Zacząłem od "Hobbita", wiele lat temu (gdzieś w podstawówce), później była przerwa spowodowana ogólną awersją do książek, która na szczęście minęła i mogłem zacząć "biblię Fantasy".
Pamiętam, był rok 1997 czy 98, czyli jakaś druga klasa liceum, wczesny marzec, resztki śniegu na ulicach, mały stragan z książkami i tam...Jest! Wydanie z tłumaczeniem J. Łozińskiego czyli pierwszy tom - "Bractwo Pierścienia". Zacząłem czytać jeszcze tego samego dnia, skończyłem dnia następnego. Pamiętam mega wrażenie jakie zrobił na mnie Balrog i orkowie w Morii a następnie przeprawa przez Anduinę.
Następne dwa tomy zdobyłem z miesiąc później i pamiętam, że całość miałem za sobą jeszcze przed wakacjami. Miejscami, wiadomo książka mnie trochę nużyła, wykańczały mnie opisy i genealogie, historia i te wszystkie kto był kim i jak się nazywał, ale efekt był jak najbardziej pozytywny.
Do książki wracałem jeszcze ze dwa razy, potem pojawił się film, który według mnie jest majstersztykiem w każdym calu i pierwszą w historii tak udaną ekranizacją klasyki fantasy.
Jakośtak Władca towarzyszył mi do tej pory co krok. Były dyskusje ze znajomymi, namawianie rodziny do lektury a wszystko skulminowało się dwa late temu, gdy zacząłem pisać magisterkę z "Contrastive analysis of the polish translation of LOTR", którą obroniłem rok temu na 5kę. Pisało mi się znakomicie i cały proces był dla mnie niezwykle przyjemny, szczególnie analizowanie różnic w przekładzie Skibniewskiej i Łozińskiego.
Jednym słowem: kanon i reasumując każdy czytelnik i miłośnik książek władcę powinien przeczytać. Polecam!