Istotne jest, by książka była dobra, narodowość autora nie jest specjalnie istotna. Aczkolwiek ze względu na ten sam krąg kulturowy, w którym się wychowałem, co zrozumiałe, książki polskich autorów są mi częstokroć bliższe.
Zrobiłem zresztą mały eksperyment - mojej dobrej przyjaciółce z Anglii podarowałem w prezencie "The Last Wish". Książka jej się podobała, ale bez takich zachwytów, jakie wzbudzała w Polsce. Wiele rzeczy, jak choćby ta polska przaśność albo jej umknęły, albo do niej nie przemówiły, a zapytana o to, jakiego rodzaju kreacje światów przypadają jej najbardziej do gustu, odpowiedziała, że z fantasy to takie w stylu Gemmella, czy Eriksona. Cóż... Do tego tłumaczenie... Hmm, nie jest złe, ale nijak ma się do soczystości języka Sapkowskiego. Przy nim język Martina, czy Zelaznego w oryginale wypadają lepiej. A to z pewnością działa w obie strony. Wiele książek na nasz język też zostało "przetłumaczonych" tak fatalnie, że wręcz zostało zarżniętych. Vide "Pan Światła" Zelaznego - chwała Piotrowi Cholewie, że przetłumaczył ten tekst jeszcze raz, bo poprzedniego "tłumacza" powinno się za jego "pracę" solidnie wybatożyć.
Wracając do tematu zaś - zawsze zastanawiało mnie, jak Bułyczow w tak porąbanej rzeczywistości jak w ZSRR potrafił tworzyć tak pełne ciepła teksty? Do tego ile rzeczy cenzorzy nie przyuważali (a może nie chcieli zauważyć?) to aż mi się w głowie nie mieści. Dotąd Bułyczow jest chyba moim ulubionym autorem zza wschodniej granicy, nie żaden tam Łukjanienko, czy inni promowani obecnie głównie przez Fabrykę autorzy, nawet nie Strugaccy, których również bardzo lubię.