Do ubiegłego roku miałam jedną taką książkę, która mną porządnie wstrząsnęła. Były to "Medaliony" Nałkowskiej. Ale mniej więcej rok temu "Czarne" wydało "Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciecha Tochmana. To był cios poniżej pasa.
Wstyd się przyznać, ale nigdy nie zainteresowało mnie to, co działo się w Rwandzie w 1994 roku. Owszem, wiedziałam, że było ludobójstwo, ale jakoś nigdy mnie to nie obeszło, nie zastanawiałam się kto, na kim i dlaczego... Myślałam, "było, minęło", a właściwie nie, nie myślałam o tym wcale.
To, że książka Tochmana będzie mocna, wiedziałam. Tego oczekiwałam. No ale autor zrobił rzecz niesamowitą, napisał tak, że mnie - osobę, która czyta dużo i nigdy nie wzrusza się jakoś specjalnie - bolało wszystko. Bolał mnie każdy mięsień, o którego istnieniu wiedziałam i nie. Bolały mnie włosy i paznokcie. Czułam się, jakby ktoś wbił we mnie nóż, otworzył brzuch i wypatroszył wszystko, co tam było. Każda z tych 140 stron była miażdżąca. Nie mogłam tego przeczytać za tzw. jednym zamachem. Musiałam sobie dawkować, bo chyba bym tego inaczej nie przetrawiła. A i tak, czytając, myślałam: "Tochman, cholera jasna, czemu Ty mi to robisz, czemu nie dasz mi spokojnie żyć, czemu nie możesz pisać, o czymś innym, przyjemnym?!". Już wiem czemu, to było potrzebne po to, żeby ktoś taki, jak ja zrozumiał, jak wielka, ogromna krzywda wydarzyła się tak całkiem niedawno. Żeby dotarło do mnie, że sąsiad mordował sąsiada a mąż żonę. Że w ciągu tych stu dni Tutsi musieli walczyć o każdą sekundę życia, wyzbywając się w ten sposób ludzkich odruchów, że nikt im wtedy nie pomógł... Że podczas gdy ja, sześcioletnia gówniara, zastanawiałam się, czy mama kupi mi nową sukienkę albo lalkę, to w tym samym czasie, moi rówieśnicy z Ruandy, widzieli, jak na ich oczach ginęli ich najbliżsi, a sami mieli ogromne szczęście, jeśli udało im się przeżyć. Że gdy ja biegałam po podwórku zajadając się cukierkami i popijając sokiem, to w tym samym czasie moi rówieśnicy głodowali po kilka dni, żeby później umrzeć z pragnienia. To jest niewyobrażalne, że człowiek człowiekowi mógł zrobić coś takiego.
Tak, "Dzisiaj narysujemy śmierć" jest najbardziej wstrząsającą książką, jaką do tej pory czytałam. Nie mogę jej przeżyć do tej pory, nie mogę o niej zapomnieć. Wojciechu Tochmanie, dziękuję Ci za to, że "walnąłeś mnie obuchem w łeb", tego mi było trzeba.
A Ty, czytelniku, jeśli jeszcze nie dotarłeś do tej pozycji, weź sobie kubek mocnej herbaty, siądź pod kocem i do zobaczenia za kilka godzin, gwarantuję Ci, że z Rwandy powrócisz zmieniony.