1. Stephan Donaldson, "Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka" -- za niezwykłą wyobraźnię autora i wielopłaszczyznowość opowiadanej historii.
Właściwie nie wiadomo, czy Kraina, do której przenosi się główny bohater, istnieje naprawdę, czy nie.
Krótkie streszczenie pierwszych "Kronik..": Thomas Covenant, pisarz mieszkający w małym amerykańskim miasteczku, odkrywa u siebie trąd. Opuszcza go żona z małym synkiem, a pisarz staje się obiektem nagonki mieszkańców miasteczka, którzy uciekają się do coraz brutalniejszych sposobów, by zmusić go do odejścia. W dodatku cały czas walczy z chorobą, obsesyjnie dbając o czystość i nieustannie sprawdzając, czy nie ma na ciele jakichś otarć lub zadrapań, które spowodowałyby dalszy rozwój trądu. Na ulicy pada nagle potrącony (?) przez samochód, i budzi się w niezwykle pięknej, idealnej Krainie, gdzie zostaje uzdrowiony i odkrywa, że wszyscy wokół uważają go za inkarnację starożytnego bohatera, który ma uchronić świat przed zagładą planowaną przez wyjątkowo wrednego Lorda Foula, a dokonać ma tego za pomocą niezwykle potężnego artefaktu, który ma przy sobie.
Niestety:
1. Covenant nie może sobie pozwolić na to, by uwierzyć w realność Krainy i swojego ozdrowienia, gdyż po powrocie do realnego świata nie będzie umiał ponownie zmusić się do pogodzenia z losem i utrzymania surowej dyscypliny, która jest jedynym sposobem powstrzymania choroby,
2. artefaktem jest jego ślubna obrączka, kojarząca się dla niego ze wszystkim, co utracił,
3. nie ma pojęcia, jak wyzwolić jej moc, a im bardziej się stara i im więcej przyjaciół ginie wokół, tym bardziej jest bezsilny.
W związku z tym zamiast zachowywać się jak porządny bohater fantasy, Covenant manipuluje, ucieka, zadaje ból, staje się przyczyną tragedii, w niczym nie pomaga, a na zrozumienie i współczucie mieszkańców Krainy odpowiada wrogością i zgorzknieniem. Im bardziej przywiązuje się do Krainy i jej mieszkańców, tym bardziej przyczynia się do jej zniszczenia i tym większy ma wstręt do siebie. W dodatku do końca nie wiadomo, czy Kraina jest prawdziwa, czy jest projekcją jego stosunku do siebie i świata.
Poza tym w książce są wspaniałe opisy krainy (najczęściej z lotu ptaka), pełnokrwiści bohaterowie, skomplikowana mitologia i oryginalne rasy ludzi, koni, Gigantów itp., a także ciekawe rozwiązanie działania magii, czyli jest to pełnoprawna fantasy.
2. "Saga Lodu i Ognia", G.R.R. Martin -- rewelacyjna, skomplikowana, inteligentna fantasy. Dziesiątki głównych bohaterów, a każdy ma własną osobowość. Powiedziałbym:brawa dla autora, ale się na niego boczę, bo zamiast pisać dalszy ciąg, nieustannie to odwleka.
3. "Pamięć, Smutek i Cierń", Tad Williams -- no co... uwielbiam ten cykl

4. "Diuna" -- oczywiście...
5. "Ziemiomorze" , U.L. Le Guin.
A gdyby było można wyliczyć więcej niż 5 pozycji, dodałabym:
"Kroniki Amberu", R. Zelazny,
"Mówca umarłych", O.C. Card,
"Gdzie wasze ciała porzucone", P.J. Farmer,
"Lyonesse", J. Vance,
"Hyperion", D. Simmons (ale nie jestem pewna, czytałam to na porodówce, spałam po najwyżej 2 godziny pod rząd i chyba byłam przez to trochę na fazie)
"Las ożywionego mitu", R. Holdstock,
"Mordant's Need", S. Donaldson (nie wiem, czy wyszło po polsku).
To nie oznacza, że nie lubię Sapkowskiego, ale kiedy przeczytałam po raz setny, że Geralt uśmiechnął się paskudnie i komuś wargi pękły jak miażdżone czereśnie, trochę mi to obrzydło. Poza tym wszyscy bohaterowie mają manierę. Manierę mówienia. Mówienia z kropkami.