Wzorem felietonisty jest dla mnie Gilbert K. Chesterton, angielski autor powieści kryminalnych i fantastycznych, apologetyki chrześcijańskiej, no i oczywiście setek felietonów, wydanych też w Polsce (Obrona świata, Obrona człowieka). Pomimo pewnego upływu czasu (zmarł w 1936 roku) pisarstwo Chestertona się nie zdezaktualizowało, wręcz przeciwnie; w Polsce pewne elementy znajduję w felietonach Lecha Jęczmyka czy esejach Szczepana Twardocha.
Dlaczego? Dla zniesmaczonych dzisiejszą sceną polityczną i zdezorientowanych ofertą supermarketu światopoglądowego, Chesterton jawi się jako obrońca zdrowego rozsądku, niechętny wobec komunizmu i kapitalizmu zarazem, władzy systemu i władzy pieniądza. Broni małych państw czy przedsiębiorstw przeciw dużym i słabych przeciw silnym. No i ma spore poczucie humoru i lekkie pióro, co dowodzi, że można pisać o najważniejszych sprawach bez obrażonego nadymania się, można być też chrześcijańskim epikurejczykiem (był zdeklarowanym przeciwnikiem prohibicji).
Gdybym pisał felieton o książkach i czytelnictwie, skupiłbym się, a jakże, na zaletach fantastyki. Obśmiałbym różnych domorosłych inkwizytorów, walczących z Harrym Potterem czy Zmierzchem, nie rozumiejących sensu literatury popularnej, nie odróżniających fantastyki od realizmu czy po prostu zawistnych o sukces komercyjny tych książek; zamiłowanie do takiej literatury jest pochodną ludzkiego zamiłowania do baśni jako takich, które, cytuję Chestertona:
(...) są jedynym prawdziwym streszczeniem losu człowieczego. Opowieść o Jasiu, zabójcy olbrzymów, streszcza pierwszy z trzech wielkich paradoksów, jakimi żyją ludzie. To paradoks odwagi, głoszący: „Musisz rzucić wyzwanie temu, czego się boisz. Jeśli nie czujesz przerażenia, nie możesz być dzielny”. Opowieść o Kopciuszku to drugi paradoks, paradoks pokory, który mówi: „Tego, co najlepsze, szukaj w człowieku, który nie zna własnych zalet. Kto się poniża, będzie wywyższony.”. Zaś opowieść o Pięknej i Bestii to trzeci paradoks, paradoks wiary – ta absolutnie niezbędna, szalona, nieracjonalna maksyma, znana każdej matce i każdemu patriocie, głosząca” „Najpierw musisz coś pokochać, a dopiero potem sprawiać, by było warte miłości”. („Obrona świata”, s. 119)
Chesterton nie bał się fantastyki, choć w jego powieściach (Człowiek który był czwartkiem, Napoleon z Notting Hill) pełni ona raczej funkcję alegoryczną, niemniej jest to pisarz tego samego ducha i formatu, co następcy, czyli Tolkien i C. S. Lewis.
Dodatkowo mógłbym pośmiać się z często podnoszonego larum nad skutkami – nie wiem, na ile autentycznego – spadku czytelnictwa; czytanie nie czyni automatycznie człowieka mądrzejszym, a wartość informacyjna pewnych książek (np. literatury ezoterycznej) ma wartość zerową; lektura sporej części noblistów z ostatnich lat również nie jest specjalnie kształcąca. Nie wydaje mi się też, że ludzie w innych epokach historycznych, nawet analfabeci, byli specjalnie głupsi od nas; może nawet wręcz przeciwnie, ale też nigdy propagandziści i dezinformatorzy wszelkiej maści nie mieli w swoich rękach takich sił i środków jak dzisiaj. Może my umiemy czytać i pisać, ale nie umiemy wielu czynności, których znajomość była dla innych ludzi sprawą oczywistą (i jest dzisiaj, wystarczy poczytać czy pooglądać np. Cejrowskiego). Czytać książki też można na zasadzie bezmyślnej konsumpcji bądź dla dowartościowania się poprzez lekturę tego, co akurat modne i trendy.
Dlatego zamiłowanie do baśniowości, które czasem w dorosłym życiu przechodzi w zamiłowanie do fantastyki (byle nie ograniczyć się tylko do niej) mam za o wiele zdrowsze niż fascynacja Gretkowską czy Grossem; popularność tego ostatniego dowodzi, że to nie-fantaści często mają większy problem z odróżnieniem prawdy od tworów wyobraźni.