trzeba coś kupić jakiemuś dziecku w rodzinie. Ja nawet tworzę listę książek, które już kupiłam swojej chrześniaczce, by przypadkiem w przyszłości tytuły się nie powieliły.
Wiadomo - książki dla dzieci bardzo często mają proste przesłanie, stąd nam może się wydawać, że ich treść jest kruchutka. No, ale pamiętajmy, że jako trochę większe dzieci mamy już inne spojrzenie na świat.
"Kubuś Puchatek" - bardzo mile wspominam tę książkę, ale jednak mam kilka dla mnie cenniejszych, na przykład "Przygody Filonka Bezogonka" Knutsson. Ta książka jest dla mnie ważna, gdyż jest o kotach, moich ulubionych zwierzęciach (do dziś mi to zostało... poza tym te książki, gdzie koty mówią ludzkim głosem - cudo), no i dostałam ją na koniec pierwszej klasy w podstawówce - to pierwsza nagroda za wyniki w nauce.

A wracając do Kubusia Puchatka, to straszliwie mi się nie podoba jak już takie większe dziecko, studiujące lub starsze ma styl bycia "kubusiopuchatkowy". Nie potrafię się dogadać z takimi ludźmi... Może to też o mnie świadczy, no ale przyznaję, bez bicia, że nie mam nic przeciwko czytaniu "Kubusia Puchatka" w każdym wieku, no ale żeby aż tak mocno się upodabniać...