Gdy poszedłem do księgarni z chęcią kupienia ksiązki fantastycznej miałem do wyboru albo Operację... albo Przenajświętszą Rzeczpospolitą Piekary. Miałem ochotę na jakąś futurystyczną fantastykę. I choć Operacja była średnia, to jednak z tego co czytałem na forach i tak wybrałem lepiej.

Operacja.. to książka typowo dla młodzieży. Przygodowa, szybko się czyta. Właściwie przeczytałem w jeden dzień. A po kilku zapomniałem. Operacja to książka typowo rozrywkowa, dla zabicia czasu. Łatwo wchodzi i równie łatwo wychodzi z głowy po przeczytaniu. Kiedyś nawet napisałem recenzję. Takie wtedy miałem odczucia po lekturze:
Operacja "Dzień Wskrzeszenia" – Andrzej Pilipiuk
Rok 2014, krajobraz po wojnie nuklearnej. Dwie trzecie mieszkańców Ziemi nie żyje. Tą katastroficzną wizją autor wprowadza czytelnika w świat opowieści. Jednak pomyli się ten, kto stwierdzi, że jest to opowieść o losach świata po globalnym kataklizmie.
W tajnym instytucie w Warszawie grupa naukowców opracowała maszynę umożliwiającą podróże w czasie. Aby odwrócić historię wysyłają w przeszłość ludzi, których zadaniem jest unieszkodliwienie przodków szalonego polskiego prezydenta-militarysty, którego chęć uczynienia z Polski mocarstwa atomowego doprowadziła do niemal całkowitej zagłady ludzkości.
Bohaterami książki Pilipiuka jest piątka młodych ludzi wytypowanych spośród tysięcy dzięki szczegółowym testom psychologicznym. Oni mają to zadanie wykonać.
Na okładce książki Jacek Dąbała pisze: „Andrzej Pilipiuk nie traci czasu na rozwlekłe opisy ani literackie popisy…” Zgadza się. „Dzień Wskrzeszenia” czyta się szybko, cały czas coś się dzieje. Opisów jest mało, choć trudno powiedzieć czy to jest zaleta czy wada. Jest to na korzyść szybkiej akcji, jednak nie sprzyja lepszemu poznaniu świata przedstawionego. Zabieg ten upodabnia książkę do literatury sensacyjnej.
Temat, z którym autor spróbował się zmierzyć jest trudny. Podróże w czasie nie są nam jeszcze znane (i pewnie długo nie będą). Nie znamy dokładnie praw rządzących czasem. A tak po prawdzie nie wiadomo nawet czy takie podróże są w ogóle możliwe. Tak więc wszystkie dociekania fantastów są tylko ich własną wizją, tym bardziej udaną, im bardziej przekonującą. A jest bardzo wielka liczba pytań, które pojawiają się podczas rozważania nad barierami czasu. Andrzej Pilipiuk stara się przynajmniej częściowo na nie odpowiedzieć. Czytając „Dzień Wskrzeszenia” możecie sami ocenić na ile mu się udało. Na pewno autor stara się wyjaśnić na jakiej zasadzie odbywają się skoki w czas. Ma swoją wizję i wykłada ją czytelnikowi. Pojawiają się jednak nieścisłości w owej teorii, drobne wprawdzie, ale są.
Język powieści jest taki, powiedziałbym – „współczesny”, mniej literacki niż kiedyś. Krótkie zdania, czasami wtrącenia z mowy potocznej. Współczesna fantastyka pisana jest często w ten sposób, wykazując tendencję do skrótowości. Książkę wtedy, owszem, czyta się szybkiej, niemal jednym tchem. Ale takie książki najczęściej po przeczytaniu się szybko zapomina. Bo oprócz wartkiej akcji nie pozostaje nic, co mogłoby nam utkwić w pamięci na dłużej. Niewiele jest rzeczy, które zmuszają na chwilę do zastopowania, do refleksji, zastanowienia.
Jeżeli potraktować tę powieść jako czystą rozrywkę to z dużym prawdopodobieństwem mogę zapewnić, że nikt się nie zawiedzie. „Operacja – Dzień Wskrzeszenia” zapewni nam miły wypoczynek. W sam raz na długi jesienny wieczór, gdy za oknem paskudna pogoda.
Biorąc „Operację…” pierwszy raz do ręki spodziewałem się, że elementów fantastyki będzie w niej więcej. Tymczasem lwia część akcji dzieje się jednak w XIX-wiecznej Warszawie. Bardziej pasuje zatem na półkę z książkami o fabule historycznej niż fantastycznej, bo w zasadzie tylko motyw podróży w czasie wiąże się z fantastyką.
4/6