Maximilius Ordon - Źli inkwizytorzy *
- Słyszysz mnie? - powiedział znajomy głos. – Ordon, Ordon, do jasnej anielki, słyszysz mnie!?
- Cccoo? - wydusiłem i przetarłem lekko oczy.
- Gówno na patyku – odpowiedział mężczyzna, którego nadal jakoś nie kojarzyłem. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to właściciel karczmy „Pod Złotym Łukiem”. Był małym, krępym i dosyć grubawym osobnikiem. Nosił duże, okrągłe okulary, które co po chwila opadały mu na jego szeroki i piegowaty nos. Jak zwykle był ubrany w swój strój, czyli długi biały fartuch, brązowe połatane spodnie oraz wysokie szare buty ze skóry. Co najlepsze teraz dopiero uzmysłowiłem sobie gdzie jestem, byłem w karczmie, a dokładnie w jednym z wynajętych pokoi. Leżałem na dużym łożu z pustą butelką wina w lewej ręce.
- Ordon! Musisz natychmiast zejść na dół. Przyszli jacyś rozbójnicy! Rozwalają co popadnie! Ordon, pomocy!
- Kttoo? - odpowiedziałem powoli dochodząc do siebie.
- Rozbójnicy!
- Kurwa! - teraz już byłem całkiem trzeźwy. Przez nieuwagę upuściłem butelkę na ziemie, a ta się stłukła, zauważyłem grymas na twarzy karczmarza i wzruszyłem współczująco ramionami. Usłyszałem głośny trzask dobiegający z niższego piętra i piski kobiet.
- Ordon, pospieszże się, bo zaraz nic nie zostanie! - rzucił rozzłoszczony karczmarz.
- Już, już – odpowiedziałem spokojnie.
Wstałem z łoża, podciągnąłem spodnie i zapiąłem pasek. Później założyłem koszulę i zacząłem poszukiwania moich „narzędzi”. Po chwili poszukiwań dojrzałem moje noże pod łóżkiem. Wszedłem pod łóżko i je wyciągnąłem. Chociaż nie widziałem twarzy karczmarza, wiedziałem, że jest zaniepokojony, a zdradzało to głośne tupanie nogą.
- Już – rzuciłem bez jakiejkolwiek satysfakcji. – Już idę sprawdzić co się tam dzieje.
- Tak, tak, idź szybko i zrób tam porządek
*
Schodziłem powoli na dół karczmy po starych, drewnianych i niesamowicie skrzypiących schodach. Uważałem na każdym kroku, aby nikt mnie nie zaskoczył, ani nie usłyszał. Im byłem niżej, słyszałem coraz wyraźniejsze głosy.
- Wystarczy – powiedział jakiś mężczyzna. – Zbieramy się pomału, bo jeszcze straż nas dopadnie.
- Bez pośpiechu mistrzu – rzucił inny, lekceważąc słowa tamtego. – Proponuję załadować towar na wóz i jeszcze raz zejść do piwnicy po resztę towarku, hihi.
- Nie dyskutuj ze mną! - warknął i po chwili usłyszałem plask, prawdopodobnie zdzielił go dłonią w policzek.
- Tak, przepraszam mistrzu, proszę o wybaczenie.
Byłem już na tyle blisko, by ujrzeć ich twarze, a raczej ich kaptury. Moje zdziwienie nie miało końca. Było ich trzech. (Klienci pouciekali, a Ci mieli to za nic, co było nadto dziwne). Każdy z nich nosił czarny płaszcz z dużym srebrnym krzyżem, zwisającym na piersi. Inkwizytorzy. Zaiste. Czyżby napastnicy byli na tyle sprytni, aby podać się za inkwizytorów? Taaaak, wina zeszłaby na kościół, a oni byliby czyści, żyjąc w spokoju, bez obawy, że kiedyś ich dopadną. Ale czy naraziliby się na śmiertelną karę, za podszywanie się pod sługusów Boga? Jeśli ktoś by ich wywęszył byłoby po nich. Ale nagle podsunęła mi się inna myśl. Jeden z mężczyzn zwrócił się do drugiego słowami „Przepraszam mistrzu”. Może faktycznie są inkwizytorami? Ale, czy odważyliby się na takie złamanie przykazania Bożego? Albo to tylko przydomek na czas napadu? Nie czas na myślenie, a na robotę – powiedziałem sobie to w myślach. Podszedłem na kucaka jeszcze odrobinę bliżej. Zbójcy opuszczali karczmę głównym wejściem ciągnąc za sobą duże, drewniane skrzynie i wory. Kiedy wyszli, zszedłem ze schodów i ukryłem się pod dużym stołem. Była szansa, że mnie zauważą, ale pomyślałem, że są za bardzo zajęci swoim planem. Wiedziałem, że wrócą do budynku, ponieważ zostawili jeszcze dwie skrzynie i jeden worek. Po chwili weszli znowu, tym razem tylko we dwóch. Przygotowywując skrzynie do przenoszenia na wóz, rozpoczęli rozmowę.
- Pss – zaczął ten niższy. – Jak wyjdziemy, ja odwrócę uwagę mistrza, a ty dźgnij go nożem. Pamiętaj, zrób to dokładnie tak jak Ci mówiłem, a będziemy bogaci, łup podzielimy równo po połowie.
- Się wie – odpowiedział z lekkim zawahaniem we głosie i grymasem na twarzy.
Podnieśli skrzynie i zaraz szybko je opuścili. Powolnym i cichym ruchem wyciągnęli miecze zza płaszczy (dobrze zamaskowane – pomyślałem). Podchodzili powolutku w moim kierunku. Ciśnienie mi podskoczyło i idąc ich śladem wyciągnąłem zza pasa dwa noże. Naraz zrozumiałem, że nie idą w moim kierunku, a podążają ku karczmarzowi, który zapewne myślał, że już po sprawie i chciał sprawdzić szkody wyrządzone przez zbójów. Jęknął cicho po czym zaczął się powoli cofać, wchodząc tyłem po schodach. Zaczął krzyczeć „Orrrdon! Orrdon! Na pomoc!”. Napastnicy bez słowa zbliżali się do mojego przyjaciela i powoli unosili miecze. Szybko poderwałem się i wyskoczyłem spod stołu.
- Rzucić broń! - krzyknąłem. – Koniec zabawy panowie. Zaskoczeni akcją, powoli obrócili się w moją stronę ze zdziwionymi minami. Tymczasem karczmarz dał nogę na górne piętro.
- Ktoś ty? - rzucił ten mniejszy już mniej przestraszony.
- Jestem Maximilius Ordon, zawodowy zabójca. Coś jeszcze?
- Znam Cię – tym razem odezwał się rośniejszy mężczyzna. - To ty zabiłeś świętej pamięci króla Ethera na placu królewskim, czyż nie tak?
- Tak. Ale teraz ja mam do was pytanie: jesteście inkwizytorami?
- A nie widać? - zarechotali obaj spoglądając na siebie.
To mi wystarczyło. W oka mgnieniu doskoczyłem do nich próbując obalić ich na ziemię. Niestety nie udało się. Mniejszy wykonał szybki ruch ręką w powietrzu i poczułem silne uderzenie magii. Poleciałem daleko w tył i uderzyłem o ścianę. Jeden z noży w czasie lotu wypadł mi z ręki i pozostał tylko jeden. Szybko się pozbierałem i zanim dotarli do mnie byłem już na nogach. Krew zalewała mi szczękę i oczy, lecz nie straciłem skuteczności. Większy doskoczył do mnie i wykonał masywny
cios długim srebrno-czarnym mieczem. W sam raz uniknąłem ciosu i zbiłem nóż w kolano napastnika po czym szybko wyciągnąłem ostrze. Mężczyzna zawył doniośle łapiąc się za kolano i upuścił broń. Ja, wstawszy próbowałem ugodzić go w klatkę piersiową, ale za rękę złapał mnie drugi przeciwnik. W jednej chwili zaczął mi ją przekręcać i poczułem chrupanie kości. Popełnił jeden błąd, moją rękę wykręcał przy pomocy oby dwóch dłoni. Zacisnąłem lewą pięść i wymierzyłem mu siarczysty cios w nos, aby spowodować dużo wylewu krwi. Powtórzyłem cios, lecz zaraz potem dostałem w krocze od tego drugiego. Upadłem na ziemię. Nie miałem broni, ale przede mną leżał miecz, który zdecydowałem się podnieść. Widziałem jak mniejszy trzyma się z nos i kreśli na nim magiczne znaki. Wymachnąłem bronią do góry, aby sparować kop drugiego przeciwnika. Nagle drzwi do karczmy stanęły otworem co spowodowało odwrócenie mojej uwagi. Dostałem solidnie kopa w głowę i upadłem już całkowicie. Byłem na wpół-przytomny, ale jeszcze rozumiałem co mówią.
- Zbierajcie się, szybko! - krzyknął mężczyzna (zwany przez nich „mistrzem”), który właśnie wszedł do karczmy. – Straż jest już w drodze, zaraz tu będą!
- Teak jeas mistsu – wyseplenił mniejszy.
- A co zrobimy z tym tutaj? - powiedział drugi wskazując na mnie palcem.
- Zabierzcie jego rzeczy i zostawcie go tutaj. No, bierzcie skrzynki i szybko do wozu!
Wykonali jego polecenie i w mig usłyszałem tupot końskich podków.
*
Otworzyłem oczy, lecz widziałem tylko ciemność. Powoli moje bodźce zaczęły reagować. Poczułem mokrą szmatę na twarzy i kilka szwów na głowie i rękach. Próbowałem podnieść lewą rękę i ściągnąć szmacisko, lecz ktoś pochwycił moją dłoń. Rozpoznałem, że to kobieta. Jej skóra była niesamowicie gładka i niesamowicie przyjemna w dotyku. Poczułem dreszcz na plecach, aż odruchowo podskoczyłem.
- Proszę, nie ściągaj jeszcze chusty – powiedziała tajemnicza kobieta. – Musi jeszcze chwilę poleżeć, aby wsiąknąć krew, wyciekającą z twoich ran. -
Miała piękny aksamitny głos. Moje myśli powędrowały daleko, daleko w przeszłość do czasu, kiedy poznałem moją, świętej pamięci, kobietę.
- Dobrze – odpowiedziałem.
- Nazywam się Maria i jestem pielęgniarką w tutejszym szpitalu - Nagle poczułem się jakoś nieswojo. Szpital!? Nienawidzę szpitali. Ale zaraz, co ja tutaj robię?
- Jak się nazywasz? - powtórzyła pytanie kobieta. - Naraz sobie przypomniałem.
- Nazywam się Maximilian.
- Miło mi Cię poznać. Tak jak mówiłam chusta musi jeszcze trochę poleżeć, a teraz pozwól, że ściągnę Ci szwy.
- Do jasnej cholery, to ile ja tutaj leżę? - spytałem przestraszony.
- Dokładnie...Zaraz...6 dni. - odpowiedziała ze satysfakcją we głosie. - A teraz rozluźnij się, będzie trochę bolało. Chcesz zioła nasenne na ukojenie bólu?
- Poproszę – odpowiedziałem z rezygnacją w głosie.