Tak naprawdę należałoby zmienić cały system edukacji, zaczynając od tego, by wyeliminować analizy tekstów oraz interpretację wierszy w liceum, a w szczególności podczas matury. Z tego bowiem powodu osoby, które mogłyby dalej rozwijać swój warsztat stylistyczny i twórczy, zmuszone są uczyć się pisania prac całkowicie odmiennych niż te poznane w podstawówce czy gimnazjum. Nie ukrywam, że wypowiedzi nudnych, powtarzalnych i ze wszech miar podobnych do siebie nawzajem. Wpasowanie się w klucz, który wymyślił sobie jego autor jest co najwyżej niepoważne.
Kolejną kwestią jest całkowita likwidacja gimnazjum, które jest przechowalnią uczniów i w istocie niewiele uczy. Młodzież, która jest w tym okresie życia nad wyraz kreatywna, spędza czas na imprezowaniu lub gnębieniu rówieśników, podczas gdy z psychologicznego oraz socjologicznego punktu widzenia ośmioletnia podstawówka w pewien sposób wykluczała te elementy. Nauczyciele znali uczniów od wielu lat, nie pozwalali wchodzić sobie na głowy, natomiast młodzież nie starała się przybrać nowej maski, ponieważ nie zmieniała otoczenia. I to właśnie dzięki temu energia i pomysły ludzi traktujących siebie znacznie dojrzalej niż ma to obecnie miejsce w gimnazjum, mogłaby zostać spożytkowana zupełnie inaczej.
Powyższe stwierdzenia odpowiadały na pytania „Dlaczego istnieje tak mało młodych twórców?”, teraz chciałabym przejść do zagadnienia: „Jak to zmienić?”. Oczywiście należy rozwijać kreatywność młodych umysłów i kształtować ją w odpowiednie kierunki. Tylko jak tego dokonać?
Przede wszystkim należy zacząć od źródła, czyli od zachęcenia młodzieży do czytania. W związku z tym niezbędna jest reforma wprowadzająca zmiany w lekturach szkolnych. Z przykrością stwierdzam, że należy ograniczyć klasykę pokroju Sienkiewicza, Prusa czy Konopnickiej (no dobra, tej autorki mi akurat nie żal), dając większe pole do popisu Nienackiemu, Szklarskiemu, a nawet Rowling. W końcu nie chodzi o to, by zanudzić dzieci i całkowicie zniechęcić do zbyt trudnych lub zwyczajnie nieciekawych dla nich książek, ale żeby zaszczepić chęć czytania. Prawda jest taka, że uczniowie z założenia nie czytający lektur rzadko kiedy przeczytają klasykę, natomiast osoby, które nie zetknęły się z niektórymi książkami w szkole lub nie były jeszcze na nie gotowe, po wielu latach sięgają po większość z tych tytułów. Dlaczego więc próbujemy na siłę wmusić dzieciom przestarzałą „Sierotkę Marysię”, zamiast pozwolić im przenieść się w świat przygód Feliksa, Neta i Niki?
Poza tym nie wymagajmy od młodzieży, by czytała tak wiele lektur rocznie. Niejednokrotnie nawet mimo chęci nie są w stanie wyrobić się czasowo. Każdy nauczyciel powinien wybrać kilka najciekawszych pozycji i dać uczniom wybór. Moja polonistka w szóstej klasie podstawówki pozwoliła nam zdecydować – każdemu indywidualnie – którą część przygód Tomka Wilkowskiego chce przeczytać, a podczas przerabiania stworzyła taki blok zajęciowy, by powstała nam spójna historia tego bohatera. Młodzież naprawdę lubi mieć świadomość, że może podejmować decyzje. Nawet tak błahe jak wybór lektury.
Ciekawa jest również idea „czerwcowych lektur” (również wprowadzona przez moją polonistkę). Każdy uczeń wybiera dowolną książkę, którą później prezentuje przed całą klasą – czy to w formie recenzji, plakatu, czy innej pracy wskazanej przez nauczycielkę. Dzięki temu ma szansę odnaleźć ulubiony gatunek, porównać swój gust z innymi osobami z klasy i dowiedzieć się, co jeszcze warto przeczytać podczas zbliżających się wakacji.
Gdy już zaszczepimy wśród uczniów nałóg czytania, należy skupić się na pisaniu. Recenzje czy charakterystyki postaci są oczywiście potrzebne, ale osobiście uważam, że jeśli chcemy mieć kreatywne społeczeństwo, należy pamiętać, by nie powtarzać notorycznie odtwórczych form literackich. Omawiamy lekturę? Dajmy jako jeden z tematów do wyboru alternatywną historię bądź dalszy ciąg losów któregoś z bohaterów.
Pozwólmy młodzieży ruszyć głową i wymyślić coś ciekawego.
Pozwólmy zastosować formę dziennika, reportażu, tekstu piosenki (brzmi lepiej niż wiersz, prawda?).
Pozwólmy przejąć inicjatywę i zostawmy wybór.
Narzucanie form tak naprawdę nic nie da i na pewno nie pokaże w czym uczeń jest dobry i może się sprawdzić.
Istotnym elementem zachęcającym uczniów do pisania, byłyby również konkursy. Nie tylko te wielkie – ogólnopolskie, ale również małe, regionalne lub nawet wewnątrzszkolne. Oczywiście z nagrodami. Nie muszą to być wielkie, super wartościowe rzeczy, ale ważne, żeby pojawił się bodziec – punkt zapalny – zachęcający do działania. Warto też zrobić takim uczniom miły prezent pokroju kilku dni wolnych z odpytywania na języku polskim, jeśli napiszą pracę lub zwolnienie z jakiegoś sprawdzianu, jeśli wygrają. Można to nazwać przekupstwem, ale jeśli się sprawdzi, nie warto? Wzmacnianie pozytywnych zachowań nie jest czymś złym, a może zwiększyć samoocenę niektórych uczniów i doprowadzić do tego, że faktycznie uwierzą w siebie, swoje możliwości i w przyszłości napiszą fascynującą książkę. Należy jednak pamiętać, by taka osoba cały czas miała wsparcie nauczycieli, głównie wychowawcy i polonisty. Dzięki temu poczuje, że innym też zależy na jej pracy.
Mam również wrażenie, że zamiast uczyć dzieci trybów, części zdania, itd., warto skupić się po prostu na prawidłowym stylu. Na wyższą gramatykę przyszedłby czas w nieszczęsnym gimnazjum lub liceum czy technikum. Dajmy uczniom zadania, w których odpowiednio modulowałyby styl, pozwólmy im mówić, a nie tylko pisać. Gdy nauczą się prawidłowo wyrażać swoje zdanie, łatwiej im będzie to zapisać. I uważam, że właśnie to jest rozwiązaniem – rozmowa, dyskusja, dialog. Dobra korekta poprawi przecinki czy błędy ortograficzne, o ile autor ma coś do powiedzenia.