Autor Wątek: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania  (Przeczytany 2546 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline derawel

  • Admin
  • *
  • Wiadomości: 581
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
WYDAWNICTWO ARS MACHINA oraz Księgarnia Selkar zapraszają do udziału w kolejnym konkursie.
Do wygrania są 2 książki:




2 egzemplarze książki:
Słońce Słońc - Karl Schroeder

Aby zdobyć nagrodę, należy napisać opowiadanie. Bohaterem tekstu ma być postać stworzona przez Henryka Sienkiewicza - Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele. Tytuł opowiadania: Zagłoba w kosmosie.

Tekst musi być własnego autorstwa. Nie uznajemy opowiadań wcześniej umieszczanych w sieci. Swoje propozycje wpisujcie w tym wątku na forum. Pamiętajcie! Każdy użytkownik może dodać do tego wątku jeden wpis konkursowy.

Uwaga! - Osoby, które posiadają ostrzeżenie na naszym forum, nie mogą brać udziału w konkursach!!! Darmowa wysyłka wygranych książek obejmuje tylko i wyłącznie teren naszego kraju.

Konkurs potrwa do 23 sierpnia 2011 włącznie. Zwycięzcy zostaną ogłoszeni w ciągu następnych 3 dni roboczych w tym wątku na naszym forum. Jeżeli w przeciągu miesiąca od umieszczenia wyników nie otrzymamy żadnej wiadomości od zwycięzcy, nagroda przepada!

Sponsorem nagrody w konkursie jest Wydawnictwo Ars Machina.

elemele0dudki

  • Gość
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #1 dnia: Sierpień 16, 2011, 01:21:16 pm »
Temat: Zagłoba w kosmosie.
Przedzierając się przez zarośla, niczym dzik spłoszony, ledwo dysząc i przystając często by złapać oddech Pan Zagłoba wpadł na cienistą polanę ukrytą głęboko w kniei. Oglądając się za siebie wycofywał się drobnymi krokami ku polanie, ocierając pot z czoła po niedawnej ucieczce. Każdy trzask łamanych suchych gałęzi, czym szum wiatru w starych drzewach wzmagał jego niepokój. Wycofywał się ostrożnie, gdy nagle poczuł że na jego szerokie, stare ramiona napiera coś silnie, ba bardzo silnie, zdać by się mogło, że to żelazny tur. Nie, to nie był tur... tylko kawałek statku kosmicznego, który wylądował na polanie w celu dokonania naprawy silnika. Z wnętrza statku wyszedł smok z innej planety, który zaprzyjaźnił się z Zagłobą i wspólnie dokonali naprawy silnika. Poleciał na jego grzbiecie w kosmos, smok napędzany azotem. Pan Zagłoba przeniósł się w najmniej oczekiwanym momencie w inny wymiar, w czasie i w przestrzeni. Ale... oczywiście był to tylko sen..Zagłobie śniło się iż jest w kosmosie i toczy wojnę z kosmitami. Po przebudzeniu zauważył Zagłoba iż jest na Ziemi i może spokojnie oddychać i żyć jak inni Ziemianie. Strach pomyśleć co było dalej...Chyba że znajdą rzeczywiście życie na Marsie, a Kosmos to będzie nazwa miejscowości , natomiast Zagłoba to ich ulubiona marka wódki na Marsie. :)

Offline ArcG

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 6
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #2 dnia: Sierpień 16, 2011, 02:35:13 pm »
Zagłoba w kosmosie

Nim poranek nam zaświta, a beczułka pustką zaświeci opowiem wam przyjaciele historię jakich mało na tym świecie. Ale nie o suchym pysku, o nie! Winem poczęstujcie i na zdrowie Wasze!

Pod Złotym kurem, karczma jak ta tutaj- gorzała i udźce pieczone, a babeczki krągłe niczym jabłuszka - pełen urodzaj!. Pod stropem wisiał dym z fajek nabitych tytoniem aromatu, wanilii i zgnitej mięty, cuchnąco - mącący. Tańcowalim wszyscy w rytm lutni barda Chabereka. Brzdąkał zawzięcie chłopina, aż kobitki piszczały, aż kurz i próchno z dachu szło. Istna sielanka, przednia zabawa do bladego ranka. Towarzystwo całe zdrowo podchmielone, radosne i wszystko ku dobremu. Już mi szumieć w głowie zaczęło, więc rozsiadłem się przy sieni i oglądam jak są wszyscy nawaleni, ubaw po pachy mówię szczerze. A tu nagle trzask paskudny jakby piorun w mętną wodę przygrzmocił. Drzwi od karczmy wywalone, chłód zza progu chatę objął aż cisza nastała. Ludzie gapią się we wrota, wielką czarną dziurę w ścianie, a tam włazi coś przez drzwi i gramoli zawzięcie. Wielka kula wciska się w ten otwór, przejść nie może. Nagle wpada, jak nie runie wprost na pysk, jak nie huknie z plaskiem o glebę, aż żem począł myśleć, że trupem legł jegomość. A tu fircyk jakiś do niego w podskokach pląsa. Chudy jak kostucha, uśmiechnięty aż mu wąs pod oczy się wciska. Cała karczma osłupiała, bo na dworach nawet  o takie widowisko trudno. No i chudy ten człeczyna, dużego podnosić zaczyna, przy czym pręży się i marszczy jak kapeć w deszczu. Ludziska gapią się po sobie logiki u sąsiadów poszukując. Wreszcie co trwało chwil ze dwie, stanęli obaj zasapani. Mały grzecznie się ukłonił pięć swych włosów na czuprynie świecącej prezentując. Duży jakiś gburowaty kiwnął tylko powitalnie.
Stroje mieli dziwne takie, kolorowe, równe jakby z cyrku jakiego. Zauważyłem tedy jak Antek bez zębów do kufla zagląda, pomyślałem o tym samym czy aby gorzała nazbyt mocna nie była. A to może zielsko z fajek zamroczyło, wizje nie z tej ziemi dając. Na to chudy się odzywa tęgim głosem:

- Witajcie Panowie i Panie.  Na imię mam Takson, a to Ortega. Wybaczcie najście, pukaliśmy ale w hałasie tym nikt najwidoczniej nas nie słyszał. Przybyliśmy o pomoc Was prosić.

Objąłem wzrokiem izbę całą. Ludziska zmieszane jakby do kapusty ktoś im piachu nawalił, nikt odpowiedzieć nie raczył. Karczmarz zniknął, więc wstałem ze stołka nieopodal i rzekłem pas swój podciągając.

- Jam Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, witajcie! Zapraszam do stołu na popitkę, opowiecie mi Waszmoście w czym to kłopot macie. - Wypaliłem śmiało i życzliwie dosyć.

Dwa kwadranse później już do ich statku szliśmy, opisać się go nie da takie to dziwo było, bynajmniej nie jak te łupniaki co po stawach brodzą. Cholernie duży i chyba gdzieś maszty pogubił. Spawa zaś poważna była. Ponoć armia cała hołoty psich synów, zamek króla ich oblegała, a jak to odmówić gdy większy bezkarnie malućkich bije!. Więcej w drodze dowiedzieć się mieliśmy, a i audiencja u króla konieczna. Zwołałem tyle chłopa co się dało, niechybną bitkę wieszcząc, a że Polska hardy naród i w ciemię bity nie jest to szablą jak i językiem władać potrafimy sprawnie.
Dalsze dziwy jak sen, tyle że prawdziwy na jawie taki, a kto nie wierzy niech się wrzodami nakryje! W pierwszej chwili, żem nie wiedział co się dzieje, podobnie jak kamraci moi. Dopiero gdy zaduch wewnątrz, od parującej gorzały i potu się zrobił, ktoś wpadł na pomysł taki by okrągłe okiennice uchylić. Cóż za pieruńskie rzeczy zobaczylim. Czerń wokół smolista, plamkami jak ospa wysypana. Czasem jakiś kamień przemknął, a w oddali kolorowe kule widać było, równiuśkie niczym ta w korbaczu rycerskim zawieszona. Paru chłopa lęk obleciał więc zacząłem podśpiewywać.  Bard Chaberek, którego też na pokład wniesiono, podchwycił to rychło i o smole gęstej począł śpiewać:

- Mimo iż smoła czarna, lepka to nie tknie polskiego łebka…

Zatrzęsło, huknęło aż wszyscy na siebie powpadali, tłustymi cielskami innych przygniatając. Wtem jak czort jaki Takson się pojawił i na zewnątrz nas zaprasza. Wysypało wszystkich aż bruk gładki zatrzęsło. Jam na przedzie patrzę gdzie chłop nas wiedzie, a przed nami forteca nie mała. Budowa jakaś insza niż nasze, jak to zwali – „cylindrów” więcej niźli wież poustawianych. Wszystko metalem obleczone i lśniące. Na audiencję sam polazłem wszystko chłopa pod opieką grubasa zostawiając. Ten okazał się dowódcą ich armii, jednoosobowej z resztą.

Za wrotami ciężkimi komnata wielgachna, tak  że sufitu widać nie było. Kolumny na wzór tych cylindrów z dworu, ściany tak surowe jak lochy śmierdzące symbolami jakimiś poznaczone. Chłód i wilgoć, aż mnie ciarki naszły, nie to ze strachu bo ciemności to tylko dzieciska za młodu się boją, ale przyjemnie tam było jak w studni pełnej ropuch. Podchodzę bliżej i oczom nie wierzę. Na wielkim tronie zamiast władcy, kurak jakiś śniedzi, cały w piórach białych, a na łbie dziób i grzebień czerwony. Rozwalony niczym nasz narodowy Stańczyk i równie strapiony swoją kurzą głowę podpiera.

- Nazywasz się Zagłoba, z Ziemi z Polski Prawda? – Odezwał się nagle całkiem ludzkim głosem.

- Tak! Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, ponoć potrzeba tu dziwny Panie pomocy naszej. Przybyliśmy by przegonić swołocz meczącą krainę Waszą. Dajcie Nam wroga, a my damy Wam wolność…  - odparłem na to.

- Odważne słowa Drogi Przyjacielu, wielu próbowało już pomóc lecznic nie zdziałali. Jak Ty zamierzasz tego dokonać, mając taką tylko garstkę żołnierzy. – Zaskoczył mnie głos ukryty w cieniu.

Wyłoniła się zeń, postać całkiem łysa z obręczą na czaszce, długie czarne szaty i wzrok zmęczony, z domieszką szaleństwa obarczony, tak to księciunio we własnej osobie.

- Wystarczy wzmianki garść o nieprzyjaciołach naszych oraz jadła i gorzały dla każdego, a słowo dać Ci Mości Panie mogę iż spokojny Twój zadek jutro będzie. – Twardo postawiłem swoją sprawę, oczekując na wino i strawę.

- Przystępna Twoja oferta Janie, chodźmy więc porozmawiać… - odrzekł tamten – na kuraka palcem kiwając.


Z narad wyrwał nas grzmot jasisty, plac stał w ogniu, a ponad murami przelatywały kule świetliste, które to bezczelnie rozbijały się na dziedzińcu, językami gorącymi przepiórki i inny drób goniąc. Z udźcem w zębach pognałem na mury by zobaczyć co też te kutwie syny wymyśliły. Wbiegłem i zamroczyło mnie, bynajmniej nie z zadyszki, lecz tego cóżem zobaczył. Armia w setkach albo i tysiącach jak mrówcy piętrzyła się wszędzie wokół. Czarna armata wypluwała płonące bąki wprost na nas robiąc szkód do licha i trochę. Wszyscy byli już na flankach, kryjąc się przed ostrzałem broni dziwacznej „laserami” przez nich zwanej. Wtem pomysł mi zaświtał. Zawołałem Jacka „Śliskim” zwanym i pokazałem mu błotnistą rzeczkę idącą wprost pod kikut strzelający. Ten chwilę później już jak węgorz w bajorze wił się cały zamaskowany, z czopkiem ze słomy, prochu i miodu zlepionym pod pachą. Potem zniknął i widać go już nie było. Czekaliśmy trochę lecz nie wracał, wydawało się, że go nam zaciupali. No i niespodziankę zrobił nam chłopaczyna, wyskakując niczym pstrąg w górę uwalony cały. W tejże chwili pisk powietrze wypełnił, zabuczało i zabłysło. Piękny pokaz fajerwerków był, a wszystko za sprawą korka, który Jacek w lufę wepchnął. Pieśń radości zagrzmiała w naszych gardłach widząc, że tamtym w pięty aż poszło. Nic już nie strzelało tak jak pierzasty błazen wspomniał „zasilania” jakiego czy coś w ten deseń  im zabrakło po wysadzeniu.

Mówiłem Wam, że konie zabraliśmy? Nie? A no właśnie na koniach dokończyliśmy dzieła. Niczym szarża ułańska ze mną na czele, wbiliśmy się klinem w szeregi wroga. Tamci hałas husarski i tętent kopyt słysząc rozpierzchnąć się próbowali, ale na swych krótkich nóżkach nic zdziałać nie mogli. Przy okazji powiem wam, że takich stworów nie spotkałem jeszcze i nie wiem co to za dziwaki, utopce jakie czy inne zjawy, ale ciało mieli po prostu żaby. Samymi szkapami połowę jak powidła rozgnietliśmy, a reszta albo szablą cap, albo na serce ze strachu padła. Zanim zmierzch zapadł ani jeden żabi pysk się nie ostał. Pamiętam, że setki z nich padło spod mojego bułata , a ilu bratkom tyłki żem uratował gdy obskoczyły ściągając z konia i śliniąc obrzydliwie wspominać nie będę. Pieśń na koniec podnieśliśmy wesołą co sił w pyskach zwycięstwo ogłaszając. Po wszystkim już, chłopy zmęczone poszli spać wraz z końmi, tylko mi sił starczyło by jeszcze do króla na wizytę zawitać.

Oblicze jego pojaśniało wielgachnie, szczodrość przy tym obnażając za pozbycie szkodników. Podarował nam pół winnicy, w beczkach jak żubr ogromnych. Co opróżnialiśmy potem tydzień cały począwszy od świtu bladego po zachód słońca czerwony. Po rozmowie i pożegnaniu, mnie też senność zmogła, więc udałem się do statku gdzie spała drużyna moja harda. Obudzilim się jak jeden tuż pod karczmy drzwiami w sztok pijani, widać wynieść po dotarciu nas musieli. Gdzie królestwo to kur pełne się mieści powiedzieć rady nie dam, ale pewno spokój tam tera zawitał.

Po dziś dzień na wspominki mi się zbiera, a gdy spotkacie włochatego Borutę, garbatego Jędrzeja albo innego z którymi ramię w ramię tam walczyłem zapytajcie, a prawdę wam powiedzą.

Na tym koniec, a jeśli ktoś o pomoc Was poprosi o Zagłobę zawołajcie, wspomogę…  a teraz polejcie Chłopy! Zdrowie Wasze!

Offline slavosky

  • Jakub Wędrowycz
  • **
  • Wiadomości: 59
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #3 dnia: Sierpień 16, 2011, 03:45:56 pm »
Od początku podróży spałam. Będąc jedynym członkiem załogi HMS Donald Tusk, zostałam wprowadzona trzysta lat temu w stan hibernacji. Jako że zawsze byłam fanką oldschoolowej rozrywki, a nie miałam nic lepszego do roboty, postanowiłam, że wreszcie ukończę w wirtualnym śnie parę mocno leciwych gier komputerowych z początku XXI wieku.

Pykałam sobie akurat trzeci tydzień w Wiedźmina z najnowszymi nakładkami polepszającymi wrażenie autentyczności (pikseloza, przycinanie się, bugi, beznadziejna AI przeciwników), dzięki czemu czułam się jak prawdziwy gracz z czasów mrocznej epoki przedtransludzkiej. Nagle, w trakcie zażartej walki na maczugi z jakimś trollowatym monstrum, zostałam niespodziewanie zresetowana i przeniesiona do realu, gdzie ujrzałam czerwoną, alarmową kontrolkę i usłyszałam donośne walenie w szybę swej kapsuły hibernacyjnej.

Zdążyłam tylko skojarzyć, że przecież te szyby miały być superwytrzymałe, gdy spadł na mnie deszcz szklanych odłamków. Pewnie znowu oszczędzano i zamówiono chińskie zamiast czeczeńskich, pomyślałam. I wtedy zobaczyłam atakującą mnie istotę.

Był to niesamowicie gruby mężczyzna, prawdopodobnie przedstawiciel homo sapiens, o gabarytach, jakie widziałam tylko u przedludzi w starożytnych filmach. Jednooki, wąsaty, poharatany na czole – nic dziwnego, że początkowo wzięłam go za cyklopoidalnego z Betelgeuse 7 ½. Ubrany to w ogóle był nie po naszemu, długa suknia jakaś, pasem przepasany, czapa na głowie. Zamiast miecza świetlnego miał metalowy, o dziwnym, lekko zaokrąglonym kształcie, i to nim właśnie rozwalił moją kapsułę. Jednak, gdy tylko mnie zobaczył, poczerwieniał jeszcze bardziej, wykonał dziwne ruchy ręką i zaczął wywrzaskiwać w jakimś archaicznym języku. Dwukrotnym zatrzepotaniem rzęsami włączyłam multitranslator.

― … bez przyodziewku? Toć się nie godzi biało, eee… głowie tak paradować, na psa urok! Nie żebym ja gołej dziewuchy nie oglądał, bo kiedy żem z tatarskiego haremu wszystkie nieszczęsne baby oswobodził, to…

Rzeczywiście, spałam tak, jak mnie Matka Natura i Ojciec Genetyk stworzyli, jak każdy zresztą w kapsule hibernacyjnej. Zacmokałam trzy razy, wzywając nanoboty, by mi natychmiastowo zmajstrowały jakąś modną kieckę i zadbały o makijaż. Gruby wąsacz tymczasem schował ów mieczyk do futerału i ciągnął:

― … że to drzwi jakieś, a nie łoże waćpanny! Albo że wychodek, bo miał tu, o, serce wymalowane… – wskazał na wiekową nalepkę Wielkiej Orkiestry Kosmicznej Świątecznej Pomocy.

Okazało się, że wszystkie nanoboty są zajęte naprawą Donalda Tuska, solidnie już poharatanego szabelką wąsacza, więc na pomoc w ubraniu się chwilowo nie miałam co liczyć. Tymczasem wąsacz zdążył rozwiązać swój szeroki pas i zdjąć czapkę z futerkiem. Podał mi je, starając się nie patrzeć w moją stronę.

― Jaśnie wielmożna panienka przyodzieje się, bo inaczej diabły każą mi w piekle na węglach gorących pokładać się, jak jakiemuś, tfu!, fakirowi tureckiemu. Raz tak mnie zresztą Matka Boska skarała, bo kiedyś, u stryjenki kanikuły spędzając, skwarek tłustych prosto z pieca chciałem popróbować, a że już wtenczas kawał chłopa byłem, cztery fajery się pode mną złamały…

Obwiązałam się na piersiach tą jego czerwoną szarfą, a futrzanej czapy użyłam w zastępstwie majtek. Zerknął na mnie i poczerwieniał jeszcze bardziej. Zirytowana coraz bardziej tym pensjonarskim wstydem, chwilowo przestałam go słuchać i wyświetliłam sobie mapę wszechświata, chcąc się dowiedzieć, gdzie jestem i co się właściwie stało.

Okazało się, że niedawno mijaliśmy planetę Selkaris, położoną w podwójnym układzie mgławic Coca-Pepsi, w systemie słonecznym E-571. Ostatni przelatujący tędy wieki temu kosmiczny pancernik uległ jakiejś awarii, przez co zmuszony był do kilkutygodniowego postoju na orbicie planety. Astronauci zmuszeni byli pozostać na zewnątrz statku, bo był wyciek czy przeciek z reaktora albo coś takiego. Nudzili się więc okrutnie, a że nawet do wirtualki żadnej nie mogli się podłączyć, to zaczęli w kosmicznej przestrzeni grać w brydża czy w orbitalną piłkę, a nawet czytać książki w świetle księżyców. Naturalnie, jak to w próżni, spora część wyposażenia podryfowała w kosmos, i przyciągnięta grawitacją Selkarisa, wylądowała na jego powierzchni. Jedną z nich była anachroniczna książka, część jakiejś trylogii, której autor miał jakieś wyjątkowo trudne nazwisko, na S.

Całe szczęście, że nie trylogia Tolkiena, pomyślałam, bo okazało się że planetka to wielkie i myślące, a przynajmniej wykazujące działalność myślopodobną coś, na dodatek potrafiące materializować postaci z dzieł literackich, czy zresztą z czegokolwiek, byle to były płody wyobraźni. Co prawda większość naukowców zgodnie stwierdziła, że to niemożliwe, a zmaterializowanie postaci z książki czy filmu przez obcy umysł wielkości planety to czyste science fiction, ale ów „big brain” nic z tego sobie nie robił, a obrażeni naukowcy uznali, że zapewne nieświadomie żyją w wymyślonym, wirtualnym świecie i ktoś ich robi w konia.

Cóż zatem mogłam zrobić z moim niespodziewanym towarzyszem międzyplanetarnej podróży? Wysłać w kosmos? Użyć lasera dematerializującego? Z tym laserem to może i niegłupie, ale, po pierwsze, nietrafienie w cel groziło unicestwieniem całego Donalda Tuska. A po drugie, jaki to by nie był stwór, inteligentny czy pozorujący inteligencję, osobowy czy bezosobowy, nie miałam ochoty na rozważanie implikacji filozoficznych tegoż faktu, czułam się natomiast bardzo samotna. Skoro dla Selkarisa też znudziły się miliony lat milczenia Kosmosu i zapragnął z kimś pogadać, to tym bardziej dla mnie, w końcu posthomo transsapiens z krwi i kości. Może zamiast pykać w stare gierki lepiej z kimś pogadać, pomyślałam. A książek tego całego Henry’ego Semkewitscha jednocześnie będę sobie słuchać w trybie beta.

Nanoboty tymczasem skończyły łatanie Tuska i wyszykowały mi ekstra kostium w moim ulubionym stylu XXIII-wiecznych baletnic sumo z orbitalnej metropolii Bialystock. Uśmiechnęłam się.

― Może pan śmiało spojrzeć, panie… – powiedziałam, chcąc poznać imię przybysza i przełamać lody. Ten tylko zagwizdał z podziwem:

― Fiu fiu, teraz waćpanna wygląda jak prosto z francuskiego żurnala wyciągnięta, całuję rączki! Jan Onufry Zagłoba jestem! Oo, rączki ma panienka tak zielone, jak te jabłuszka, co kiedyś samemu biskupowi z sadu zwędziłem, a żem był już wtedy chłop nie chucherko, gałąź się pode mną załamała, lecę, patrzę, a tu pod jabłonką stoją wielkie, dzikie, trójgłowe… [tu baza słownictwa mego multitranslatora rozpoznającego pięćset milionów języków martwych, żywych i możliwych okazała się niestety zbyt uboga].

 Zapowiadała się ciekawa podróż.

Offline Aislinn

  • Piotruś Pan
  • *
  • Wiadomości: 24
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
    • Wiedźmowa głowologia
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #4 dnia: Sierpień 21, 2011, 05:14:03 pm »
   Kapitan John Milligan wszedł do portowej knajpy „Pod Czerwonym Księżycem”. Miał kilka godzin wolnego zanim napełnią zbiorniki paliwowe na statku i wymienią kryształy nośne. A zanim zbierze się cała załoga… Westchnął. Jak wylecą przed zaćmieniem, to będzie istny cud.
   Podszedł do baru, wskazał oszczędnym ruchem ręki, że potrzebuje szybkiego kielicha i odwrócił się w stronę sali, by obserwować zebranych. Jego uwagę przykuła grupa ludzi, której przewodził grubawy Ziemianin siedzący przy szerokiej ławie po prawej stronie wejścia. Nie podlegało wątpliwości, że to on jest w centrum uwagi. Ubrany był w nietypowy strój, który krojem pasował bardziej do Weganina, a przy pasie nosił prymitywną broń białą. Mimo to jegomość z pewnością był człowiekiem. I to głośnym. Tubalnym głosem wykrzykiwał kolejne toasty, wymachując przy tym zamaszyście plastikonowym kielichem. Znaczna część zawartości rozlewała się po blacie i zebranych dookoła ludziach. Głośne wybuchy śmiechu świadczyły jednak o ogólnym zadowoleniu z towarzystwa Ziemianina.
   Milligan odwrócił się słysząc charakterystyczne plaśnięcie plastikonu i spojrzał barmanowi prosto w oczy. Było to dość trudne zadanie biorąc pod uwagę fakt, że pracownik knajpy był obcym i gałki oczne dyndały mu nieregularnie na wypustkach, które mężczyzna na własny użytek nazwał czułkami. Uśmiechnął się wymuszenie.
    - Kim jest ten człowiek?
   Nie musiał dodawać o kogo chodzi. Chyba już wszyscy „Pod Czerwonym Księżycem” obserwowali Ziemianina, przysłuchiwali się jego słowom lub przynajmniej nerwowo zerkali w jego kierunku.
   Obcy przełączył mutownik ustawiając go na odpowiednie fale słyszalne dla ludzi i z głośnika rozległ się matowy głos translatora.
   - To Imć Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele.
   Kapitan ze zdumieniem uniósł brwi.
   - Imć? Dziwne imię.
   Obcy wykonał gest mogący być równie dobrze wzruszeniem ramion, jak i potwierdzeniem słów człowieka, a potem wrócił do swoich obowiązków.
   Milligan szybkim ruchem wypił zawartość kieliszka i zdecydowanym, czysto żołnierskim krokiem ruszył w stronę stołu Zagłoby herbu Wczele. Wtedy też zauważył, że mężczyzna ma tylko jedno zdrowe oko. Dlaczego nie wszczepił sobie implantu? Czyżby był żołnierzem szczycącym się swoimi bliznami, których niemało prezentowało się na jego twarzy?
   Zostawiając swoje przemyślenia na później, skinął głową wszystkim zebranym, zwracając przy tym szczególną uwagę na swojego nawigatora, który wyglądał jakby pił już od dobrych kilku godzin. Było to dość ciekawe spostrzeżenie zważywszy, że załoga miała wolne od niespełna godziny.
   - Witam, kapitan John Milligan – oszczędne stuknięcie oficerkami. – Czy można dołączyć?
   - Toć siadaj, waćpan, siadaj – mutownik Ziemianina zatrzeszczał przeraźliwie. Prawdopodobnie nie radził sobie z powodu nieprawidłowego dostrojenia oraz przesadnie głośnego głosu mężczyzny. Wyraźnie zachował jednak odpowiednią barwę i ton. – Jan Zagłoba, herbu Wczele, co snadno poznać po tej dziurze w czele, com ją w walce w Turczech dostał. Jak usiekło, przez trzy nowie mnie trzymało, lecz wiadomo, krew mocna wsze przetrzyma – dla potwierdzenia poklepał się po potężnym brzuchu. – Tom jest tu dziś z wami. Pijmy, ferajna! Do dna! Za kapitana Milligana!
   To mówiąc uniósł kielich i maczając długie wąsiska w złocistym płynie, wypił całą zawartość. Widać było tylko jak mu gardziel chodzi – góra, dół. Reszta otoczenia, mająca jeszcze cokolwiek w kielichach, poszła w jego ślady.
   Ziemianin zamaszyście odstawił plastikon, beknął przesadnie i otarł wargi rękawem. Kapitan skrzywił się nieznacznie, jednak zachował pozory uprzejmego zainteresowania. Przysiadł na brzegu ławy naprzeciwko Zagłoby, chrząknął wymownie.
   - To skąd się pan wziął, panie Zagłoba, na tej zapomnianej przez Federację planetce? Nie mieszka tu nikt poza obsługą portu i kilkoma farmerami, którzy próbują się wyżywić ze swoich plonów.
   - To – mężczyzna pokiwał grubym paluchem – jest dobre pytanie. Historyję całą snadnie wam opowiem.
   Już nabierał powietrza, by rozpocząć, gdy Milligan bezceremonialnie pochylił się nad ławą i zatrzymał dłoń tuż przed mutownikiem zaczepionym na lewym ramieniu Zagłoby.
   - Można?
   Ziemianin skinął głową, a kapitan szybko przestawił kilka pokręteł. Poufale poklepał mężczyznę po plecach i ponownie zajął swoje miejsce.
   - Teraz powinno być lepiej – uśmiechnął się swobodnie.
   Zagłoba chrząknął i przemówił znacznie spokojniejszym, a co najważniejsze bardziej zrozumiałym językiem.
   - Jak się tu pojawiłem, w kosmosie znaczy, sam do końca nie wiem. Prawdopodobnie wypiłem za dużo miodu w karczmie i zasnąłem, a ktoś uznał, że inni bardziej potrzebują mojej pomocy. Jako żem człowiek, który odnajdzie się w każdych warunkach, niestraszne są mi ni arabskie haremy, ni obce strony kosmosu, mogę więc was uspokoić – czuję się tu całkiem dobrze. Dla naszej historyi ważna jest informacja, że trafiłem na statek kapitana Roberta Kowalskiego. Na początku był mi nieprzychylny, ale szybko go przekonałem, że jest moim bratankiem z linii stryjecznej. Wtedy pokochał mnie jak należy kochać rodzinę. Statek nazywa się Chluba, co uważam za zacną nazwę…
   Mężczyzna przerwał, poklepał się po wielkim brzuszysku i z roztargnieniem zajrzał do pustego plastikonu. Na wymowny pomruk szybko uniósł się chętny, który zamówił kolejną porcję wina dla wyjątkowego gościa. Po wypiciu tej (i następnej) kolejki, Zagłoba podjął opowieść.
   - Robert to człowiek nad wyraz uczciwy, co niejednokrotnie świadczy również o łatwowierności, choć nie w tym wypadku, do tego inteligentny i gładki – mutownik zasyczał cicho. Widocznie nie poradził sobie z tłumaczeniem którejś części wypowiedzi. – Przypomina mnie w młodości, może dlatego tak szybko dał się przekonać do wspólnych więzów rodzinnych. No ale do rzeczy… Lecieliśmy Chlubą wzdłuż Pasa Oriona. Kimkolwiek ów Orion był, nosił dziwne stroje, któż to widział pasy tej wielkości, i narobił sobie wrogów – trafiliśmy bowiem w sam środek wojny…

***

   Kapitan Robert Kowalsky szarpnął dźwignię bezpieczeństwa, we wszystkich pomieszczeniach i zakamarkach Chluby rozległ się alarm. Włączył megafon i ostrym, nieznoszącym sprzeciwu głosem wykrzyczał komunikat.
   - Uwaga załoga! Prądy międzygalaktyczne zniosły nas w strefę wojenną w Pasie Oriona. Całkowita gotowość do przejścia w nadprzestrzeń! Pamiętajcie, że jesteśmy jednostką cywilną i nie dysponujemy możliwością odparcia ataku.
   Ostatnie zdanie wypowiedział z pełną premedytacją. Wiedział, że wśród jego ludzi znajduje się kilku emerytowanych oficerów i żołnierzy z różnych formacji galaktycznych. Takich jak Eric Terco, który na pewno by się zjawił i zaczął wygadywać o działkach neutronowych lub bombach wodoroprotonowych, które w mig rozwiązałyby problem. Nie miał teraz sił na tłumaczenie i uspokajanie rozochoconych załogantów widzących rozpromienioną twarz Erica. Nie przewidział jednak jednego…
   - Czym dobrze zrozumiał, żeśmy pod ostrzałem wroga? Kto zatem wróg, kto przyjaciel?
   Kapitan odwrócił się gwałtownie i spojrzał wprost w nabrzmiałe i nieco czerwone lico swojego rzekomego wuja. Miał wątpliwości, co do wspólnego pochodzenia, jednak odpuścił spory już jakiś czas temu.
   Westchnął widząc, a o zapachu nie wspominając, oznaki upojenia w całej osobie krewniaka. Odkąd Zagłoba znalazł pomieszczenia spiżarne, nijak nie dało mu się wytłumaczyć, że nie powinien pić antałka dziennie.
   Mimo to Robert uśmiechnął się do grubego mężczyzny, który twardo odmawiał założenia wygodnego kombinezonu, wciąż paradując w przedziwnym ubraniu przypominającym nieco wegańskie stroje ludowe. Szykowała się długa dysputa.
   - Janie…
   - Mów mi wuju, Robercie – wtrącił prostolinijnie Zagłoba, a kapitan skinął głową.
   - Wuju, naszymi wrogami są wszyscy, którzy walczą w przestrzeni z tej prostej przyczyny, że jesteśmy jednostką zaopatrzeniową i nasze dobra są dla nich łakomym kąskiem – kapitan zauważył wymowny gest klepania się po brzuchu, który uznał za potwierdzenie swoich słów. Wziął głęboki wdech i kontynuował możliwie najspokojniej oraz najpewniej jak tylko mógł. – Dlatego właśnie musimy spróbować ucieczki w nadprzestrzeń. Nie jest to zbyt bezpieczne posunięcie, jednak…
   Zagłoba nie dał kapitanowi dokończyć zdania. Poklepał go po plecach tak mocno, że Robert aż zgiął się pod silnym uderzeniem i z trudem wyprostował, gdy wuj zaczął mówić.
   - Zaproś silniejszą ze stron na biesiadę, zaspokój ich pragnienie. Daj tyle, by nie chcieli więcej i zabezpieczyli nasz przelot w tym obmierzłym obszarze.

***

   - Tak oto mu rzekłem, choć plan miałem nieco inny. Na razie jednak uznałem, że nie należy mówić przerażonemu Robertowi wszystkiego. O tak, był przerażony jak dziecko. Widać, że nie był żołnierzem, nie trzymał szabli w dłoni i nie walczył w słusznej sprawie. Zero zmysłu taktycznego. Nie to co ja!
   Wyszarpnął swoją broń i machnął nią nad głową z głośnym świstem. Zebrani wydali z siebie kilka okrzyków – czy to zdumienia, zachwytu, czy też strachu. Tylko Milligan siedział prosto z uwagą przyglądając się mężczyźnie. Wątpił w co najmniej w połowę jego słów, zachował jednak milczenie. Historia była dobra, nawet jeśli zmyślona, a co najważniejsze – pozwalała na chwilę zapomnieć o własnym statku i swoich problemach.
   Jeden z mężczyzn, do tej pory rzucający niespokojne spojrzenia to na szablę, to na Ziemianina, zdecydował, że bezpieczniej będzie się na chwilę oddalić. Poszedł więc po kolejny plastikon dla Zagłoby, a gdy wrócił, opowieść trwała w najlepsze.

***

   Mimo zapewnień Zagłoby, co do skuteczności jego planu, Robert próbował wejść w nadprzestrzeń.
   - Jones, ustaw parametry. Collins, zajmij miejsce drugiego pilota przy kokpicie. Evereeest, gdzie ty się do diabła podziewasz?! – zawył w megafon, który cały czas kurczowo ściskał w dłoni. Czuł jak pocą mu się ręce, jak traci cierpliwość, a załoga to wyczuwa. Coraz częściej wyłapywał ukradkowe spojrzenia swoich ludzi, którzy z coraz większym podenerwowaniem wykonywali jego polecenia.
   Przejechał dłonią po dokładnie przyczesanych włosach psując nieznacznie fryzurę i westchnął ze znużeniem. Rozejrzał się dookoła akurat w chwili, gdy James Everest ze strachem w oczach wbiegł na mostek kapitański.
   - Panie kapitanie, ja…
   - Nieważne. Siadaj do przyrządów. Musimy jak najszybciej opuścić tę strefę.
   Everest posłusznie usiadł na wyznaczonej pozycji i sprawnie przesunął kilka dźwigni, wcisnął serię przycisków oraz – co najważniejsze – dał sygnał pilotom. Mogli włączyć napęd nadprzestrzenny.
   Rozległo się głośne buczenie mechanizmów rozruchowych, które bardzo szybko zostały zagłuszone przez silniki… Kapitan niespokojnie spojrzał na monitor nawigacyjny.
    - Nie udało się – jęknął prawie bezgłośnie.
   Flota Oriońska otoczyła Chlubę i wezwała ich do otwarcia śluz dla kilku oficerów z osobistą ochroną. Cel był jasny – weryfikacja zaopatrzenia i zarekwirowanie statku. Nie było innej rady, trzeba było przerobić plan wuja do obecnych wydarzeń. Jako że Zagłoba obiecał wszystkim się zająć, dostał odpowiednie upoważnienia. Dzięki temu chodził dumny jak paw z rękami wciśniętymi za pas, wydawał rozkazy, dyrygował ludźmi i organizował biesiadę. Kazał wytoczyć blisko połowę antałkowego arsenału, gdyż jak zwykł mawiać:
   - W odwodzie zawsze trzeba mieć zabezpieczenie. Gdyby panowie wojacy okazali mocne głowy, trza będzie dostawić beczułeczkę lub dwie. Nie można zużyć wszytkiego na hop siup!
   Kiwał przy tym z powagą głową, nierzadko akurat „smakując wyroby” i sprawdzając, czy któryś napitek nie jest gorszej jakości.

***

   - Bo na pewno wiecie, że w takich sytuacjach, niezwykle wszak delikatnych, należy dbać o szczegóły. Gdyby przypadkiem któryś z oficerów dostał gorszą porcję, mógłby się obrazić i spowodować nieszczęście. O tak, wielkie nieszczęście. Ze względu na Roberta i jego Chlubę nie mogłem przecież do tego dopuścić, jakem Zagłoba! No polej mi tutaj, polej, kochanieńki – rzekł nadstawiając plastikon w stronę młodego mężczyzny, na oko tutejszego inżyniera, który akurat miał przerwę. Człowiek chętnie wykonał polecenie, wciąż nadstawiając uszu. Czekał na finał.
   Kapitan zastanawiał się nad sensem usłyszanych słów. Zasadniczo było w nich sporo prawdy, nawet jeśli brzmiały jak bełkot alkoholika, którym niewątpliwie był Imć Zagłoba. Przelotnie spojrzał na Olafa Bergssona, swojego ziemskiego nawigatora, który z trudem przytakiwał rodowitemu mieszkańcowi swojej planety. Widać zamiłowanie do alkoholu było cechą charakterystyczną wszystkich Ziemian.
   Rozmyślania Milligana przerwał donośny głos Zagłoby.
   -  Jak tylko weszli oficerowie, było ich czterech, a każdy miał ośmiu wojaków do swojej dyspozycji, Robert poszedł ich przywitać i zaprosił do stołu. Ja żem czekał cierpliwie, aż usiądą i się rozgoszczą, a potem wszedłem niby mimochodem do sali, bratanek oczywiście mię przedstawił…

***

   - Panowie wybaczą, że przerwę rozmowę. Chciałbym przedstawić – Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, mój wuj, słynny taktyk ziemski, trochę ekstrawagancki, ale jedyny w swoim rodzaju – uśmiechnął się przyjaźnie do mężczyzny, w oczach pełgały mu iskierki nadziei. W istocie bowiem Zagłoba był jego ostatnią szansą na opuszczenie Pasa Oriona wraz z Chlubą.
   Przysadzisty mężczyzna poddany krytycznemu osądowi oficerów bynajmniej nie wyglądał na taktyka, jednak nikt tego nie skomentował. Zamiast tego obserwowali go uważnie, gdy siadał przy stole naprzeciwko Roberta, jakby doskonale wiedział, że to miejsce przeznaczono właśnie dla niego. Bez skrupułów nalał sobie wina, zaśmiał się głośno tak, że brzuch mu podskakiwał i klasnął bezceremonialnie w dłonie.
   - Wybaczcie staremu człowiekowi, panowie wojacy, bo brak mu kultury. W młodości byłbym już dawno dostrzegł swój nietakt, a i łatwiej darować błędy młodemu duchowi. Zwłaszcza gdy gładki, jakem ja był. Kochały mje kobiety i wolne, i mężate. Raz nawet chciała mje jedna ocalić przed śmiercią, bom się jej upodobał. Ale teraz oko już jedno, więc i wzrok nie ten, a mimo to widzę snadnie, żeście bez popitki.
   Nalał im pełne kielichy dobrego, choć mocnego wina i na równi z nimi pił, do tego śmiał się, rozmawiał. Jego prostolinijność, zuchwałość, a czasem wręcz nadmierna poufałość sprawiała, że kapitan bladł i rumienił się na okrągło sącząc powoli ze swojego plastikonu. Nie przerywał jednak Zagłobie zdając sobie sprawę, że sam niewiele wskóra.

***

   - Mówiłem dużo, dolewałem często, a oni chętnie słuchali, czasem wtrącali coś od siebie. Z każdym kolejnym kielichem coraz trudniej można było ich zrozumieć, ale ton przyjacielskiego spotkania, który im narzuciłem doskonale dał się we znaki wszystkim zebranym i wkrótce jeden z drugim bełkotali jak dzieci niezdolne do wypowiedzenia zrozumiałego słowa. Ja jeden mając mocną głowę pozostałem przy pełni zmysłów, dlatego też zanim ostatni z oficerów zasnął, podsunąłem arkusz i dałem do podpisania dokument o nieagresji względem Chluby oraz pomocy w swobodnym opuszczeniu terenu Pasa Oriona. Podpisał bezmyślnie, ledwo trzymając pióro i usnął z twarzą w talerzu. Schowałem dokładnie pismo, kazałem wojakom zanieść swoich dowódców do sypialni, które uprzednio kazałem dla nich przygotować i poszedłem się napić. Z tego wszystkiego aż mi zaschło w gardle, mógłbyś?
   Poklepał siedzącego obok mężczyznę, który kiwał się sennie w przód i w tył. Zerwał się natychmiast, momentalnie otrząsając z majaków, i pobiegł po wino dla Zagłoby. Milligan pokręcił z dezaprobatą głową.

***

   Kapitan Robert Kowalsky ocknął się kilka godzin później. Potwornie bolała go głowa, w ustach suszyło. Podniósł się z trudem i usiadł na wąskiej koi zastanawiając się jak tu trafił. Na stoliku nocnym leżała jakaś kartka wyglądająca dość oficjalnie.
   Przez chwilę mocował się ze swoją własną ręką, która nie do końca chciała wykonywać jego polecenia. Po kilku nieudanych próbach, Robertowi udało się ścisnąć w dłoni tajemnicze pismo. Przeczytał z uwagą jego treść, marszcząc brwi przyglądał się przez dłuższą chwilę chybotliwemu, choć w miarę czytelnemu podpisowi. Powtórzył kilkakrotnie nazwisko, aż twarz mu pojaśniała w nagłym przebłysku zrozumienia. Udało się! Zagłoba naprawdę sobie poradził i przekonał oficerów, a przynajmniej jednego z nich, do podpisania paktu o nieagresji względem jego ukochanej Chluby!
   Gwałtownie zerwał się miejsca, czego natychmiast pożałował czując jakby w jego głowie startowała rakieta kosmiczna. Zajęczał siadając z powrotem na łóżku, przycisnął dłonie do uszu.
   - Spokojnie, Robercie, spokojnie. Panowie wojacy jeszcze śpią, nie musisz się spieszyć – usłyszał nad wyraz spokojny głos wuja. Mężczyzna siedział jakby nigdy nic przy stole w jego prywatnych kwaterach i popijał wino. Czy ten człowiek nigdy nie ma dość?
   Zagłoba wstał, nalał trunku i podał kapitanowi.
   - Klin dobrze ci zrobi, bratanku.
   Kowalsky posłusznie wypił zawartość plastikonu, szybko jednak przekonał się o nie do końca prawidłowym działaniu takowego klina. Zasnął zanim zdążył wydukać podziękowanie.
   Wuj uśmiechnął się szeroko, zakręcił wąsiska i zabierając za sobą połowicznie opróżnioną butelkę poszedł coś przekąsić.

***

   - Spał tak jeszcze kilka godzin. W międzyczasie zdążyłem przekonać oficerów do prawomocności dokumentu. Propozycja kolejnej biesiady bardzo tu pomogła. Panowie wojacy skrzywili się, zzielenieli, a potem pobladli i uciekli na swoje statki przyrzekając, że dopełnią umowy. Wtedy to wydałem odpowiednie rozkazy do opuszczenia Pasa Oriona. Dostaliśmy odpowiednią eskortę, szybko wydostaliśmy się ze strefy wojennej i przylecieliśmy tutaj po zaopatrzenie - Zagłoba westchnął z zadowoleniem. - Robert odpoczywa przed następną podróżą, w której będę mu oczywiście towarzyszył, a ja sprawdzam czy karczmy na Ziemi różnią się czymkolwiek od tych w kosmosie. I mogę powiedzieć jedno – nie ma nic lepszego ponad polski miód, chociaż trunki macie niezgorsze.
   Wodził wzrokiem wśród zebranych. Część z nich przysypiała, inni ledwo trzymali uniesione głowy i właściwie jedynie kapitan Milligan wydawał się obok opowiadającego całkowicie trzeźwy. Z tym, że on faktycznie nic więcej nie pił.
   Zagłoba wzniósł za niego toast, przyłożył plastikonowy kielich do ust i uśmiechnął się szeroko mrużąc swoje jedyne oko.
   - Zawszem mówił, że gorzałka jeno tęgiej głowie służy.

Offline Martinus

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 5
  • Płeć: Mężczyzna
  • Praefectus Praetorio
    • Zobacz profil
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #5 dnia: Sierpień 22, 2011, 07:14:54 am »
     Lekki wiatr wzbijał w powietrze pomarańczowe cząstki kurzu tworząc gęste opary przy samej powierzchni. Mgła sięgała samego horyzontu łącząc się delikatnie z niskimi wzgórzami, które nadawały linii łączącej niebo z ziemią delikatny, falisty kształt. Dwa zachodzące słońca barwiły niebo na pomarańcz miejscami przechodzący w czerwień i fiolet na wschodzie. Planeta była zupełnie pozbawiona flory i fauny. Jedynie dźwięki jakie można było usłyszeć, to cichy świst wiatru i... głośne odgłosy poruszania się Xeonów.
     Shawn rzucił okiem na radar. Czerwony kolor zalewał ciekłokrystaliczny ekran radaru jak cieknąca z nosa krew chusteczkę higieniczną. Ciężko było dojrzeć na nim jakiekolwiek jednostki, gdyż jak okiem sięgnąć aż po horyzont nie było jakiegokolwiek ruchu.
     - Dobra, Smithy. Lecimy dalej, a jakby pojawiły się Zandony, to walimy trybem arrow. Nie wiadomo kiedy przyjdzie odsiecz, więc oszczędzaj energię i strzelaj na pewniaka. Żadnego bohaterstwa. To już nie sala treningowa - powiedział Shawn.
     - Ma się rozumieć. Prędkość na 25% mocy?
     - Potwierdzam.
     W Xeonach typu XB-22 oznaczało to jakieś 50 km/h. Była to prędkość wystarczająca na namierzenie i ostrzelanie nieprzyjaciela z dużym prawdopodobieństwem trafienia.
     W tym momencie radar Shawna wykrył obiekt znajdujący się na wschodzie.
     - Smithy! Kierujemy się na wschód! Radar coś wykrył.
     - Jasne. Mój też dał znać.
     Ciężkie trzytonowe łapy Xeonów zaczęły powoli rozcinać mgłę i stąpać z hukiem zostawiając charakterystyczne odciski na powierzchni planety. Xeony stąpały coraz szybciej aż przeszły z marszu do biegu, w którym to układy hydrauliczne na kostkach, w kolanach i na miednicy swoją pracą wyrzucały Xeona na krótką część sekundy w powietrze. Biegały trochę jak finiszujący maratończyk, zresztą były stworzone na podobiznę człowieka.
     - Obiekt nie pozostaje w ruchu. Co to do diabła może być? Mina przeciwpiechotna?
     - Włączam system zdalnego naprowadzania - zakomunikował Smithy. Czujnik podczerwony automatycznie namierzył obiekt pozostający w spoczynku.
     Odległość dzieląca ich od niezidentyfikowanego obiektu wynosiła nieco poniżej 1 km i nadal się zmniejszała. Byłoby to dla nich powodem do radości, gdyby nie to, że nie wiedzieli co ich czeka.
     - Już wiem! To jakaś kapsuła! - krzyknął Shawn.
     Oba Xeony zbliżyły się do porzuconej kapsuły. Przez dużą szybę z bardzo wytrzymałego szkła widać było śpiącego mężczyznę, który co chwila rzucał się na słomie ostro gestykulując rękami. W oczach Shawna i Smithy'ego dziwny osobnik w kapsule wyglądał dość czerstwo, a jego twarz była koloru czerwonego ozdobiona białą brodą i szeroką blizną na czole. Bez wątpienia był tęgim mężczyzną o szerokich ramionach.
     Nagle śpiący mężczyzna ocknął się z pijackiego snu, zamrugał oczami, po czym usiadł chwytając się rękami za głowę. Po chwili rozejrzał się po otaczającej go rzeczywistości, aby spróbować rozeznać się gdzie właściwie jest, jak się tu znalazł i co w gruncie rzeczy robi. Nic jednak nie zdołał sobie przypomnieć.
     "Ciężka ma dola. Miarka gorzałki wczoraj była zbyt duża. Oj, ale żem przesadził z trunkiem wlanym w me trzewia. Żebym choć piwa grzanego mógł teraz dostać, chwaliłbym Pana Boga i za to."
     Wśród największego zamętu w mózgownicy widział doskonale tylko jedno, a raczej czuł najwyraźniej, że tylko jedno parszywe imię przychodzi mu jeno na myśl. Bohun! Bohuna Zagłoba bał się sto razy więcej jak ognia, wody, buntu, rzezi i samego Chmielnickiego.
     Ale zaiste, nie było od czego głowy stracić, gdyż pan Zagłoba nigdy na długo jej nie tracił.
     "Niebo jakieś pomarańczowe, okolica pusta jakby Pan Bóg pokarał ludzi za nieposłuszeństwo. Ahhh... Ino tylko dojdę do siebie, skończą się diabelskie rzeczy mącące w mej głowie, ruszę tedy w dalszą drogę. Obym tylko na kozaków bohunowskich nie trafił. Przede mną morze, więc dam nurka w ono morze, a Bóg da, to na drugi brzeg bezpiecznie przepłynę."
     I postanowił przeprawić się na prawy brzeg Dnieprowy, po czym ledwo zapanował nad opadającą głową, którą wygodnie ułożył na sienniku i już po chwili wnętrze kapsuły wypełniło pijackie chrapanie.
     Obserwujący tę scenę Shawn i Smithy popatrzyli na siebie i ze zdziwieniem wzruszyli ramionami.
     Słońca już schowały się za wzgórzami na horyzoncie. Niebo stawało się coraz bardziej purpurowe, a na wschodzie już powoli czarne. Gwiazdy powoli zaczęły oświetlać nocne niebo. Wiatr stawał się coraz słabszy powodując opadanie wznoszonych ziarenek pomarańczowego piasku.
« Ostatnia zmiana: Sierpień 22, 2011, 07:17:10 am wysłana przez Martinus »
Przypadkowa przechadzka po szpitalu wariatów pokazuje, że wiara nie dowodzi niczego [H. Heine]

Jeżeli jedna osoba ma jakieś urojenia, nazywamy to szaleństwem. Jeżeli wiele osób cierpi na to samo urojenie, nazywamy to religią [R.M. Pirsig]

Offline adam_1962

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 8
    • Zobacz profil
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #6 dnia: Sierpień 22, 2011, 10:01:35 am »
-Mości Panowie biada nam wszystkim – unosząc wielki dzban, Zagłoba próbował wstać, co przy wypiciu ogromnej ilości trunku było rzeczą wprost niezwykłą – Biada. Powtarzam biada.

- Dobrze już dobrze mości Panie Onfury, cóż żeście dzisiaj w tak lichym humorze? – pytanie padło z głębi sali po drodze natrafiając na sprzymierzone pomruki innych bywalców „Gospody pod Małym Jasiem”.

-Mój drogi jegomościu – Zagłoba powoli, bo powoli, ale stopniowo zajmował coraz bardziej wyprostowaną pozycję – Nie wnikam jakim chodaczkiem Pan jesteś, żeś panek czy bruk. Ino Wać Pan nie dyskutuj, kiedy ja Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, bohater spod Zbaraża, szlachcic i wielki przyjaciel miłościwie nam panującego Jana Kazimierza, ośmielam się – tutaj dla właściwego dla siebie sposobu bycia i budowania napięcia wśród okolicznych prostaczków, zachwyconych jego oratorstwem, zatrzymał się, po czym dodał – Stwierdzam, że biada nam – upadł ciężko na drewnianą ławę.

- Panie Onfury o Pańskich wyczynach cała ziemia Dobrzyńska słyszała. Hołota i chamstwo oraz my tutejsi krajanie, kasztelani sprawujący nadzór nad tą zapomnianą przez Boga krainą, z ramienia Jana Kazimierza, Boże błogosław króla.

Musicie wiedzieć, że szlachcic Zagłoba to niezły gałgan, hultaj i nicpoń. Owszem bohater, ale Ci co przelali krew pod Zbarażem twierdzili, że w jego sławetnym bohaterstwie więcej było przypadkowości i Bożego błogosławieństwa, aniżeli właściwej dla polskiej rycerskości, odwagi i patriotyzmu. Jednakże wydarzenia ostatnich miesięcy, roku anno Domini 1649, spowodowały, że stał się symbolem dla upadającej szlachty polskiej. Symbolem niezłomności, odwagi, bohaterstwa i wszystkich innych cech, które od lat były na wymarciu wśród szlachetnie urodzonych.

- Drogi kasztelanie, przestań z łaski swojej rozprawiać o rzeczach, o który nie masz pojęcia. Ja, Jan Zagłoba mówię biada nam panowie. Co to za czasy w których motłoch ścina króla?. Jaka władza dała prawo ścięcia Karola?. Wielkie królestwo Anglii, a własnych władców, jak psów ścinają kiedy ich ochota na trochę rzezi nabrechce. Chmielnicki dzisiaj wróg i cham, a już posłuchy chodzą, że razem bić się będziemy naprzeciw tej murzyńskiej hałastrze, którą ten mężołóżny sułtański kołtun przyprowadził z krańców świata.

-Mości Onfury coście tak na czarnoskórych niecny ?. Jeno mi wiadomo, ażeście sami w herbie pannę czarnoskórą mocie! – wykrzyknął chłystek wspierając się o drewniany filar podtrzymujący „Małego Jasia”.

- Ty psi synu, bucu, chamie szkaradny – Zagłoba wstając powoli odkładał wciąż trzymany dzban i chwiejnym krokiem kierował się w stronę delikwenta wyciągając jednocześnie trzymaną przy boku szablę, której kilka tygodni temu nadał imię „Cytatej Jagi” ponoć na pamiątkę niezwykle urodziwej białogłowej spod Sieradza- Ty nieuku, kmieciu, łysawy koniu spokrewniony z okoliczną cyganerią – szybkim ruchem wyciągnął szablę – Mości Panowie, za świadków was biorę, żem przez chama splugawiony został i herb mój rodziny zelżony i zniesławiony został. Sprawiedliwości żądam i krwi przelania – z wielkim trudem wykonał krok do przodu i jakby na potwierdzenie swoich żądań przybrał złowrogi wyraz twarzy, dobrze znany wszystkim oberżystom w promieniu setki staii w powiecie wołyńskim – Dawać mi go tutaj, aż nauczę go posłuchu – z wyprostowanym ramieniem ruszył w kierunku tłumu otaczającego pijanego młodzieńca, który nawet nie przypuszczał, że dzisiejsza bomblerka, skończy się pojedynkiem z osławionym szlachcicem.

- Dość tego szaleństwa wielki wojaku – „Mały Jaś” otworzył swoje wrota, aby przyjąć kolejnego bohatera – Zostaw miecz na inne okazje. Na dziś wystarczy – do gospody pewnym krokiem wszedł człowiek niskiego wzrostu, jednak z wielką powagą i właściwą dla siebie pewnością polskiego sarmaty, nie z urodzenia, ale z honoru.

- Oooo – wyraźnie zaskoczony Zagłoba zatoczył do środka sali, powoli odkładając broń na stół i biorąc do ręki oręż, którym posługiwał się znacznie pewniej i wytworniej – kogóż to moje delikatnie zamroczone oczęta widzą, niedoszły Kameduł Góry Koronnej. Mości panowie, szlachcice i wy wszyscy inni. Przedstawiam Państwu Jerzego Michała Wołodyjowskiego herbu Korczak. Bohatera, patriotę, chwata, wiarusa, dowódcę dragonii spod Zbaraża, mistrza fechtunku i pogromcę osławionego zbója i niegodziwca Bohuna, a prywatnie mego serdecznego druga – Zagłoba wniósł puchar – Drogi Michale napijmy się.

- Z wielką radością jeśli tylko schowasz waszmość tą szablę – Michał skierował spojrzenie w kierunku Zagłoby, któremu cała ochota na bójkę już dawno przeszła, ba nawet trudno byłoby mu stwierdzić powód owej sprzeczki
- Michałku drogi, tak tylko chciałem młódź pokory nauczyć –przesunął się w kierunku bocznej nawy robiąc miejsce niepozornemu rycerzowi – Tak doprawdy, ta murzynka z herbu mego to taki zgryw dziada Achacego, który w momencie kiedy Cranmer płonął na stosie, wyruszył zakładać Meridę i tam pierwszy raz czarnoskórych pojmował. Ale co tam nużyć cię będę drogi Michale, chętniej wysłucham twych słów, bowiem słyszał, żeś w Kalwarii Wejherowskiej bywał, ale tać wielkie rzeczy muszą poczekać – majestatycznym ruchem, całą siłą woli Zagłoba zmobilizował się do powstania – teraz muszę udać się na stronę – przechylił ciężar ciała na prawą nogę i wydając jeszcze dziwny dźwięk, wytoczył się z sali „Małego Jasia” kierując się w stronę stajni.

Późniejszych wydarzeń nasz kochany szlachcic, jak sam twierdzi nie pamięta. O ile nie było to skutkiem upojenia lokalnymi trunkami, gdyż musicie wiedzieć, że Pan Onfury ledwie trzy godziny spędził zaledwie w „Małym Jasiu”, a znany był z tego, iż cały pułk regimentu gwardii koronnej, dawno kładł się do bety, kiedy Zagłoba zastanawiał się czemu nie ma z kim pić dalej. Świadkowie stwierdzili, że owej nocy wielka błyskawica rozświeciła niebo i przez moment ogromna jasność wprowadziła niepokój w serca lokalnej zbiorowości, a ci bardziej gorliwi spodziewali się końca świata.

Nasz bohater również za wiele nie pamięta. Obudził się z ciężkim bólem głowy, który przypomniał mu pewne spotkanie z sandomierskim magnatem, spokrewnionym z litewskim kniaziem Augustem, które po pięciu dniach nieustającej poniewierki cielesnej i chędożenia własnym pożądliwością, skończyło się śmiercią mości magnata, przez co Onfury raz na zawsze stracił możliwość goszczenia w litewskich przybytkach. Kiedy otworzył oczy zobaczył, iż znajduje się w jasnym pomieszczeniu, które w pierwszej chwili przypomniało mu klasztorze sióstr klarysek, w którym gościł ongiś jako pacjent. Nieskazitelnie białe pomieszczenie wywarło na nim ogromne wrażenie. Zerkając nieśmiale na swoje ciało, zauważył, że jego drogi żupan zamieniony został na coś czego nie potrafił nazwać. Hajdawery oraz dalia, którą wygrał kiedyś w lokalnym konkursie pijackim od jednego z odważniejszych szlachciców skierniewickich, również gdzieś się zapodziały. Safinowe pantofle zakupione jeszcze podczas koronacji Jana Kazimierza, zostały zastąpione przez bezkształtne coś, co w porównany z jego szykownymi bamboszkami, wydało mu się żałosnym odzieniem pozbawiającym go jego szlacheckiej wyrazistości.

-Dzień dobry Panie Zagłoba – z tyłu odezwał się niski głos, a Zagłoba odwracając głowę ujrzał wysokiego mężczyznę, który siedział na metalowym stołku – Widzę, że już Pan się obudził. Przepraszam za powstałe niedogodności, ale nie było inne możliwości, aby się z Panem skontaktować.

- Ale co do jasnej cholery to wszystko ma znaczyć natychmiast proszę udzielić mi wszelkich koniecznych wyja .. wyjaśnień proszę mi udzielić – twarz Zagłoby przybrała zadziwiający wyraz.

- Proszę wybaczyć. Na czas pobytu Pana na naszej stacji pozwoliłem sobie włączyć syntezator, który automatycznie dokona translacji pańskiego słownictwa tak, aby odpowiadało naszej rzeczywistości. Jednocześnie sprawi, że wszystko co ja będę mówić, będzie zrozumiałe dla Pana – mężczyzna wbił wzrok w śmiertelnie przerażonego Zagłobę – Aha i dla naszego wspólnego dobra, wszelkie wulgaryzmy zostały wyłączone na czas pobytu- uśmiechnął się.

Konsternacja Zagłoby była wprost groteskowa i dla wszystkich, którzy znali tego szlachcica, z pewnością byłaby niezwykłą okazją do zaobserwowania niecodziennego zdarzenia kiedy to Zagłoba jednocześnie nie wiedział co powiedzieć, bał się i z niecierpliwością oczekiwał co będzie dalej. Nawet podczas ucieczki z oblężonego i plądrowanego przez Krzywonosa, Baru tak się nie bał. Przeczuwając, że jego łatwe życie doprowadziło go do czeluści piekielnych, aby skazać na wieczne męki, Zagłoba ze znaną sobie odwagą wstał i śmiało popatrzył na obcego.

- Gdzie ja jestem? – jego głos nie wyrażał odwagi, a cała rycerskość spod Zbaraża znikła bardzo szybko, szybciej nawet niż sam się tego spodziewał.

- Drogi Panie, jesteś na Aleksandrze VII, stacji kolonialnej Wielkiego Cesarstwa Andulyzeńskiego pod władaniem Wielkiego Imperatora Aleksandra Anduluńskiego. Jest rok 2077. Mamy godzinę 9 rano czasu wschodniego księżyca i piękną pogodę. Trzy Siostry świecą dzisiaj bardzo pięknie.

- Że co ? – Zagłoba otworzył szeroko usta.

- Jesteśmy w kosmosie Panie Zagłoba. Ziemia w wyniku skażenia przestała być atrakcyjnym miejscem do życia już kilkanaście lat temu. W kosmosie. Jako szlachcic polski zapewne słyszał Pan o dokonania swojego wielkiego rodaka, Mikołaja Kopernika, czy też Keplera, Newtona. Od kilku lat w Pańskim świecie znany też jest teleskop stworzony przez Galileusza.

- Przykro mi, ale w ostatnim czasie obrona ojczyzny i chrześcijańskiej Europy tak mnie zabsorbowały, iż wszelkie nowinki ze świata nauki trochę mnie ominęły. – Zagłoba, który nigdy nie był specjalnie człowiekiem otwartym na naukę i wiedzę, próbował ze znaną sobie elokwencją i sprytem godnie reprezentować stan szlachecki.

- W każdym razie – mężczyzna kontynuował – Kolejne lat ludzkiej cywilizacji doprowadziły nas do upadku. Każda kolejna wojna stopniowo wyniszczała nasz świata. Im byliśmy bardziej rozwinięci i inteligentniejsi, tym większe stanowiliśmy zagrożenie dla samych siebie – mężczyzna zatrzymał się widząc zakłopotanie swojego gościa, co biorąc okoliczności nie wydało mu się dziwne – Widzę, że jest Pan trochę skonfundowany. Historia Pańskiego kraju również będzie fascynująca. Za pięć lat będziecie jako naród prowadzić wojnę z Rosjanami, a za 6 lat zaatakują was Szwedzi. A za 200 lat … - nagle urwał.

- Cóż to mówisz, o ile ci rosyjscy oszuści zawsze byli u mnie w pogardzie, ale szwedzka korona?. Pewnie jeszcze za wysłanie lisowczyków na Węgry jako pomoc dla Habsburgów – Zagłoba zadumał się, co stanowiło iście groteskowy obraz -  Nieważne- kontynuował po chwili - Chociażby i z samym carem walczyć trzeba będzie, naród Polski zwycięży – nawet w kosmosie patriotyczne serce naszego bohatera odżyło w chwalebnym szale.
Mężczyzna delikatnie się uśmiechnął i powoli kontynuował.

- Niewątpliwie, jesteś osobą, której poszukujemy, ale żeby przekonać cię dalej, nasz projektor wyświetli przygotowany dla Pana obraz, abyśmy mogli szybciej przejść proces uświadomienia Panu obecnej sytuacji. Nasze Cesarstwo jest podzielone. Buntownicy z odległych galaktyk negują imperialność cesarza Aleksandra i za wszelką cenę dążą do ogarnięcia chaosem całego Cesarstwa. Dodatkowo za Mgławicy Andromedy coraz śmielej zaczynają nas dręczyć Rekhulorrowie. Wiem, że obecnie jest to dla Pana wielkie zaskoczenie, ale nasza sytuacja obecnie nie różni się specjalnie od sytuacji Polski w 1649 roku za panowania Jana Kazimierza.

- Niech go Bóg błogosławi!! – krzyknął Zagłoba

- Tak. I tutaj pojawia się Pan, bohater, człowiek o niezwykłej charyzmie – łechtanie ega Zagłoby zostało rozpoczęte – Pan i pańscy przyjaciele moglibyście bardzo nam pomóc. Imperator ma dla Pana propozycję, objęcia dowództwa nad siłami Cesarstwa. A mówiąc jeszcze dokładniej, chcielibyśmy Panu zlecić misję zorganizowania potajemnej piątek kolumny w zbuntowanej galaktyce. Wiem, że to dla Pana może być delikatny szok, ale – mężczyzna wstał i gestem dłoni wskazał na wyjście z pomieszczenia – przejdźmy się.

- Musi Pan wiedzieć, że Cesarz jest Pana wielki fanem. Waszej ofiarności, wierności przyjaciołom oraz stosunku do wrogów, którzy zagrażają wszystkiemu co było dla Pana cenne. Tutaj – wskazał na przestronną ścianę, przypominającą dzięki komputerowej projekcji mauzoleum – zgromadziliśmy informację na Pański temat.
Zagłoba podszedł do komputerowej projekcji i przecierając oczy zaczął czytać:
- „Zagłoba to wielka figura, najznakomitsza w powieści, lecz nierealna. Można bowiem posiadać w sobie pierwiastki z Falstaffa i z Ulissesa, ale nie można być obydwoma razem” – jego twarz przybrała kolor purpury – „Zagłoba to sfinks z łbem wieprza” – Zagłoba dyszał chęcią popełnienia mordu – Prus? Któż do diabła jest ten Prus? – zwrócił się w kierunku swojego przewodnika.

- Jeden z Pańskich wielkich rodaków. Aczkolwiek akurat ten nie darzył Pana specjalną sympatią – mężczyzna po raz kolejny pozwolił sobie na uśmiech, aby rozładować powstałe napięcie. Jednocześnie rozmowa z przybyszem z przeszłości zdecydowanie zaczęła coraz bardziej go fascynować i chociaż sam pomysł Cesarza wydawał mu się całkowitą abstrakcją, to zaczął dostrzegać coraz więcej pozytywów ze sprowadzenia tego niezwykłego gościa. Z rozmyślań wyrwał go dźwięk sygnalizujący pojawienie się obcego obiektu w niedozwolonej strefie.

- Panie Zagłoba – zwrócił się do szlachcica – Niestety nasz czas dobiegł końca. Resztę informacji dotyczące planowanej akcji dywersyjnej znajdzie Pan w przygotowanych materiałach. Wszystkie wątpliwości również rozwiąże SYNERGO, najlepszy strateg. Pozwolę sobie Pana pożegnać i proszę zastanowić się nad naszą propozycją. Do widzenia mości Panie.

SYNERGO okazał się sztuczną inteligencją, który przez drogę powrotną, którą tym razem Zagłoba zachowa w pamięci,  wyjaśnił mu cały plan Cesarza, którego realizatorem miał zostać właśnie Zagłoba, nazwany w planach jego cesarskiej mości, Generałem Onfurym Zagłoba, III Aleksandrem Pierwszego Imienia. Już sama nazwa przekonała szlachcica do żywego zainteresowania się propozycją.

Jakiś czas później.

- Panie Zagłoba, Zagłoba, mości Onfury kaj żeś jest? – wykrzykiwał Michał biegając wzdłuż gościńca powoli wracając w kierunku zagrody.

- Tutaj Panie Michale, tutaj jestem. Nie uwierzysz Pan, co za dziwy się staną. A jak mówiłem biada, to jedynie na gołowłosą murzynkę chamstwo wzrok zwróciło – odpowiedział Zagłoba.

- Opowiadaj Pan cóż to się stało ?

- A co tam opowieści Panie Michale – delikatnie zbliżył się do swojego pobratymca – Chodźmy pić, bo nowa przygoda się szykuje.           


Offline ania2517

  • Piotruś Pan
  • *
  • Wiadomości: 36
    • Zobacz profil
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #7 dnia: Sierpień 23, 2011, 11:04:33 am »
             Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele obudził się w kosmosie jak przystało – w niedzielę. Oczy otworzył, przeciągnął się i ruszył na poszukiwanie posiłku. Ale tu wystąpił problem natury technicznej – ani tu pałacu, ani zamku, ani gospody, w zasięgu wzroku żadnej niewiasty, która mogłaby przygotować smaczne jadło, a gdzie okiem sięgnąć tam tylko bogactwo ziem nieprzebranych, lecz zarazem… niezaludnionych. Jan Onufry zafrasował się. Toż to już dawno minęła pora posiłku, a on tak o suchym pysku. Gdyby jeszcze jakiś las w pobliżu to można byłby upolować małą zwierzynę, a tak ma zapewnione jedynie burczenie żołądka i wewnętrzną irytację. No nic, pora działać. Zagłoba galopem ruszył z miejsca wymuszonego postoju. Przeszedł kilka kroków  i dostrzegł na ziemi (?) coś futrzastego. –Dobra nasza – pomyślał. –Widać i w tym dziwnym miejscu żyją króliki i zajęce. Lecz nagle niezidentyfikowany obiekt śmignął tylko przed oczami naszego podróżnika i tyle go widziano. Znany nam pionier kosmosu prawie że zapaści dostał. Bolesne skurcze głodu ściskały jego brzuch. – A jak umrę z braku mięsiwa i wina? Toż tu nawet zieleniny ni ma? To się inni rycerze i przyjaciele uśmieją, jak zobaczą mnie – Jana Onufrego Zagłobę herbu Wczele! – skazanego na męki i to w niedzielę. Pora postu mie nigdy nie dosięgała, lecz spokojnie omijała. A teraz… Ech, szkoda mych słów, nawet dla najtęższych głów !
           Zagłoba, okrutnie smutny, oddał się swojemu cierpieniu. Tymczasem kilka metrów przed nim wylądował statek kosmiczny, z którego wysiadł Polak z XX wieku i seledynowy ufoludek (ale o tym nasz bohater oczywiście nie wiedział). Przybysze rozpoczęli swoje przemówienie :
           Drodzy rodacy i obywatele wszelkiej maści! Zwracamy się do was, by uzmysłowić wam, jak ważna w dzisiejszym świecie jest tolerancja i otwartość na różne kultury. (Jan Onufry patrzy na przybyszy spod byka, lecz boi się odezwać). … Spodziewacie się najgorszego, przygotujcie się na najlepsze! Świat pełen kosmitów i nadludzkich mocy? Tak, to jest możliwe! Już niedługo za sąsiadów będziemy mieli mniej lub bardziej uroczego stworka, którego pochodzenie jest bliżej nieznane. No cóż... Doszliśmy już do tego etapu. Pora na gruntowne przygotowania, lekturę odpowiednich powieści i obejrzenie kilku zaległych filmów, które nieco rozjaśnia nam obraz nowych mieszkańców ziemi. Ekspresowe tempo przygotowań dobiegło końca? Jeśli nie, trudno. W kontaktach z Sam-wiesz-kim będziesz musiał polegać na intuicji, choć wszystko i tak okaże się w praktyce. Czas na tradycyjne, staropolskie powitanie chlebem i solą naszych ,,Nowaczków'' (ciekawe czy im nie zaszkodzi... może wziąć coś na biegunkę?), obowiązkowy wieczorek zapoznawczy i małe przyjątka powitalne. Muzyka ziemsko-kosmiczna, obyczaje sąsiadów wypada przecież znać. Niech nie myślą, że ziemianie to jakieś ksenofoby lub tym podobne. Okażmy swoją gościnność i tolerancyjność. Na czas powitań należy zamknąć wszystkich zwolenników Radia Maryja, posłów PIS-u i LPR-u, a także moherowe berety, no i żadnym wypadku nie budować na powitanie czegoś krzyżopodobnego - scenariusz już znamy. (Zagłoba wysłuchuje monologu ni krztyny go nie rozumiejąc, a szczęka opada mu do pasa). Fazę powitań mamy już za sobą? Doskonale, więc przyszła pora na wspólne życie. Osobne dzielnice dla nas i ,,dla nich''? Odrębne sklepy, wprowadzenie ograniczeń? Ależ skąd! Świat poszedł do przodu, nie jesteśmy już za Murzynami! Możemy budować wspólne osiedla, zawiązywać bliższe stosunki płciowe (dozwolone od lat 57!) z sąsiadami, no i korzystać z ich mocy. Wyobraźmy sobie, jaka to wygoda - nie musimy skakać do sklepu, bo nasz (nie)ziemski przyjaciel zapewni nam świeżą dostawę galaktycznych bułeczek i nie psujących się warzyw. Ponadto mamy możliwość skorzystania z najnowszych wynalazków - powietrznych samochodów, leków na wszystko i nic, wakacje na każdym zakątku globu, wszystkoodporne ubrania i niezniszczelne sprzęty. Żyć, nie umierać (a propo śmierci - możemy wykupić sobie międzygalaktyczny pogrzeb, mumifikację lub zahibernowanie za połowę dotychczasowej ceny!) W stosunkach z naszymi ,,przyjaciółmi'' okazujemy pełen szacunek, niczemu się nie dziwimy i wszystkim potakujemy. Pełna kultura! Żadnych bójek, strajków ani demonstracji, ani też protestów ekologów. Wszystko załatwiamy po cichu, żeby nasi przyjaciele nie zechcieli przypadkiem pozbawić życia połowy ludzkości (trochę porywczy to oni są, ale takie ich prawo!) Korzystamy ze światowych dobrodziejstw, uczymy się nowych języków i pokonujemy zaistniałe bariery (te cenowe także!). Pokazujemy się z jak najlepszej strony (tyłem? przodem? może bokiem?, pracujemy nad prezencją, dzieciom wpajamy przekonanie o równości ras (tylko porządnie). Okazyjnie wykupujemy kurs latania na miotle (auć!), rzucania małych uroków czy szybkiego chodu. Achh... Ten stary ziemski świat był zdecydowanie przereklamowany. Kto mówił, że trzeba bać się obcych? Może człowiek człowiekowi rzeczywiście wilkiem, ale kosmita ziemianinowi? Skądże znowu! Z tego międzygalaktycznego misz-maszu mamy same korzyści. No dobrze, co jednak będzie, gdy przestaniemy bać się obcych i odbierać sygnały z kosmosu? Ale nuda... Może czas na ogólnoświatowe klonowanie... W tym momencie przybysz zamilknął. Jan Onufry gniewnie posapuje i świdruje go spojrzeniem. –Panie, co pan tu za słowa diabła przytaczasz? Radio Maryja? Zaminowanie? Kurs latania? Przecie to się u nas nawet władcom nie śniło! Myślołek, żeście tu z jadłem przybyli, azali widzę, że dziś ani kęska nie uświadczę. – fuka ze złością. - Obywatelu Zagłobo, nie unoście się gniewem! Jestem tu, by wam pomóc. Mam dla was misję specjalną. Zostaniecie mistrzem w szkole rycerskiej i wykształcicie rycerzy godnych XXI wieku! Koniecznie powinniście przygotować go na koegzystencję z kosmitami, zrozumiano? To nasi sojusznicy, przyjaciele i partnerzy. Co wy na to? Zastanówcie się dobrze, gdyż musicie takiemu kandydatowi na wojownika zaszczepić szereg cech. Ma on być…  Waleczny ( w walce na słowa), sprytny ( czyt. kombinuje jak tu się nie narobić, a zarobić), cwany ( zamiast marnować szare komórki, korzysta z internetu), zadbany (prysznic raz na tydzień - a po co więcej?), kulturalny (wpuszczę tę laskę pierwszą w drzwiach, ale w wyścigu o lepszy stolik i tak wygram!), oczytany (program TV to jest to, najlepsza lektura forever!), wrażliwy (jak śmiesz ściskać moje klejnoty!), troskliwy ( myje auto 5 razy w tygodniu i czule do niego przemawia), odważny ( nie podskakuj mi tu mały, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz, a ja rękę mam ciężką!), patriota lokalny ( Lech Poznań niepokonany!). To jak będzie, osobniku herbu Wczele? – zakończył swój wywód Polak. – Chyba żem na stare lata zwariował… To wszystko z tego głodu. Jak człek nie zje, to i mu durne pomysły do łba przychodzą – gorączkowo myśli Zagłoba.

Jakiś czas później…
Jan Onufry budzi się na swym posłaniu. Głodny i z bolącą głową. Nieopodal dostrzega karteczkę : ,,Jak się pan ockniesz i zdecydujesz, to zadzwoń do nas, a nie pożałujesz!’’ Podpisano – Polak XX wieku…

Offline myfflon

  • Piotruś Pan
  • *
  • Wiadomości: 21
  • Płeć: Mężczyzna
  • Let it rip!
    • Zobacz profil
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #8 dnia: Sierpień 23, 2011, 08:56:29 pm »
„Zagłoba w kosmosie”
   Dzisiejszy dzień bardzo upalny był, toteż karczma tego wieczora w Czehryniu pękała w szwach. Wiele szlachty tu się bawiło, bogatej i ubogiej także, towarzystwa szukającej. Chłopi tego dnia, jak to bywa zwykle w okresie żniw, śmiertelnie zmęczeni, nie mieli sił na rozrywkę, pragnąc odpocząć przed jutrzejszymi zbiorami. Salę wypełniały głośne rozmowy, muzyka, tańce, śpiewy, śmiech razem z zapachem stęchlizny zmieszanym z wonią dymu i syconego miodu. Wnętrze oświetlało kilka jasnych płomieni oliwnych lamp oraz liczne świece.  Na stołach gościły ogromne ilości talerzy ze strawą i pucharów obficie podłymi trunkami roboty domowej napełnione.
   Wśród panów szlachetków, w tłumie, zabawiało się również dwóch ubogich, zwyczajnych, niczym nie wyróżniających się waszmościów. Pierwszy z nich, grubas strzyżony na „grzybka”, widać było, że lubił sobie użyć. Ujął kufel i jednym haustem wypróżnił go z piwa.
 - Cienkie piwo w tym waszym Czehryniu macie. Hej Hanuś! Daj miodu! - zawołał na urodziwą kobietę, której natura nie poskąpiła ciała i ponętnych kształtów. Jej wielkie piersi niemal wylewały się z głębokiego dekoltu.
 - Zagłobo, brateńku, toć Wy już dzisiaj dość wypiliście. - odezwał się jego towarzysz. Był to postawny szlachcic, z wielkim mieczem u boku, który zdradzał wielką krzepę posiadacza, bowiem obchodzenie się takim narzędziem wymagało silnej ręki.
- Daj waćpan Powsinogo spokój! Sam byś sobie użył, wszak żyjecie jak ostatni pustelnik!
- Podbipięto, panie Zagłobo. Jam jest Longinus Podbipięta! Ślubowałem Najświętszej Panience żyć w czystości dopóty nie zetnę trzech głów jednym cięciem, rybeńko moja.
   Do stołu podeszła kobieta z kuflem miodu i postawiła go z impetem przed Zagłobą. Ten ujął ją w talii i figlarnie położył na kolanach. Longinus na ten widok przeżegnał się i podenerwowany pospiesznie odwrócił wzrok. Cały zaczął się trząść, widać pragnienie kobiecego ciepła było okropnie kuszące, lecz siłacz dzielnie potrafił je opanować, płacąc przy tym ceną swojego zdrowia. Człowiek to jednak wielce pobożny był, toteż zamykając go w jednej izbie z piękną, młodą dziewką, pewność można mieć, że ślubu  Najświętszej Maryi Panience danego nigdy nie nie złamie.
 - Hej Hanuś, nalej do granic, daj razem i pyska, nie zważaj na nic! - zaśpiewał, po czym wybuchnął zaiste oślim śmiechem, aż udławił się własną śliną. Oberżystka serdecznie się roześmiała, wyrwała z objęcia dławiącego szlachcica, po czym rozejrzała po zwróconych na nią, obleśnie uśmiechniętych, prostackich twarzach. Kobieta w zaistniałej sytuacji ujęła się mocno pod boki. Wyprostowała się, uniosła wysoko głowę, zwinnym ruchem zabrała puste kufle sprzed ohydnie kaszlącego pijaka, po czym głośno prychnęła na zwrócone ku niej, przebijające spojrzenia. Odeszła pewnym siebie krokiem, mamrocząc coś pod nosem i kręcąc zachęcająco zadkiem, pokazując sprośnym pijaczynom, gdzie jest ich miejsce.
 - Zdrowie Hani! - wzniósł toast jeden z gości, po czym pociągnął spory łyk syconego miodu i rozbił gliniany kubek o głowę.
 - Zdrowie! - odpowiedział mu chór, po czym ryknął głośnym śmiechem.
   Biesiada trwała daleeeko w noc. Na niebie gościła szara tarcza Księżyca, otoczona skupiskiem gwiazd, rzucająca słabą poświatę srebrnego światła. Zagłoba, nie wiedzieć jak się tam znalazł, głęboko spał donośnie chrapiąc między końmi w stajni, z tyłu karczmy, gdzie przejezdni goście konie napoić i nakarmić mogli przed dalszą wędrówką. Pijak poruszył się przez sen, niechcący trącając jednego z wierzchowców w brzuch. Ten nerwowo zarżał i zaczął niespokojnie machać swym okazałym ogonem, który pozostawił czerwony ślad na policzku szlachcica.
 - Nie... nie bij Hanuś! Ni... Nie bij...! - obudził się z  krzykiem, cały spocony.
   Moczygęba ocknął się, przetarł oczy i ochlapał twarz wodą z końskiego żłobu. Rozejrzał się i próbował sobie przypomnieć jak się tu u licha, znalazł, lecz bez skutku. Poczuł suchość w gębie i natarczywe ciśnienie na pęcherzu. Wstał i wyszedł ze stajni, uspakajając konia, który spłoszył się jego szybkim ruchem. Pobiegł nad pobliskie jeziorko, szybko ściągnął hajdawery i stanął w rozkroku.
 - Aaahhhhh! - na jego twarzy wyraźnie było widać wyrazy ulgi.
   Powierzchnia wody lekko falowała i w świetle Księżyca wydawała się niemal siwą. Z drugiej strony jeziora rozpościerał się gęsty las. Zagłoba podczas załatwiania potrzeby przyglądał się mu uważnie, czy wilków gdzie nie widać. Gdy już podciągnął swe brudne spodnie i chciał zadowolony odchodzić, nagle w kniei dojrzał błysk białego, lecz słabego światła, ale na tyle wyraźnego, by wzbudziło w nim ciekawość i niepokój. Pijak przetarł mocno jeszcze raz swoje oczy, tak, że zaczerwieniły się jak jego pijacki nos.
 - Niech mnie kule biją. Zwidy moim oczu dokuczają od wczorajszego miodu. - szepnął cicho do siebie.
   Po chwili wpatrywania w przeciwległy brzeg, ciemność przeszył jeszcze jeden, tym razem zdecydowanie mocniejszy, oślepiający przebłysk. Zagłobie aż zakręciło się w głowie i rozwarła szczęka w oszołomieniu. Wziął nogi za pas i ile sił w w nich miał pobiegł z powrotem do karczmy. Za nim unosiły się tumany kurzu, a jego brzuszysko kołysało się jak stary powóz jadący po nierównej, zabłoconej drodze. Wparował zdyszany do środka jak kula wystrzelona z solidnej armaty, o mało nie wyrywając zawiasów z drewnianej ściany. Otarł pot z czoła, na którym gościła głęboka zmarszczka.
 - Panowie! Panowie! Sodoma i Gomora po drugiej stronie jeziora! - na całe gardło wywrzeszczał moczygęba, po czym uświadomił sobie, że w sali siedział już tylko śpiący Longinus, podparty łokciami o blat stołu, na którym rysowała się sieć po bruzd pocięciach nożami. Na te krzyki poderwał się na równe nogi, nieprzytomnie wbijając wzrok w przybysza.
 - Szanowny Podbipięto, ratuj mnie waszmości, bo rzem zmysły postradał od wczorajszych trunków. - powiedział Zagłoba chwytając go za ramiona i trzęsąc nim jak galaretą.
 - Oj bratynku! Mówiłem Ci ja, żeby miodu więcej nie pić, bo gorzałka ino tęgiej głowie służy. Cóż to się stało, że tak wpadacie jak taran i drzecie się w niebogłosy?
 - Po drugiej stronie pięknego, naszego jeziorka, w lesie, błysk rzem widział, jaśniejszy niż tysiąc tuzinów świec! O mało wzroku nie straciłem. Jeszcze teraz gwiazdki mi przed oczami tańcują!
 - Nie może być! To po wczorajszej biesiadzie głowę wam przyćmiło rybeńko.
 - Kiedy mówię! Że też Bóg dał Ci tyle w ręce, a tak mało w głowie! - oburzył się.
 - Prawdali to? - zapytał z niedowierzaniem Longimus.
 - Jakem Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, waści. Chodźcie, to pokaże! Weźmiemy łódkę i przepłyniemy jezioro.
 - Niech będzie mości Zagłobo – westchnął bezsilne siłacz, widząc iż pijaczyna nie chce dać za wygraną.
   Kiedy odbijali od brzegu, zmrok powoli zaczynał się rozjaśniać w świetle promieni wschodzącego słońca. Starali się wiosłować najciszej, jak się tylko dało. Wiał lekki wiaterek, toteż szelest liści drzew, do których powoli się zbliżali wydawał się bardziej niepokojący im bardziej podpływali. Oboje milczeli. Onufry Zagłoba nerwowo wodził wzrokiem po gęstym runie w kniei, a Longin wiosłował wesoło przy tym pogwizdując. Kiedy dopłynęli i przycumowali łódkę zaczęli nasłuchiwać.
 - Prowadź brateńku, wszak wyście widzieli skąd wam po ślepiach świeciło. - odezwał się Podbipięta.
   Powoli zaczęli wchodzić w gęste runo między potężnymi dębami, jesionami i gdzieniegdzie grubymi jodłami. Zaczęli obszukiwać okolicę, uważnie przeszukując każdy krzak i wypatrując jakichkolwiek tropów, wskazujących na coś nadzwyczajnego. Dochodziło południe. Zagłoba z Longinem dalej nie odszukali niczego podejrzanego.
 - Chyba waści jednak gorzałka w łbie namieszała. - odezwał się siłacz po czym się roześmiał.
 - Cicho waść! - syknął uciszająco Zagłoba i wydłużył szyję wytężając uszu.
   Pijaczyna nagle bez słowa niemal podbiegł do krzewów kawałek przed nimi. Przykucnął i wyjrzał spomiędzy gałęzi. Po chwili gestem przywołał do siebie towarzysza:
 - Patrz waszmości. - Wskazał ręką na niewielką polankę. Podbipięta przez chwilę starał się dojrzeć tego, co pokazywał mu Zagłoba.
 - W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Amen – przeżegnał się Longinus na widok stwora, wspierającego się na kilku mackach, podobnych ni do ośmiornicy, ni do trąby słonia. Szara, plamista skóra połyskiwała niczym wypolerowana zbroja. Jego głowa nie posiadała twarzy, nie było na niej żadnych oczu, ani nosa, uszu czy ust. Pokryta była tylko dziesiątkami małych otworów. Parszywy fetor ogarnął niespodziewanie las. Jan Zagłoba zaczął kaszleć, tak jakby smród zaczął go gryźć po gardle.
 - Zagłobo, rybeńko, oddychaj! - Siłacz próbował ratować duszącego się, mocno klepiąc go po plecach.
 - Przestań, bo mi kręgosłup połamiesz! Wysoki jak topola i głupi jak fasola! - ryknął pijak.
 - A wy znowu swoje. Toż tego słuchać się nie da.
   Kiedy ponownie wyjrzeli na polanę, stwora już nie było. W miejscu, gdzie stał rozciągała się tylko gigantyczna pajęczyna. Oboje spojrzeli po sobie, nie wiedząc co poczynać. Niespodziewanie fetor nabrał na sile. Zamarli. Kosmiczny przybysz wyrósł jak z ziemi przed nimi. Longin bez namysłu sięgnął po swój olbrzymi, ciężki, krzyżacki miecz. Wziął zamach, celując prosto w głowę stwora, lecz coś go powstrzymało w powietrzu. Jego klinga przez chwilę pokryła się niebieskim światłem, powietrze zawibrowało, po czym ostrze rozsypało się w drobny pył.
 - Toć to był miecz mojego przodka Stowejka Podbipięty...
 - Milcz ziemianinie! Gdybyś nie był taki porywczy, miecz byłby w jednym kawałku...
 - Ktoś ty waćpan jesteś? Wszak chyba diabły nam cię zesłały – odezwał się Zagłoba, dotychczas w milczeniu chłonąc to co się stało.
 - Noszę imię Loril Sakra. Pochodzę z planety Eridani. Jestem wysłannikiem mojego ludu. Moją misją jest zwerbować armię pięciu tysięcy najlepszych ziemianinów, którzy pomogą nam w odbiciu ataku rasy kosmitów z planety sąsiedniej. Poszukuje największych wojowników wszech czasów tego padołu!
 - Waćpan chyba rozum postradał! O suchym pysku nigdy! - zaczął negocjować moczygęba.
 - Posłuchajcie ziemianie. Wiem, że na Rzeczpospolitą gotują się armie setek tysięcy Tatarów i Kozaków pod wodzą Chmielnickiego. Jeżeli wy pomożecie nam w naszej wojnie, my pomożemy wam rozpędzić jego wojska i stłumić krwawy bunt! Oczywiście mamy nawet lepsze trunki niż kiedykolwiek mieliście okazje pić!
 - Brateńku, ale mój miecz... - Longin upomniał się o pamiątkę rodzinną.
 - Jeżeli zgodzisz się pójść ze mną, miecz twój ci odtworzę.
 - Zaraz, zaraz... A dlaczego akurat my rybeńko?
 - Bo wy: Janie Onufry Zagłobo herbu Wczele i Longinusie Podbipięto herbu Zerwikaptur, jesteście odpowiednimi ludźmi do tej roboty. Mężni, waleczni, odważni...
 - No! W końcu ktoś do mnie ludzkim głosem przemawia... - wyprostował się dumnie Zagłoba, po czym dodał – A wiecie zkąd u mnie ta blizna na czole?
 - Wiem, po kuli tureckiej, gdy rześ się do Ziemi Świętej za grzechy młodości ofiarował. - uśmiechnął się kosmita.
 - T... tak – odpowiedział zamurowany szlachcic, nie wiedząc skąd nieznajomy znał odpowiedź.
 - To jak? Przystajecie na tę propozycję?
 - Jeżeli macie dobrą gorzałkę i dajesz jegomość, słowo, że ramię w ramię z nami przeciwko zbuntowanym kozakom staniesz, to ja jestem gotów pomóc waści dziwolągowi. - burknął pijak, po czym się roześmiał.
   Sakra nic nie odpowiedział na słowo „dziwoląg”, tylko przeniósł spojrzenie na jego towarzysza.
 - Toć i ja panu Zagłobie towarzyszyć mogę, a kto wie czy w kosmosie może uda mi się dotrzymać ślubu i ściąć trzy głowy jednym ruchem. - dumał Longin.
 - Świetnie mościpanowie. Przygotujcie się na podróż. Weźcie trzy głębokie oddechy i zamknijcie oczy.
 - A nie masz ty przypadkiem napić się czego przy sobie, wszak podróż umilić sobie trzeba. - zachęcił stwora moczygęba i uśmiechnął się drapieżnie.
 - Wszystko w swoim czasie.
   Wokół Lorila Sakry pojawił się złoto-żółty pierścień, który potem ogarnął także szlachciców. Zerwał się silny wiatr, po czym las ogarnął przeraźliwy huk. W miejscu, gdzie stali pozostała tylko wydeptana trawa i ogromna pajęczyna niczym sieć rybacka.
   W obozie wojsk planety Eridani panował niepokój. Tułało się tu wiele mężczyzn w różnym wieku, których łączyło jedno – eridanie przysięgali pomoc, w zamian za obronę planety. Właśnie dotarła do nich wiadomość króla Reksusa – dyktatora wrogiej planety. Wyraźnie wypowiedział w niej rozpoczęcie działań wojennych, toteż trwały wszelkie przygotowania. Budowano barykady, gotowano bronie, odprawiano msze różnych wyznań przed wyruszeniem machiny zagłady. Na środku placu, na ziemi, nagle pojawiło się pole mocy. Na nim jak grom z nieba pojawiły się trzy osoby.
 - Witajcie w armii pod moją komendą na planecie Eridani. - Rozłożył ręce w powitalnym geście Loril, po czym spojrzał po swoich podwładnych. Wyraźnie coś się nie zgadzało. Żołnierze ożywili się bardzo w porównaniu do ostatnich kilku dni i krzątali się po obozie, stawiając mury obronne.
 - Hej! Vinaros! Powiedz, co tu się dzieje? - zawołał Sakra do jenego z wojaków. Był to mężczyzna niskiego wzrostu, lecz szeroki jak szafa w barkach, o gęsto zarośniętej twarzy.
 - Biada, panie komendancie. Planeta Serinus wypowiedziała dziś jawnie wojnę. Spodziewamy się ataku w każdej chwili. Któż może wiedzieć, czy już nie są w drodze. Nasi szpiedzy i zwiadowcy nie wracają już od tygodnia. Spodziewamy się najgorszego. - żołnierz przeniósł spojrzenie na grubasa, o czerwonej twarzy wyrażającej zainteresowanie sprawą. - A niech mnie dunder świśnie! Pan Onufry Zagłoba we własnej osobie!
 - Jakem żyw waści, we własnej osobie, namiestnik chorągwi pancernej Jaśnie Oświeconego Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego – zełgał dodawając sobie godności. - A to jest towarzysz mój Longinus Powsinoga herbu Zerwipludry – oznajmił szlachcic, po czym wybuchł śmiechem.
 - A pan Zagłoba znowu swoje. Jam jest Longinus Podbipięta, herbu Zerwikaptur z Myszykiszki, braciaszki – przedsatwił się wojakowi siłacz.
 - Vinaros, oprowadź naszych współ wojowników po obozie i wyposaż ich w broń. - rozkazał podwładnemu Sakra.
 - Tak jest panie komendancie. - odpowiedział, po czym zwrócił się do przybyszów - Proszę za mną.
 - A powiedz jegomość nie macie przypadkiem czego się napić? - odezwał się moczygęba. - wszak trzeba wypić za spotkanie nasze.
 - Najpierw sprawy ważniejsze, potem będzie czas na zabawę.
   Zagłoba bełkotał coś pod nosem niezadowolony, aż w końcu ucichł. Szeregowy doprowadził ich do pewnego rodzaju magazynu. Znikł na moment po czym wrócił z kamizelkami kuloodpornymi oraz bronią w rodzaju schludnego samopału, wykonanego ze stali.
 - Ubierzcie to pod swe szaty, lepiej chroni korpus niż najlepszej roboty kolczuga. - podał im kamizelki, poczekał chwilę aż ubiorą, po czym ciągnął dalej. - a to jest karabin AK, który potrafi wystrzelić tuzin pocisków w okamgnieniu.
 - A pokaż to, rybeńko. - Zachęcił go Longin. Pociągnął za spust, celując w niebo. Karabin plunął ogniem, a siła odrzutu cisnęła go do ściany. - Jezu Chryste! Toć to broń diabelska. Potrafi posłać kilku chłopa na tamtą stronę naraz. - Wyraził swój podziw i zarazem niechęć do wielopału.
   Niebo nad stacją wojsk nagle zaczęło się ściemniać. Na horyzoncie pojawiały się kosmiczne statki nieprzyjaciela. Kształtem przypominały wielkie, stalowe ptaki, odbijające promienie słońca od swej srebrnej powierzchni. Zapanowała cisza. Nieznośna cisza przed pierwszym ogniem. Plac nagle opustoszał wokoło.
 - Do schronów! - krzyknął Vinaros ile sił w płucach i ujął szlachciców za ręce po czym wrzucił do okopów.
   Wszędzie wokoło pojawiały się zielone postacie, o twarzy przypominającej tygrysa, porośnięte gęstym włosiem, a resztę ciała miały podobne do ludzkiego. Zagłoba otarł pot z czoła. Jak na złość nie miał przy sobie ani kropli miodu! Nagle przed nim zjawił jeden z agresorów, z uniesionym wysoko nad głowę mieczem. Napastnik był o dobrą głowę wyższy, a jego oczy patrzyły gniewnym, lodowatym spojrzeniem. Zagłoba zaczął krzyczeć. Dziki wrzask rodził  się w jego  podświadomości, nie dając możliwości kontrolowania.

***

 - Janie! Janie! Obudź się braynku! - szturchał pijaka Longin, który spał nieopodal jeziorka.
   Zagłoba popatrzył na przyjaciela, położył ręce na twarzy, przejechał nimi nerwowo po pokaźnym brzuchu i wykrzyczał z radością
 - Jam żyw przyjacielu! Jak Boga kocham, żyję! - pocałował Podbipiętę w policzek. - Chodźmy do karczmy, muszę Ci opowiedzieć, co mi się przyśniło. Nie uwierzysz waćpan!
 - Oj rybeńko, chyba dość już na dziś gorzałki. - westchnął Siłacz, lecz Zagłoba odwrócił się ku oberży i podążał wesołym krokiem wyżłopać kufel syconego miodu.


Offline Czyprak Antoni

  • Piotruś Pan
  • *
  • Wiadomości: 15
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
    • Gotowanie na gazie
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #9 dnia: Sierpień 23, 2011, 09:47:14 pm »


Pan Zagłoba w Kosmosie

- Ech, umęczona, doświadczana od nieprzyjaciół ojczyzno, nieszczęsna rodzicielko i opiekunko nasza! - westchnął Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, wychylając z tytanowego bukłaka ostatni łyk koncentratu miodu krzysztynieckiego. - Kiedyż to wytchnąć będzie ci dane i rany wylizać! Eeech, siła nam się jeszcze natrudzić przyjdzie nim pohańca z kwadrantu przepędzim!
 
Zafrasował się. Oto przez Intergalaktyczną Sieć Kurierską doszły go niepokojące wieści. Podjazdy Turkińczargów nękały dzierżony od wieków przez Rzeczpospolitą układ Zbaraż II w Kwadrancie Żurawia i tylko patrzeć jak całą potencją wróg ruszy aby wydrzeć go Rzeczpospolitej. Król Jan Kazimierz XVI w tych dniach własną osobą stanąć miał na czele sprzymierzonych wojsk polsko-litreckich. Zewsząd na miejsce zbiórki śpieszyły okręty kosmicznej husarii. Pan Wiśniowiecki ze swoim pułkiem ścigaczy zapowiadał się dnia następnego. Chorągwie pana Wołodyjowskiego już smaliły osłony wrażym watahom, a i cały pułk lekkiej kawalerii neutronowej, którym dowodził Mały Rycerz, lada dzień miał stanąć na jednej z planet układu.
 
Pan Zagłoba także nie mitrężył czasu. Śpieszno mu było na radę wojenną zwołaną przez miłościwego pana. Zaordynował włączenie nadprzestrzennych silników bozonowych, nakazał chorążemu wąsoskiemu Rzędzianowi objąć komendę na stanowisku nasłuchu i teraz pozostało tylko modlić się, aby na drodze stanął szwadron nieprzyjacielski, który można by sprytnym fortelem roznieść w pył. Od Zbaraża II dzieliło go 180 lat świetlnych, jednak stary borsuk ani myślał odpoczywać podczas dwudniowej podróży. Zanim krążownik dalekiego zasięgu "Hajduczek" minął mgławicę Klio, pan Zagłoba ukończył poemat krotochwilny na cześć pani pułkownikowej Wołodyjowskiej, zaczynający się od słów "Cna Basieńko, daję słowo: tyś najgładszą białogłową". Wcześniej, przy pomocy munsztuku i wrodzonego sprytu, naprawił generator fotoplazmy, który zaraz po starcie z księżycowej bazy "Nowy Kamieniec" zaczął przeciekać na nitowaniach, zaś kiedy mijał Saturna, zabrał na hol jeden z pierścieni. Umyślił podarować go królowi jako zapowiedź zwycięstwa.


- Ooo, moc mitręgi przede mną, a i drogi szmat - mruknął pod wąsem i siadł na ulubionym krześle w stylu marsjańskiej regencji. Popatrzył ze smutkiem na tytanowy zasobnik. - Nie cierpię pustych naczyń. Jest tam który? Miodu przynieś, a duchem, znużonym wielce!
 
Po chwili do komnaty wbiegł przerażony podręczny i jął nerwowo czapkować. - Miłościwy panie, kiedy wyszedł!


- Niech jeszcze i to, niechaj i to - załamał ręce pierwszy obrońca Rzeczpospolitej, uprzytamniając sobie, że zaiste, nie miał kto dokonać aprowizacji produktów pierwszej potrzeby; przecież miesiąc wcześniej wysłał podczaszego na drugi koniec galaktyki na planetę Winchorn z misją zakupu trzystu beczek gorzałki z klatranów, lokalnej odmiany żywicznego buraka. - Ojczyzna w srogiej niedoli, jednako i na mnie, wędrowca gwiazdowego, ciężkie termina nastały. Rzędzian! Nie zoczyłeś aby dryfującej stacji tankującej? - zapytał przez interkom.


- Melduję posłusznie, że nie, sonary Higgsa pokazują jedynie obecność nieznanego okrętu klasy Koncerz dwa parseki stąd. Niech mi jednak będzie wolno zauważyć, że paliwa mamy dość...
 
- A to i dobrze, bo nie dla paliwa cię biorę na spytki, a dla takiej oto przyczyny, że w magazynach stacji mogliby mieć zapodziany antałek smyrtniańskiego wina, który to zabierając, od niechybnego skwaśnienia byśmy uchronili. Steruj na ten korab, może chrześcijańskie dusze tam są, wspomogą wojenników w potrzebie.
 
- Wasza miłość, Turkińczarscy grasanci...
 
- Nie mędrkuj, młodzieńcze. Wiedz, że zwłoka tu na nic. W trzewiach mi zaschło jakby w dezertej Arabiji gniew febowy się objawił, a wiesz pewnikiem, przy mnie terminując, że od suchości w gardle dowcip słabnie i o koncepty niełatwo. Zaordynuj co trzeba.
 
- Wedle rozkazu! - mimo że pryncypał go nie widział, chorąży wyprężył się na baczność i pośpieszył wykonać polecenie.
 
Niebawem "Hajduczek" podszedł do obcego statku na odległość komunikacji bezpośredniej. Pan Zagłoba dla fasonu założył futrzaną czapę z futra zmodyfikowanego kriogenicznie bobra, otworzył bulaj, fuknął na przelatującą w pobliżu meduzopodobną formę życia próżniowego i zawołał w przestrzeń kosmiczną: - W imię Boże, jest tam kto? Opowiadaj się, rozmówić się nam trzeba!
 
Ze statku wysunęła się kopuła, w której tkwiło karmazynowe monstrum o siedmiu odnóżach zakończonych szponami, trzynastu albo czternastu oczach na długich, ruchliwych wypustkach i ogromnych zębiskach. Z paszczy wyciekała brązowa maź.
 
- Święty Jerzy, pogromco smoków i Chimery z Alfa Centauri, cóż to za maszkara? - zakrzyknął pan Onufry, splunął przez prawe ramię, przeżegnał się, po czym mruknął pod wąsem: - Słusznie nauczała świętej pamięci stryjenka, niech jej Obłok Magellana lekkim będzie, żeby z przybłędami znajomości nie zadzierzgać. Jednak co począć, wojna ma swoje prawa. Hej tam, ślicznoto, nie masz w magazynku czegoś do zwilżenia ust? Pomagając wędrowcom, jak mówi Pismo, wdzięczność Świętej Panienki zaskarbiasz!
 
Istota najwyraźniej nie rozumiała, bo wierciła się i spluwała wydzieliną. Zagłoba użył powszechnie zrozumiałego gestu: przyłożył dłoń do szyi i spojrzał pytająco.
 
- Khrrr-trrrk hkrrkrk rgghrr! - usłyszał w odpowiedzi.
 
- Każ z takiego charczenia androidom buty uszyć. Nie złość mnie, bo jakem Zagłoba, każę za krążownikiem przez deszcz meteorów włóczyć!
 
- Grrrrghhhh-trrrk!
 
- A niechajże cię kometa ogonem liże, pohańcu nieużyty - mruknął podkręcając wąsisko. - Pomór na ciebie i na fazery twoje za moje cierpienie!
 
Zamknął okienko, czapę rzucił w kąt, rozłożył szeroko ramiona. - Nie dziw, że pokarał Stwórca niebogę takim wyglądem - powiedział. - Straciłem nadzieję na zacny trunek na tym pustkowiu. Pozostaje naszykować zajzajeru na neptuńską modłę. Rzędzian, bywaj tu, chłopcze! Tak zrobimy, tylko słuchaj uważnie. Potraktujemy dwutytanian chloru odwróconą osmozą plutonową. Kiedy dodamy do tego chlorku cezu i wytrącimy wodór oraz węgiel z katalizy glinowo-siarczanowej, to jakieś procenty z tego wyjdą. Nie będzie to może zacny miód z piwnic królewskich, ale dla wspomożenia pomyślunku się nada. Ruszaj żwawo i przygotuj zestaw do osmozy. Spraw mi się pięknie, a ojczyzna ci tego nie zapomni.


Niebawem zgromadzono niezbędne składniki. Korytarze wypełnił zapach destylatu, a z komnaty dowodzenia zaczęły dobiegać posapywania, pomrukiwania, bulgot i odgłosy drobnych eksplozji. Krążownik majestatycznie ciął pustkę międzygalaktyczną, pozostawiając za sobą wydobywający się z dysz wentylacyjnych i krystalizujący się błyskawicznie procentowy opar. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane i już wkrótce pan Zagłoba mógł z czystym sumieniem oddać się rozważaniom o nadciągającej wojennej zawierusze. Wszystko dla dobra Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, wszystko.

Offline derawel

  • Admin
  • *
  • Wiadomości: 581
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: 2 egzemplarze książki Słońce Słońc - Karl Schroeder do wygrania
« Odpowiedź #10 dnia: Sierpień 26, 2011, 12:36:19 pm »
Książki otrzymują:
  • Aislinn
  • slavosky

Prosimy zwycięzców o kontakt poprzez PW z derawelem i podanie adresu do wysyłki (wraz z numerem telefonu) lub informację o chęci odbioru książki w naszej księgarni w Białymstoku.

Zwycięzcy mają 1 miesiąc na zgłoszenie się po nagrodę. Jeżeli w tym terminie nie otrzymamy żadnej wiadomości, nagroda przepada!

Gratulujemy wszystkim!