„Zagłoba w kosmosie”
Dzisiejszy dzień bardzo upalny był, toteż karczma tego wieczora w Czehryniu pękała w szwach. Wiele szlachty tu się bawiło, bogatej i ubogiej także, towarzystwa szukającej. Chłopi tego dnia, jak to bywa zwykle w okresie żniw, śmiertelnie zmęczeni, nie mieli sił na rozrywkę, pragnąc odpocząć przed jutrzejszymi zbiorami. Salę wypełniały głośne rozmowy, muzyka, tańce, śpiewy, śmiech razem z zapachem stęchlizny zmieszanym z wonią dymu i syconego miodu. Wnętrze oświetlało kilka jasnych płomieni oliwnych lamp oraz liczne świece. Na stołach gościły ogromne ilości talerzy ze strawą i pucharów obficie podłymi trunkami roboty domowej napełnione.
Wśród panów szlachetków, w tłumie, zabawiało się również dwóch ubogich, zwyczajnych, niczym nie wyróżniających się waszmościów. Pierwszy z nich, grubas strzyżony na „grzybka”, widać było, że lubił sobie użyć. Ujął kufel i jednym haustem wypróżnił go z piwa.
- Cienkie piwo w tym waszym Czehryniu macie. Hej Hanuś! Daj miodu! - zawołał na urodziwą kobietę, której natura nie poskąpiła ciała i ponętnych kształtów. Jej wielkie piersi niemal wylewały się z głębokiego dekoltu.
- Zagłobo, brateńku, toć Wy już dzisiaj dość wypiliście. - odezwał się jego towarzysz. Był to postawny szlachcic, z wielkim mieczem u boku, który zdradzał wielką krzepę posiadacza, bowiem obchodzenie się takim narzędziem wymagało silnej ręki.
- Daj waćpan Powsinogo spokój! Sam byś sobie użył, wszak żyjecie jak ostatni pustelnik!
- Podbipięto, panie Zagłobo. Jam jest Longinus Podbipięta! Ślubowałem Najświętszej Panience żyć w czystości dopóty nie zetnę trzech głów jednym cięciem, rybeńko moja.
Do stołu podeszła kobieta z kuflem miodu i postawiła go z impetem przed Zagłobą. Ten ujął ją w talii i figlarnie położył na kolanach. Longinus na ten widok przeżegnał się i podenerwowany pospiesznie odwrócił wzrok. Cały zaczął się trząść, widać pragnienie kobiecego ciepła było okropnie kuszące, lecz siłacz dzielnie potrafił je opanować, płacąc przy tym ceną swojego zdrowia. Człowiek to jednak wielce pobożny był, toteż zamykając go w jednej izbie z piękną, młodą dziewką, pewność można mieć, że ślubu Najświętszej Maryi Panience danego nigdy nie nie złamie.
- Hej Hanuś, nalej do granic, daj razem i pyska, nie zważaj na nic! - zaśpiewał, po czym wybuchnął zaiste oślim śmiechem, aż udławił się własną śliną. Oberżystka serdecznie się roześmiała, wyrwała z objęcia dławiącego szlachcica, po czym rozejrzała po zwróconych na nią, obleśnie uśmiechniętych, prostackich twarzach. Kobieta w zaistniałej sytuacji ujęła się mocno pod boki. Wyprostowała się, uniosła wysoko głowę, zwinnym ruchem zabrała puste kufle sprzed ohydnie kaszlącego pijaka, po czym głośno prychnęła na zwrócone ku niej, przebijające spojrzenia. Odeszła pewnym siebie krokiem, mamrocząc coś pod nosem i kręcąc zachęcająco zadkiem, pokazując sprośnym pijaczynom, gdzie jest ich miejsce.
- Zdrowie Hani! - wzniósł toast jeden z gości, po czym pociągnął spory łyk syconego miodu i rozbił gliniany kubek o głowę.
- Zdrowie! - odpowiedział mu chór, po czym ryknął głośnym śmiechem.
Biesiada trwała daleeeko w noc. Na niebie gościła szara tarcza Księżyca, otoczona skupiskiem gwiazd, rzucająca słabą poświatę srebrnego światła. Zagłoba, nie wiedzieć jak się tam znalazł, głęboko spał donośnie chrapiąc między końmi w stajni, z tyłu karczmy, gdzie przejezdni goście konie napoić i nakarmić mogli przed dalszą wędrówką. Pijak poruszył się przez sen, niechcący trącając jednego z wierzchowców w brzuch. Ten nerwowo zarżał i zaczął niespokojnie machać swym okazałym ogonem, który pozostawił czerwony ślad na policzku szlachcica.
- Nie... nie bij Hanuś! Ni... Nie bij...! - obudził się z krzykiem, cały spocony.
Moczygęba ocknął się, przetarł oczy i ochlapał twarz wodą z końskiego żłobu. Rozejrzał się i próbował sobie przypomnieć jak się tu u licha, znalazł, lecz bez skutku. Poczuł suchość w gębie i natarczywe ciśnienie na pęcherzu. Wstał i wyszedł ze stajni, uspakajając konia, który spłoszył się jego szybkim ruchem. Pobiegł nad pobliskie jeziorko, szybko ściągnął hajdawery i stanął w rozkroku.
- Aaahhhhh! - na jego twarzy wyraźnie było widać wyrazy ulgi.
Powierzchnia wody lekko falowała i w świetle Księżyca wydawała się niemal siwą. Z drugiej strony jeziora rozpościerał się gęsty las. Zagłoba podczas załatwiania potrzeby przyglądał się mu uważnie, czy wilków gdzie nie widać. Gdy już podciągnął swe brudne spodnie i chciał zadowolony odchodzić, nagle w kniei dojrzał błysk białego, lecz słabego światła, ale na tyle wyraźnego, by wzbudziło w nim ciekawość i niepokój. Pijak przetarł mocno jeszcze raz swoje oczy, tak, że zaczerwieniły się jak jego pijacki nos.
- Niech mnie kule biją. Zwidy moim oczu dokuczają od wczorajszego miodu. - szepnął cicho do siebie.
Po chwili wpatrywania w przeciwległy brzeg, ciemność przeszył jeszcze jeden, tym razem zdecydowanie mocniejszy, oślepiający przebłysk. Zagłobie aż zakręciło się w głowie i rozwarła szczęka w oszołomieniu. Wziął nogi za pas i ile sił w w nich miał pobiegł z powrotem do karczmy. Za nim unosiły się tumany kurzu, a jego brzuszysko kołysało się jak stary powóz jadący po nierównej, zabłoconej drodze. Wparował zdyszany do środka jak kula wystrzelona z solidnej armaty, o mało nie wyrywając zawiasów z drewnianej ściany. Otarł pot z czoła, na którym gościła głęboka zmarszczka.
- Panowie! Panowie! Sodoma i Gomora po drugiej stronie jeziora! - na całe gardło wywrzeszczał moczygęba, po czym uświadomił sobie, że w sali siedział już tylko śpiący Longinus, podparty łokciami o blat stołu, na którym rysowała się sieć po bruzd pocięciach nożami. Na te krzyki poderwał się na równe nogi, nieprzytomnie wbijając wzrok w przybysza.
- Szanowny Podbipięto, ratuj mnie waszmości, bo rzem zmysły postradał od wczorajszych trunków. - powiedział Zagłoba chwytając go za ramiona i trzęsąc nim jak galaretą.
- Oj bratynku! Mówiłem Ci ja, żeby miodu więcej nie pić, bo gorzałka ino tęgiej głowie służy. Cóż to się stało, że tak wpadacie jak taran i drzecie się w niebogłosy?
- Po drugiej stronie pięknego, naszego jeziorka, w lesie, błysk rzem widział, jaśniejszy niż tysiąc tuzinów świec! O mało wzroku nie straciłem. Jeszcze teraz gwiazdki mi przed oczami tańcują!
- Nie może być! To po wczorajszej biesiadzie głowę wam przyćmiło rybeńko.
- Kiedy mówię! Że też Bóg dał Ci tyle w ręce, a tak mało w głowie! - oburzył się.
- Prawdali to? - zapytał z niedowierzaniem Longimus.
- Jakem Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, waści. Chodźcie, to pokaże! Weźmiemy łódkę i przepłyniemy jezioro.
- Niech będzie mości Zagłobo – westchnął bezsilne siłacz, widząc iż pijaczyna nie chce dać za wygraną.
Kiedy odbijali od brzegu, zmrok powoli zaczynał się rozjaśniać w świetle promieni wschodzącego słońca. Starali się wiosłować najciszej, jak się tylko dało. Wiał lekki wiaterek, toteż szelest liści drzew, do których powoli się zbliżali wydawał się bardziej niepokojący im bardziej podpływali. Oboje milczeli. Onufry Zagłoba nerwowo wodził wzrokiem po gęstym runie w kniei, a Longin wiosłował wesoło przy tym pogwizdując. Kiedy dopłynęli i przycumowali łódkę zaczęli nasłuchiwać.
- Prowadź brateńku, wszak wyście widzieli skąd wam po ślepiach świeciło. - odezwał się Podbipięta.
Powoli zaczęli wchodzić w gęste runo między potężnymi dębami, jesionami i gdzieniegdzie grubymi jodłami. Zaczęli obszukiwać okolicę, uważnie przeszukując każdy krzak i wypatrując jakichkolwiek tropów, wskazujących na coś nadzwyczajnego. Dochodziło południe. Zagłoba z Longinem dalej nie odszukali niczego podejrzanego.
- Chyba waści jednak gorzałka w łbie namieszała. - odezwał się siłacz po czym się roześmiał.
- Cicho waść! - syknął uciszająco Zagłoba i wydłużył szyję wytężając uszu.
Pijaczyna nagle bez słowa niemal podbiegł do krzewów kawałek przed nimi. Przykucnął i wyjrzał spomiędzy gałęzi. Po chwili gestem przywołał do siebie towarzysza:
- Patrz waszmości. - Wskazał ręką na niewielką polankę. Podbipięta przez chwilę starał się dojrzeć tego, co pokazywał mu Zagłoba.
- W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Amen – przeżegnał się Longinus na widok stwora, wspierającego się na kilku mackach, podobnych ni do ośmiornicy, ni do trąby słonia. Szara, plamista skóra połyskiwała niczym wypolerowana zbroja. Jego głowa nie posiadała twarzy, nie było na niej żadnych oczu, ani nosa, uszu czy ust. Pokryta była tylko dziesiątkami małych otworów. Parszywy fetor ogarnął niespodziewanie las. Jan Zagłoba zaczął kaszleć, tak jakby smród zaczął go gryźć po gardle.
- Zagłobo, rybeńko, oddychaj! - Siłacz próbował ratować duszącego się, mocno klepiąc go po plecach.
- Przestań, bo mi kręgosłup połamiesz! Wysoki jak topola i głupi jak fasola! - ryknął pijak.
- A wy znowu swoje. Toż tego słuchać się nie da.
Kiedy ponownie wyjrzeli na polanę, stwora już nie było. W miejscu, gdzie stał rozciągała się tylko gigantyczna pajęczyna. Oboje spojrzeli po sobie, nie wiedząc co poczynać. Niespodziewanie fetor nabrał na sile. Zamarli. Kosmiczny przybysz wyrósł jak z ziemi przed nimi. Longin bez namysłu sięgnął po swój olbrzymi, ciężki, krzyżacki miecz. Wziął zamach, celując prosto w głowę stwora, lecz coś go powstrzymało w powietrzu. Jego klinga przez chwilę pokryła się niebieskim światłem, powietrze zawibrowało, po czym ostrze rozsypało się w drobny pył.
- Toć to był miecz mojego przodka Stowejka Podbipięty...
- Milcz ziemianinie! Gdybyś nie był taki porywczy, miecz byłby w jednym kawałku...
- Ktoś ty waćpan jesteś? Wszak chyba diabły nam cię zesłały – odezwał się Zagłoba, dotychczas w milczeniu chłonąc to co się stało.
- Noszę imię Loril Sakra. Pochodzę z planety Eridani. Jestem wysłannikiem mojego ludu. Moją misją jest zwerbować armię pięciu tysięcy najlepszych ziemianinów, którzy pomogą nam w odbiciu ataku rasy kosmitów z planety sąsiedniej. Poszukuje największych wojowników wszech czasów tego padołu!
- Waćpan chyba rozum postradał! O suchym pysku nigdy! - zaczął negocjować moczygęba.
- Posłuchajcie ziemianie. Wiem, że na Rzeczpospolitą gotują się armie setek tysięcy Tatarów i Kozaków pod wodzą Chmielnickiego. Jeżeli wy pomożecie nam w naszej wojnie, my pomożemy wam rozpędzić jego wojska i stłumić krwawy bunt! Oczywiście mamy nawet lepsze trunki niż kiedykolwiek mieliście okazje pić!
- Brateńku, ale mój miecz... - Longin upomniał się o pamiątkę rodzinną.
- Jeżeli zgodzisz się pójść ze mną, miecz twój ci odtworzę.
- Zaraz, zaraz... A dlaczego akurat my rybeńko?
- Bo wy: Janie Onufry Zagłobo herbu Wczele i Longinusie Podbipięto herbu Zerwikaptur, jesteście odpowiednimi ludźmi do tej roboty. Mężni, waleczni, odważni...
- No! W końcu ktoś do mnie ludzkim głosem przemawia... - wyprostował się dumnie Zagłoba, po czym dodał – A wiecie zkąd u mnie ta blizna na czole?
- Wiem, po kuli tureckiej, gdy rześ się do Ziemi Świętej za grzechy młodości ofiarował. - uśmiechnął się kosmita.
- T... tak – odpowiedział zamurowany szlachcic, nie wiedząc skąd nieznajomy znał odpowiedź.
- To jak? Przystajecie na tę propozycję?
- Jeżeli macie dobrą gorzałkę i dajesz jegomość, słowo, że ramię w ramię z nami przeciwko zbuntowanym kozakom staniesz, to ja jestem gotów pomóc waści dziwolągowi. - burknął pijak, po czym się roześmiał.
Sakra nic nie odpowiedział na słowo „dziwoląg”, tylko przeniósł spojrzenie na jego towarzysza.
- Toć i ja panu Zagłobie towarzyszyć mogę, a kto wie czy w kosmosie może uda mi się dotrzymać ślubu i ściąć trzy głowy jednym ruchem. - dumał Longin.
- Świetnie mościpanowie. Przygotujcie się na podróż. Weźcie trzy głębokie oddechy i zamknijcie oczy.
- A nie masz ty przypadkiem napić się czego przy sobie, wszak podróż umilić sobie trzeba. - zachęcił stwora moczygęba i uśmiechnął się drapieżnie.
- Wszystko w swoim czasie.
Wokół Lorila Sakry pojawił się złoto-żółty pierścień, który potem ogarnął także szlachciców. Zerwał się silny wiatr, po czym las ogarnął przeraźliwy huk. W miejscu, gdzie stali pozostała tylko wydeptana trawa i ogromna pajęczyna niczym sieć rybacka.
W obozie wojsk planety Eridani panował niepokój. Tułało się tu wiele mężczyzn w różnym wieku, których łączyło jedno – eridanie przysięgali pomoc, w zamian za obronę planety. Właśnie dotarła do nich wiadomość króla Reksusa – dyktatora wrogiej planety. Wyraźnie wypowiedział w niej rozpoczęcie działań wojennych, toteż trwały wszelkie przygotowania. Budowano barykady, gotowano bronie, odprawiano msze różnych wyznań przed wyruszeniem machiny zagłady. Na środku placu, na ziemi, nagle pojawiło się pole mocy. Na nim jak grom z nieba pojawiły się trzy osoby.
- Witajcie w armii pod moją komendą na planecie Eridani. - Rozłożył ręce w powitalnym geście Loril, po czym spojrzał po swoich podwładnych. Wyraźnie coś się nie zgadzało. Żołnierze ożywili się bardzo w porównaniu do ostatnich kilku dni i krzątali się po obozie, stawiając mury obronne.
- Hej! Vinaros! Powiedz, co tu się dzieje? - zawołał Sakra do jenego z wojaków. Był to mężczyzna niskiego wzrostu, lecz szeroki jak szafa w barkach, o gęsto zarośniętej twarzy.
- Biada, panie komendancie. Planeta Serinus wypowiedziała dziś jawnie wojnę. Spodziewamy się ataku w każdej chwili. Któż może wiedzieć, czy już nie są w drodze. Nasi szpiedzy i zwiadowcy nie wracają już od tygodnia. Spodziewamy się najgorszego. - żołnierz przeniósł spojrzenie na grubasa, o czerwonej twarzy wyrażającej zainteresowanie sprawą. - A niech mnie dunder świśnie! Pan Onufry Zagłoba we własnej osobie!
- Jakem żyw waści, we własnej osobie, namiestnik chorągwi pancernej Jaśnie Oświeconego Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego – zełgał dodawając sobie godności. - A to jest towarzysz mój Longinus Powsinoga herbu Zerwipludry – oznajmił szlachcic, po czym wybuchł śmiechem.
- A pan Zagłoba znowu swoje. Jam jest Longinus Podbipięta, herbu Zerwikaptur z Myszykiszki, braciaszki – przedsatwił się wojakowi siłacz.
- Vinaros, oprowadź naszych współ wojowników po obozie i wyposaż ich w broń. - rozkazał podwładnemu Sakra.
- Tak jest panie komendancie. - odpowiedział, po czym zwrócił się do przybyszów - Proszę za mną.
- A powiedz jegomość nie macie przypadkiem czego się napić? - odezwał się moczygęba. - wszak trzeba wypić za spotkanie nasze.
- Najpierw sprawy ważniejsze, potem będzie czas na zabawę.
Zagłoba bełkotał coś pod nosem niezadowolony, aż w końcu ucichł. Szeregowy doprowadził ich do pewnego rodzaju magazynu. Znikł na moment po czym wrócił z kamizelkami kuloodpornymi oraz bronią w rodzaju schludnego samopału, wykonanego ze stali.
- Ubierzcie to pod swe szaty, lepiej chroni korpus niż najlepszej roboty kolczuga. - podał im kamizelki, poczekał chwilę aż ubiorą, po czym ciągnął dalej. - a to jest karabin AK, który potrafi wystrzelić tuzin pocisków w okamgnieniu.
- A pokaż to, rybeńko. - Zachęcił go Longin. Pociągnął za spust, celując w niebo. Karabin plunął ogniem, a siła odrzutu cisnęła go do ściany. - Jezu Chryste! Toć to broń diabelska. Potrafi posłać kilku chłopa na tamtą stronę naraz. - Wyraził swój podziw i zarazem niechęć do wielopału.
Niebo nad stacją wojsk nagle zaczęło się ściemniać. Na horyzoncie pojawiały się kosmiczne statki nieprzyjaciela. Kształtem przypominały wielkie, stalowe ptaki, odbijające promienie słońca od swej srebrnej powierzchni. Zapanowała cisza. Nieznośna cisza przed pierwszym ogniem. Plac nagle opustoszał wokoło.
- Do schronów! - krzyknął Vinaros ile sił w płucach i ujął szlachciców za ręce po czym wrzucił do okopów.
Wszędzie wokoło pojawiały się zielone postacie, o twarzy przypominającej tygrysa, porośnięte gęstym włosiem, a resztę ciała miały podobne do ludzkiego. Zagłoba otarł pot z czoła. Jak na złość nie miał przy sobie ani kropli miodu! Nagle przed nim zjawił jeden z agresorów, z uniesionym wysoko nad głowę mieczem. Napastnik był o dobrą głowę wyższy, a jego oczy patrzyły gniewnym, lodowatym spojrzeniem. Zagłoba zaczął krzyczeć. Dziki wrzask rodził się w jego podświadomości, nie dając możliwości kontrolowania.
***
- Janie! Janie! Obudź się braynku! - szturchał pijaka Longin, który spał nieopodal jeziorka.
Zagłoba popatrzył na przyjaciela, położył ręce na twarzy, przejechał nimi nerwowo po pokaźnym brzuchu i wykrzyczał z radością
- Jam żyw przyjacielu! Jak Boga kocham, żyję! - pocałował Podbipiętę w policzek. - Chodźmy do karczmy, muszę Ci opowiedzieć, co mi się przyśniło. Nie uwierzysz waćpan!
- Oj rybeńko, chyba dość już na dziś gorzałki. - westchnął Siłacz, lecz Zagłoba odwrócił się ku oberży i podążał wesołym krokiem wyżłopać kufel syconego miodu.