Według mnie powinno się przede wszystkim między młodzieżą szerzyć lektury nieobowiązkowe, które nawet więcej dają, niż te programowe. Jest ich cała paleta, tyczą różnych problemów. Książki, to wspaniały sposób na rozwijanie słownictwa, naukę ortografii czy interpunkcji ( jeśli czytamy w wersji tradycyjnej ), mądre spożytkowanie wolnego czasu, samodzielność i myślenie. Zdaję sobie sprawę, że na świecie wydano wiele maszynopisów z bardzo wartościową treścią, i nie da rady, nie przeczyta się ich wszystkich, nawet, jeślibyśmy połykali po kilkadziesiąt dziennie, co jest acz niemożliwe

. Mimo wszystko, warto po pracowitym dniu, usiąść na chwilkę i zatonąć w stworzonym przez autorów świecie, i pozbyć się tego napięcia, odepchnąć problemy.
Niektórzy ostatnimi czasy preferują e-booki lub audiobooki. Ja jestem do tych obu sceptycznie nastawiona, bo - według mnie - nic nie zastąpi tradycyjnej książki, z tym jej materialnym urokiem, możnością pogłaskania po grzbiecie, czy poczucia zapachu świeżego druku, szelestu papieru pod palcami. Oczywiście, multimedialne lektury także mają swój urok, bo można je zabrać ze sobą praktycznie wszędzie, i np. podczas jazdy odtworzyć ulubioną powieść, lub na plaży opalając się.
Wszystko idzie do przodu, więc nie zdołamy tego zatrzymać, ale przynajmniej możemy wrócić do starych przyzwyczajeń, tradycji

.
Po drugie, prócz właśnie literatury, można zorganizować jakieś warsztaty literackie, dla nowicjuszy i tych bardziej obytych z tematem. To wspaniały pomysł na szerzenie horyzontów, złapanie świeżego powietrza w żagle, które potem można bardzo dobrze wykorzystać w swoich utworach. Za radą autorów, osiągających wiele w rynku literackim, poprawić swój styl, uważać na pułapki czyhające na młodych pisarzy. Po prostu cenne wskazówki, każdemu potrzebne. Zawsze można się czegoś ciekawego dowiedzieć, dostrzec to, czego się przedtem nie widziało, a co psuło jakość tekstu. Ja bym podzieliła takie warsztaty właśnie na dwie części, dla początkujących i zaawansowanych, jak już wspominałam. Tak, by ci pierwsi dążyli powolutku do umiejętności wykorzystania pióra, a drudzy, doskonalenia kunsztu i wydobywania z pozornego niczego, czegoś więcej. Zabawa słowem jest przydatna, bo autor sam, nawet nieświadomie, unika popełnianych niegdyś błędów, wynajduje ciekawe porównania i opisy codzienności.
Następnym moim pomysłem są kółka poetyckie, gdzie można by roztrząsać, co autor miał na myśli, pisząc dany twór. W jakim celu nam go przedstawił i jak. A także, jak czytelnicy mogą wyrazić się o utworze, co czuli podczas lektury, co się podobało, a co nie. Dobrze by było, gdyby rozwijał się również zmysł porównywania przeczytanej już poezji, szukania pośród realnego świata i literatury. Na podstawie przeczytanych, młodzież może tworzyć własną poezję i czytać na zajęciach, w komentarzach kolegów i koleżanek znajdywać lekarstwo na drobne fałdki na tekście, np. wybite z rytmu zdania. Jak to się mówi, krytyka karmi Wena, a jak jest on najedzony, to lepiej się pisze

. Takie lekcje, to po prostu sposób na polubienie poezji i zrozumienia, bo wielu młodych ludzi nie rozumie jej, nie wie, czego szukać, i dlatego nie sięga po nią często. Zaś takie zaznajomienie przełamałoby zaporę i sprawiło, że młodzież odnalazłaby kolejną cząstkę siebie.
Oczywiście sprawa ma się tak, że jedni są przyszłymi literatami, inni poetami. Jednak oba łączą się za sobą i czerpią wzajemnie od siebie.
Co do prac domowych, to często czuję się lekko pod presją, zmuszona do napisania czegoś, czego absolutnie nie czuję, w wyniku powstaje nie za dobra praca. Według mnie humanista powinien poprowadzić wychowanka w właściwą stronę i pomóc mu się rozwijać, co za tym idzie, każdego traktować inaczej, bez zbiorowych porównań, bo każdy jest inny. Przewodnik, jeśli mogę tak powiedzieć, ma za zadanie wskazać drogę, ale pozostawić turyście jakiś wybór, zostawić rozwiązanie zagadki, a nie robić wszystko za niego. Uczeń, widząc, że komuś na nim zależy, od razu ma skrzydła u ramion i patrzy na wszystko inaczej, stara się bardziej, czerpie inspiracje z całkiem obcych mu dotąd miejsc. Nauczyciel powinienem zachęcić także do konkursów, które przecież także swoje robią

. Ale nie zostawać przy tych szkolnych, szukać także w tych poza szkołą, w obrzeżach miasta, wojewódzkich, ogólnopolskich.
Ewentualnie, przy tych trudniejszych wesprzeć, znaleźć wspólny język, urozmaicić jakoś lekcje o pracę grupową (tak by w każdej było paru lepszych uczniów, jak i tych słabszych, uważając jednak na to, by ci dobrzy nie odwalali całej roboty, ale także zaangażować słabszych), pokazy multimedialne, wycieczki w plener (z celem popatrzenia na to, jak zmienia się świat - na co wielu ludzi nie zwraca uwagi, ze względu na czas), do muzeów (takich, o których teraz mało kto pamięta, by przenieść się w czasie, do starożytnego Egiptu, średniowiecznej Polski itd), galerii sztuki. Po prostu nie wpadać w rutynę, wykładając uporczywie po staremu materiał.