Autor Wątek: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!  (Przeczytany 3241 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline derawel

  • Admin
  • *
  • Wiadomości: 514
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« dnia: Wrzesień 08, 2010, 01:33:16 pm »


Zapraszamy do udziału w konkursie, który zorganizowaliśmy wspólnie z Wydawnictwem Fabryka Słów.
Tym razem do wygrania mamy trzy pakiety po dwie różne książki. Do każdego pakietu dołączamy koszulkę naszej księgarni.


Pierwszy pakiet

Drugi pakiet

Trzeci pakiet

Aby zdobyć jeden z pakietów + naszą koszulkę należy napisać opowiadanie zawierające elementy fantastyczne. Opowiadanie nie może mieć więcej niż 10 tysięcy znaków (bez spacji) i musi być własnego autorstwa. Nie uznajemy opowiadań umieszczanych wcześniej na innych portalach i forach internetowych. Opowiadania umieszczajcie w tym wątku na forum. Jakiekolwiek posty, komentarze nie na temat będą usuwane. Autorzy trzech według nas (administratorów) najlepszych opowiadań otrzymają - każdy po 1 pakiecie z książkami + koszulkę firmową Księgarni SELKAR.  Zwycięzcy kolejno z 1 i 2 miejsca będą mogli wybrać jaki pakiet książek chcą otrzymać. Osoba z 3 miejsca otrzyma pakiet, który pozostanie.

Konkurs potrwa do 29 września 2010 włącznie. Zwycięzcy zostaną ogłoszeni w ciągu następnych 3 dni roboczych w tym wątku na naszym forum.

Uwaga! - Osoby, które posiadają ostrzeżenie na naszym forum, nie mogą brać udziału w konkursach!!!

Życzymy powodzenia!


Sahmet

  • Gość
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 09, 2010, 10:49:55 am »
POSĄŻEK Z OBSYDIANU

   Śpiew muezina stawał się coraz lepiej słyszalny, wokół statku pojawiały się coraz liczniejsze feluki, a tonący w zachodzącym słońcu lewobrzeżny Asuan był już na wyciągnięcie ręki. Nad prawym brzegiem Nilu górowało malownicze mauzoleum imama Aghi Khana, który wybrał to wzgórze nie tylko na swą zimową rezydencję, lecz również na miejsce wiecznego spoczynku. Z surowym, ostro wznoszącym się kamienistym brzegiem o barwie piasku, kontrastowała bujna zieleń arboretum na wyspie Kitchenera oraz barwne krzewy bugenwilli, obrastające jej brzegi.
Reza, steward z pokładu de luxe, zdawał sobie sprawę, że zostały mu już tylko dwa dni. Dwa krótkie dni na zdobycie tajemniczej kobiety, w której zakochał się, gdy tylko weszła w Luksorze na pokład „Kleopatry”. Codziennie mijała go w wąskim korytarzu, który zawsze blokował swoim wózkiem, by musiała zwolnić, nim zniknie w kajucie. Miał więc czas, żeby wyjść na korytarz i obdarzyć ją nieśmiałym uśmiechem. Odwzajemniała ten uśmiech, rzucając uprzejme powitanie i znikała za drzwiami. Po chwili wychodziła z drobnym banknotem w wąskiej dłoni. Wiedział, że znowu sprawił jej przyjemność kolejną „rzeźbą” z ręczników. Robił je we wszystkich podlegających mu kajutach, ale tylko ona okazywała mu wdzięczność. Piękna, tajemnicza czarnowłosa, w ciemnych okularach, których nie zdejmowała nawet w swojej kajucie. Nosiła wąskie, lekkie sukienki do pół łydki, jak na starych freskach, a gdy szła pod światło, cienka sukienka stawała się zupełnie przezroczysta i mógł podziwiać całe jej ciało. Drżał na samą myśl, że mógłby dotknąć jej brzucha, ud lub piersi, których nie skrywała pod biustonoszem. Wiedział, że jest to niemożliwe, lecz jednak marzył wyłącznie o tym, sprzątając kajuty. Niestety, nie była sama. Piękne kobiety nigdy nie są same. Zawsze towarzyszą im bogaci mężczyźni, patrzący z góry na takich jak on. Jej mężczyzna był postawny, opalony na brąz i zazwyczaj przechadzał się jedynie w ręczniku zawiązanym na biodrach. Nagą pierś zdobił mu gruby złoty łańcuch, zakończony kartuszem, a łysa czaszka lekko połyskiwała w słabym świetle korytarza. Przypominał starożytnych kapłanów boga słońca Re. Protekcjonalnie poklepywał go po plecach w podziękowaniu za ręcznikowe rzeźby. Był dwa razy starszy od niego i mógł jej zapewnić luksusowe życie, do którego z pewnością była przyzwyczajona. A on, Reza, cóż mógł jej dać? Był tylko młody, silny, namiętny, zakochany i jeszcze nigdy nie miał kobiety. Uważał, że to wystarczająco dużo, ale kobiety zazwyczaj były innego zdania.
Następnego ranka piękna czarnowłosa nie wyszła na śniadanie, więc Reza zapukał do jej drzwi, po czym nieśmiało otworzył kajutę. Była pusta, ze śladami widocznego pośpiechu opuszczających ją pasażerów. Widocznie wyjechali przed świtem na zwiedzanie Abu Simbel. Przypuszczenia Rezy potwierdziły się, gdy tuż przed południem ujrzał ich, gdy zmęczeni wrócili na statek. Mężczyzna natychmiast przepasał się ręcznikiem i poszedł odpocząć przy basenie, natomiast kobieta została w kajucie. Gdy Reza wszedł do środka, leżała w ubraniu na łóżku, przy zaciągniętych zasłonach w oknie. Po raz pierwszy ujrzał ją przez moment bez ciemnych okularów, które na jego widok natychmiast założyła.
- Może pani czegoś potrzebuje? – zapytał, próbując usprawiedliwić swoje wtargnięcie do kajuty.
- Nie, dziękuję. Jestem zmęczona i niewyspana. Musieliśmy wstać o czwartej rano. To trochę zbyt wcześnie, jak na mój gust.
- Na zmęczenie dobry jest masaż sokiem z cytryny – zasugerował.
- Tak? Pomyślę o tym po obiedzie. Wyślę męża na bazar. Do widzenia. Chciałabym zdrzemnąć się na chwilę.
Reza prawie wybiegł z kajuty, po czym wrócił za chwilę z limonkami w rękach.
- Zrobię pani masaż, jeśli pani pozwoli. Jest doskonały na ból głowy.
- Dobrze. Jesteś bardzo miły. Mam straszną migrenę.
Położył limonki na stole, a jedną rozgryzł, wyciskając sok na dłoń. Podszedł do łóżka i zaczął masować jej czoło i skronie. Okulary przeszkadzały mu w masażu, więc zdjął je zdecydowanym ruchem dłoni. Kobieta natychmiast usiadła na łóżku, z przymkniętymi jeszcze oczami.
- Nie ściągaj mi okularów! – była wyraźnie rozgniewana. Otworzyła szeroko oczy, jakich jeszcze nigdy nie widział. Były bursztynowej barwy i przypominały ślepia sawannowych drapieżników. Cofnął się przestraszony, odnosząc wrażenie, że poparzyła go swoim wzrokiem. Kobieta założyła na powrót okulary i położyła się na łóżku.
Delikatnie masował jej twarz swymi potężnymi dłońmi, potem szyję i dekolt, ostrożnie schodząc coraz niżej. Zastanawiał się, jak by zareagowała, gdyby zaczął masować jej  piersi, lecz wolał nie ryzykować. Przeszedł do ramion, rąk i dłoni, delikatnie pocierając pulsujące żyłki. Jego wzrok padł na nocny stolik, na którym stała niewielka figurka z czarnego kamienia. Przedstawiała kobietę  z głową lwicy, siedzącą na tronie.
- Co to za figurka? – odważył się zapytać.
- To bogini Sachmet, staroegipska bogini zemsty. Jej gniew przerażał nie tylko ludzi. Nawet bogowie go się obawiali. Każdego, kto stanął na jej drodze przeszywała strzałą lub zionęła na niego ogniem. Trudno ją było powstrzymać, gdy dyszała żądzą krwi.
- Dlaczego pani właśnie ją kupiła, zamiast Tutenchamona?
- Tutenchamon był nic nie znaczącym drobnym faraonem, a Sachmet potężną boginią. Jej imię oznacza „potężna” lub „silna”. Egipcjanki powinny wrócić do jej kultu, zamiast potulnie podporządkowywać się islamowi.
- Pani jest Egipcjanką?
- Nie… Jestem z daleka… chociaż trochę wyglądam na Egipcjankę. Jak masz na imię? – zapytała, wyraźnie chcąc skierować rozmowę na inny temat.
- Reza. A pani?
- Sara. Ile masz lat?
- Dwadzieścia. A pani?
- Kobiet nie pyta się o wiek. Nie wiesz o tym? – roześmiała się.
Często zastanawiał się, ile mogła mieć lat. Miała zgrabne ciało, twarz bez jednej zmarszczki i wyglądała bardzo młodo w przeciwieństwie do swojego spalonego słońcem męża. Dzisiaj jednak, zmęczona po podróży, wyglądała na dojrzałą kobietę. Nie przeszkadzała mu ta różnica wieku między nimi. Jeszcze mocniej jej pragnął. Jego dziadek zawsze powtarzał z błyskiem w oku, że najlepsze są dojrzałe owoce.
- Dziękuję za masaż, Reza. Już dobrze się czuję. Migrena zupełnie mi przeszła.
Wstała z łóżka, sięgając po portfel. Wyjęła duży banknot.
- Ja nie dlatego… - zaczął się jąkać. – Proszę mi nie płacić. Wolałbym, żeby mnie pani… pocałowała.
- Co takiego?!
- Pocałunek. Jeden. Tylko jeden. Proszę. Bardzo proszę – błagalnie patrzył na kobietę.
Roześmiała się.
- Nie ma mowy. Przecież wiesz, że jestem mężatką. Mój mąż…
Nie pozwolił jej dokończyć.
- Jest teraz na basenie. Nie zobaczy. Proszę. Tylko raz. Please…
- Posłuchaj mały. Mogłabym być twoją matką. Chciałbyś całować się ze swoją matką?!
- Z nią nie, ale z panią tak. Pani jest taka piękna, Saro.
Położyła mu dłonie na ramionach i lekko pocałowała w czoło. Zachwiał się, czując ogień w swoim ciele. Delikatnie wypchnęła go z kajuty, zamykając za nim drzwi na klucz.
Ponownie ujrzał ją dopiero wieczorem, gdy wychodziła z kajuty w towarzystwie męża. Tego dnia w restauracji przewidziany był pożegnalny wieczorek egipski i obowiązywały stroje wzorowane na starożytności. Sara miała na sobie przejrzystą, wąską białą suknię, rozciętą po bokach, która kończyła się tuż pod biustem, a jej piersi były przesłonięte jedynie wąskimi paskami tkaniny, podtrzymującymi suknię. Na szyi miała kolię, jaką nosiły żony faraonów i egipskie boginie. Jej złote płytki, inkrustowane różnobarwnymi półszlachetnymi kamieniami, lśniły w półmroku korytarza. Między piersiami zwieszała się maleńka złota figurka bogini Sachmet. Na nagich ramionach kobiety dźwięczały bransolety, w uszach kołysały się złote kolczyki, jednak oczy nadal kryły się za ciemnymi okularami. Reza jeszcze nigdy nie widziała jej tak pięknej. Zapragnął jej jak nigdy dotąd, lecz wiedział, że stewardzi nie mają prawa wstępu na ten wieczorek. Jego miejsce było tutaj, w wąskim korytarzu pomiędzy kajutami. Oddałby wszystko, żeby być na miejscu jej męża, który w przebraniu przypominał mumię, owiniętą bandażami. Jedynie jego łysa czaszka lśniła jak zwykle. Mężczyzna poklepał Rezę po ramieniu:
- Żona wymyśliła, że przebierze się za boginię Sachmet, a ja mam być jej mężem – bogiem Ptahem. Muszę więc wyglądać jak mumia. Czegóż się jednak nie robi dla kobiety… A ty nie idziesz na wieczorek?
- Nie, my musimy tutaj dbać o porządek. Ale będą tam kelnerzy.
- No to żona będzie miała z kim tańczyć, bo ja w tych bandażach do niczego się nie nadaję.
Sara uśmiechnęła się lekko. Rezie przemknęła myśl, że może specjalnie zabandażowała swojego męża, by mieć więcej swobody?
Nie wiedział, kiedy wróciła do kajuty, mimo że prawie całą noc spędził w korytarzu, doprowadzając do lśnienia wszystkie mosiężne okucia drzwi. Zobaczył ją dopiero rankiem, gdy gestem dłoni przywołała go do pokoju, wskazując spakowane walizki, gotowe do wyniesienia do autokaru.
- Już pani wyjeżdża – miał łzy w oczach.
- Tak, to już koniec egipskiej przygody – uśmiechnęła się smutno.
- Czy może mi dać pani swój numer telefonu?
Roześmiała się -  A po co ci mój telefon? Przecież wiesz, że już nigdy się nie spotkamy.
- Nigdy? Nie, to niemożliwe! Proszę dać mi swój numer. Ja nigdy pani nie zapomnę!
- Dam ci coś lepszego, niż numer telefonu.
Wyjęła z torebki niewielki woreczek z lśniącej tkaniny i włożyła mu go do ręki.
- Co to takiego?
- Figurka bogini Sachmet. Ta, która stała na moim nocnym stoliku. Chyba ją pamiętasz? – uśmiechnęła się porozumiewawczo.
- Tak, pamiętam. Nie chciała mnie pani wtedy pocałować.
- Pocałunki są niebezpieczne, młody człowieku. Mogą zaprowadzić tam, gdzie zupełnie sobie tego nie życzymy.
- Nie rozumiem. Myśli pani o ciąży?
- Nie, o czymś zupełnie innym. O ciemnościach. O otchłani.
Poczuł, jak dreszcz przebiega mu po kręgosłupie - Nie rozumiem, co pani ma na myśli.
- Kiedyś zrozumiesz. Choć byłoby dla ciebie lepiej, by ta chwila nigdy nie nadeszła. Gdy bardzo będziesz za mną tęsknił, ta figurka ci o mnie przypomni. Bądź jednak ostrożny. Z boginiami nie ma żartów. A teraz żegnaj, piękny Rezo.
Wyszła z kajuty, muskając dłonią jego twarz. Znowu miał wrażenie, jakby dotknął go płomień. Patrzył, jak opuszcza statek razem z mężem, idąc w stronę podstawionego autokaru. Dłużej nie mógł śledzić jej wzrokiem, wezwany do noszenia bagaży. Już jej więcej nie zobaczył, mimo, że uporczywie wpatrywał się w przyciemniane szyby autokaru.
Wrócił na statek, by posprzątać kajuty przed zaokrętowaniem się nowych gości, płynących w dół Nilu. Nie miał na to najmniejszej ochoty, pochłonięty bólem rozstania z Sarą. Wszedł do kajuty, gdzie jeszcze unosił się w powietrzu zapach jej perfum i położył się na łóżku, wtulając twarz w poduszkę. Też zachowała jej zapach, którego nie mógł zapomnieć. Najchętniej zamknąłby to pomieszczenie, nie wpuszczając do niego kolejnych podróżnych, aż do dnia, gdy jej wspomnienie stałoby się blade i martwe. Teraz jednak wyjął z woreczka posążek bogini i postawił go na stoliku. Wpatrywał się w niego przez chwilę i nagle odniósł wrażenie, że figurka ma rysy Sary. Zbliżył ją do oczu. Tak, to była jej twarz i jej oczy, które zobaczył w chwili zdjęcia ciemnych okularów. Niewiele myśląc, zaczął ją całować, o czym tak bardzo marzył każdego dnia. Kamienna figurka stawała się coraz cieplejsza pod jego ustami, aż w końcu zaczęła parzyć mu wargi. Oderwał ją od ust, lecz było już za późno. Czarny posążek rósł w oczach, ożywał, a z otwartego pyska bogini-lwicy wydobył się ogłuszający ryk. Bursztynowe ślepia rozjarzyły się światłem, po czym buchnęły płomieniami. Kajuta zajęła się ogniem. Reza chciał krzyczeć, uciekać przed pożarem, lecz stał jak skamieniały, wpatrując się w oczy bogini, które zaczęły ciemnieć, powiększać się, aż w końcu stały się czarną, zasysającą go otchłanią. Usłyszał jeszcze z oddali głos Sary:
- Pocałunki są niebezpieczne, młody człowieku. Mogą zaprowadzić tam, gdzie zupełnie sobie tego nie życzymy.

Offline Kobaltowa Wrona

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 3
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 09, 2010, 12:35:54 pm »
 Wprost erotyczne opowiadanie...

-   Erotyczne opowiadanie, tak na pewno powinnaś je napisać – zakpił ze mnie mój chochlik, po rozmowie z pewnym redaktorem, którą bezczelnie podsłuchał. – Szczególnie ty, która nawet boisz się napisać słowo penis – zarechotał.
    Odwróciłam się na łóżku i trzepnęłam poduszką koło prawego ucha, gdzie błąkał się głos, a zarazem, jak miałam nadzieję, i jego mały, rozwydrzony właściciel. Głos ucichł, więc chyba trafiłam ?
    Złudna nadzieja.
-   Z tego penisa wyszedł by ci peniss, ręka by ci zadrżała – „szepnął” głośno. – Żeby ci tylko pinis nie wyszedł. Wolę już wersssję ssyczącą... przynajmniej niesie ze sobą jakąś obietnicę. 
    Tego było za wiele. Ale jak dorwać kogoś, kogo, kto jak tego naprawdę chce to nie widać. No jak? Oczywiście wie się, że on istnieje, chociaż psychiatra uważa inaczej... Może ma rację.
-   Nie ma! – chochlik podsłuchiwał wszystko.
-   Słuchaj, czy ty naprawdę nie masz żadnego wstydu?
    W końcu się podniosłam. Ten Ktoś Tam spał obok nie zauważając toczącego się obok sporu. Jak chyba każdy normalny człowiek o około dokładnie, czekajcie, zezuję na video..., nadal zezuję, przecież nie iem gdzie są okulary, jest 03.34. Ja nie mogłam spać.
   A byłam tak blisko.
-   Słuchaj no, trzeba tylko użyć tego penisa, rozłożone nogi... – kontynuował.
-   A może ten erotyzm i romantyzm obędzie się bez tylu słów? – przekonywałam.
-   Bez słów – zarechotał obscenicznie rozdziawiając mordę.
-   Dokładnie. Czy ty w ogóle wiesz co to miłość? – rozmarzyłam się, ale, uznajmy, że „zewnętrzność”, chochlika sprowadziła mnie na ziemię.
    Nie, nie wyglądał jak Zgredek, czy też prezydent Putin, którego bardzo tudzież pozdrawiam, i uważam za wspaniałego faceta. Był elfio-krasnoludowato-troli i tudzież uff-dzież goły. Na pewno męski. Mogę zagwarantować.
-   Słuchaj, może ci coś uświadomię – usiadł na moim kolanie i spojrzał na mnie tymi olbrzymimi, granatowymi ślepiami, bez źrenic.
-   Czekam.
-   Erotyzm to niekoniecznie miłość. To rozłożone nogi, poruszająca się pupa... niekoniecznie męska... wiesz nawet wolę jak one są na górze, to poczucie maleńkości, ten parujący magnetyzm... 
-   Poczekaj – machnęłam ręką, omal nie zwalając go z kołdry. – Niczym poddasz mi wszystkie szczegóły anatomiczne może uznamy, że to ja tu piszę?
-   Tak, oczywiście... Ale jak na razie nie idzie ci najlepiej.
    Rzeczywiście nie szło. Jedna publikacja we właściwej gazecie nie określała jeszcze mojego statusu pisarskiego. Agentka też milczała jak zaklęta królewna. Potrzebowałam księcia, ale jakiego?
-   Przemyślałaś już wszystko? – spojrzał na mnie z politowaniem.
-   Chyba tak. Ale naprawdę nie umiem. Erotyzm i to w połączeniu z fantasy? Jak? Wyobrażasz sobie krasnoludzką kobietę z takim Legolasem?
-   Masz go na pulpicie tego laptopa.
-   Pomińmy ten temat.
    Pominęliśmy do rana. Około dziewiątej obudził mnie dmuchając mi w ucho. Był wyspany, ja nie.
-   No i co z tym erotyzmem? 
-   Chyba sobie odpuszczę.
-   Jak wszystko, nic z tego, ja chcę erotyzmu.
-   Despota – odgryzłam się.
-   Idiotka.
-   Idiotka? I niby co to miało do tematu? – zaśmiałam się, choć tak naprawdę to zaczynało mi być już go szkoda.
-   Słuchaj... 
-   To ty słuchaj. Masz problem? – przykucnęłam przy nim w naszej małej kuchni i pogłaskałam go po spiczastych uszach.
-   Wiesz jak trudno znaleźć drugiego chochlika i to jeszcze o odpowiednim wyposażeniu ? – pomachał swoim. – No wiesz, odmiennym. Tu dziurka, tu patyś...
-   Bez dosłowności. 
-   Bynajmniej. Przeprowadziliście się dość daleko od centrum. Nie, żeby w centrum było coś dobrego, ale jednak zwykle łatwiej tam kogoś znaleźć.
-   Miałeś kogoś ? – połechtałam go mocniej.
-   No tak, ale nie wychodziło nam właśnie erotycznie.
-   W jakim sensie?
-   Nie chcesz dosłowności – przekręcił głowę i spojrzał wesoło, ale ze smutnymi oczami.
-   Tylko w formie wyuzdania – zaprotestowałam.
-   Jakiego wyuzdania jesteście małżeństwem od prawie sześciu lat!
-   Patrz no, zakochałeś się bez wzajemności? Biedaku...
    Zwykle nie przepadał za czułością, ale dzisiaj przytulił się do mojego uda. Jakoś dał się namówić na ubranka dla misiów.
    Trochę trudno łazić przez pół dnia ze szlochającym chochlikiem uczepionym nogi, ale mam wprawę. Zbytnio cieszyłam się z tego, że przestał gadać o erotyzmie. Zbytnio i „zbytnio” krótko, wrócił do tematu około czwartej.
-   To co z tym opowiadaniem?
-   Nie mam pojęcia.
-   Przecież ci pomogę. Zawsze to robię. Nawet mogę za ciebie wydusić w laptopie tego penisa.
    Był uległy. Coś zbyt uległy.
-   Słuchaj dostajesz jakąś prowizję od mojego erotyzmu, czy co?
-   Nie.
    Spojrzałam na niego podejrzliwie. A raczej bardziej podejrzliwie niż zwykle. Nigdy do końca mu nie ufałam. Nie wiem dlaczego. W końcu był ze mną od zawsze. Znał wszystkie tajemnice, a czasem wiedział i to, czego ja jeszcze nie. A jednak nie potrafiłam mu zaufać do końca. Nawet nie uzgodniliśmy nigdy imienia. A przecież musiał jakieś mieć. Pozostawał tylko Chochlikiem, a był przecież kimś więcej.
-   Dobra, zaczynamy.
    Rozsiadłam się na podłodze i rozłożyłam komputer. Chochlik przysiadł na jednym z moich papci-piesków i rozrzucał dookoła chipsy, które wymusił w sklepie, gryząc mnie boleśnie w rzepkę.
-   Zacznij od różnych płci, nie cierpię jak robią to tacy sami.
-   No wiesz. Nie myślałam, że jesteś rasistą?
-   Jakim rasistą? Lubię czarnych. Nawet bardzo mają lepiej rozwiniętą wyobraźnię niż biali. Biali są po prostu pozbawieni kolorytu. Znałem kiedyś jednego chochlika, który pilnował pisarza półIndianina. Ale mieli ubaw, zresztą razem częściej zaglądali do „zabawowych” miejsc niż my.
-   Czyżbym usłyszała nutkę wyrzutu? – wkurzyłam się i poczułam się urażona. Myślałam, że darzy mnie większym uczuciem.
-   Oj darzę, ale ... Jestem mężczyzną i lubię się czasem zabawić.
    Odczytał moje myśli, jak zwykle, ale w tej chwili tego chciałam.
-   Mieliśmy pisać – rzucił miękko i łagodnie, prawie przepraszająco, po chwili milczenia, kiedy to wpatrywałam się w wygaszacz z „Władcy Pierścieni”.
-   Podrzuć coś.
-   Może książę i panna z biednego domu, która uciekła od złego ojczyma. Pierwszy raz zazna miłości, ale gdy się obudzi, księcia nie będzie.
-   Zniknął, bo takie jest jego przeznaczenie. Ona zaś stała się przez ten jeden raz modliszką i jej potomstwo obciążone zostanie wielkimi pragnieniami i możliwościami erotycznymi. Tu można wsadzić nawet całą „Kamasutrę”.
-   Tak, tak... Poradzisz sobie z opisami?
-   Poradzimy sobie...
-   No to już... Wziął ją w ramiona, chcąc nadrobić stracony czas. Wiedział, że będzie jego pierwszą i zarazem ostatnią. Wiedział też co za straszliwe dziedzictwo jej przekaże, ale musiał to zrobić...
    Widziałam to, o czym opowiadał Chochlik. Grotę porośniętą mchem i zwisającymi pnączami, które tworzą malowniczą kaskadę. Unoszący się dookoła obłok mgły otula kochanków splecionych w tajemnym uścisku, leżących w głębi groty, na posłaniu z traw i liści. On na pewno pochodzi z królewskiego rodu. Pierścień na jego palcu pyszni się rubinem i skrzydłami jastrzębia. Płaszcz, którym się okrywają podbity jest gęsim puchem i obrębiony niedźwiedzim futrem. Nagie ciała współgrają ze sobą, ich zmysły, oddechy, członki wiążą się ze sobą i prężą w pełnej rozkoszy.
    Zasypiają potem, by uspokoić ciało, ale umysły nadal krążą wokół. On się podnosi. Wie, że musi odejść, bo inaczej ona umrze. Kocha ją, ale musi pozwolić jej na wypełnienie proroctwa, które i jemu ciąży jak zbyt ciężka zbroja. Krępuje mu ruchy, na chwilę sprawia, że się zawaha. Tuż przy wyjściu odwraca się, by na nią spojrzeć, na jej rozrzucone brązowo-czarne włosy, na te pasma, które wcześniej otulały jego nagie ciało. Długie rzęsy, które śmiesznie łaskotała mu szyję... Zawaha się, ale jednak wyjdzie. Ale już nie jako człowiek, ale jako jastrząb z rubinem pomiędzy oczami. Rozwinie skrzydła i wzbije się w przestworza, by uciec, by zapomnieć. Osiąść tam, gdzie tacy jak on, odrzuceni przez świat mogą dożyć swoich lat modląc się tylko o to, że jednak coś się zmieni. Że przeklęte fatum zmieni swoje słowa, rzucone kiedyś, gdzieś w imię dobra wszystkich.
    On będzie czekał, a ona się obudzi. Najpierw będzie się cieszyła ciepłem, które zostawił po sobie, a potem zacznie go szukać i nie znajdzie. Wtedy przyjdzie nienawiść na niego, na siebie samą, że dała się tak podejść... a potem będzie dziecko i nagle odczucia inne niż przed spotkaniem księcia. Kiedy zrozumie? Pewnie ktoś jej powie, może wyzwie od czarownic, gdy zabierze kolejnego męża?
    Gdy zrozumie, że to klątwa będzie chciała uratować swoje dzieci. Ale nie uda jej się. Zginie próbując ich bronić. A jej śmierć wyzwoli ojca spod więzów losu. Odbierze mu wolność skrzydeł, ale da dwójkę dzieci. Jego dzieci. Inne, spłoną na stosie, mimo tego, że spróbuje je uratować. Zginą, bo będą rozpustne, a może po prostu zaklęciem nałożonym na kobietę był niedosyt miłości, ciągłe poszukiwanie, może to ludzie wykorzystują tych, którzy szukają miłości, wykorzystują ich cieleśnie.
    Dwójka dzieci Jastrzębia i kobiety z ludu imieniem Assyria przeżyje, ale będzie zawsze szukało miłości. Ojciec pomoże im powstrzymać chuć. Ale wszyscy szybciej się zestarzeją. Umrą, ale nie odejdą ze świata. Jako duchy będą się błąkać i nadal szukać miłości ...
    Nigdy jej nie znajdą ...
    Nigdy.
    Bo zwykle miłosno-erotyczne historie nie mają dobrych zakończeń.
-   To nie jest czysty erotyzm? – powiedział w końcu chochlik, gdy odczytał wszystkie obrazy.
-   Ale zawsze można coś dorzucić. Przecież będzie kilka scen erotycznych. Nawet dość ostrych. Już ty sam się o to postarasz.
-   No dobra, to siadaj i pisz...   

Kobaltowa Wrona

Offline Lodowax

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 2
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 09, 2010, 01:21:39 pm »
"Kuźnia Słów"

Cytuj
Robert spacerował po deptaku, oglądając świat przez ciemne okulary. Bezwstydnie gapił się dziewczynom z wielkimi piersiami w dekolt, starając się trzymać głowę prosto. Zdawało mu się, że jest mistrzem w podglądaniu kobiecych piersi, choć po pewnym czasie po prostu mu się to znudziło. Wyjął z kieszeni koszuli notes i długopis. Skrobnął coś szybko, opierając notes o latarnię i zaczął się rozglądać. Upatrzył sobie ofiarę i podszedł do niej pewnym krokiem myśliwego, który wie, że jego zdobycz nie ma szans się wyrwać z sideł.
- Dzień dobry - obnażył dwa rzędy śnieżnobiałych zębów, ukazując swoją wyższość jako myśliwego nad biedną dziewczyną. - Mogę pani zająć chwilkę.
Dziewczyna spuściła wzrok. Robert był nieco zdziwiony. To takie wiejskie cnotki jeszcze żyją? Uśmiech szyderczego zadowolenia wykrzywił na chwilę jego twarz, ale zaraz powrócił do uśmiechu podstawowego.
- Jestem pracownikiem firmy sondażowej i przeprowadzam ankietę. Czy jest pani zadowolenia z sytuacji gospodarczej Polski?
- Erm… - panienka spojrzała na Roberta niczym spłoszona łania. - Właściwie to jestem. Żyje mi się dobrze. Mam pracę, poza tym rodzice czasem pomagają…
- A więc jest panienka samotna?
Kiwnęła głową trochę zmieszana. Ramiączko jej bluzeczki popłynęło wzdłuż ramienia. Szybko je poprawiła i znów spojrzała w nieprzeniknioną głębię ciemnych okularów Roberta.
- Mam na imię Iwona. Był pan kiedyś w Kuźni Słów? - spytała szybko, gdy dziennikarz otwierał usta, by coś powiedzieć.
Zamilkł na chwilę, czy rzucić szybkie spojrzenie na piersi Iwony. Nie zastanawiał się długo.
- Robert - przedstawił się wesoło i wyciągnął ku niej ramię.
Iwona go chwyciła i poprowadziła do budynku na róg ulicy. Robert pchnął drzwi ostrożnie, jakby trochę niepewnie. Targnęło nim dziwne uczucie, kiedy dotykał klamki, ale poddał mu się i zaprosił Iwonę do środka. Uśmiechnęła się w podzięce i weszli.

- Słuchaj kochanie, byłem tu z Robertem i było świetnie. W życiu się tak dobrze nie bawiłem.
- Ale ja nie lubię tych waszych męskich zabaw - udała oburzoną minę.
Michał objął ją w talii i pokazał tablicę tuż obok drzwi Kuźni Słów.
- Ale zawsze uwielbiałaś wszystkie te amulety, talizmany i inne drobiazgi. Nie chciałabyś patrzeć, jak ktoś haruje, żeby ci taki jeden zrobić?
- Tylko jeśli to będziesz ty - mruknęła Ania, całując go w policzek.
Michał pokręcił głową z uśmiechem i otworzył przed nią drzwi. Weszli do niewielkiego hallu, oświetlonego kilkoma świecami. Dalej w pokoiku przy biurku siedział mężczyzna w zielonym płaszczu. Miał czarną kozią bródkę i długie włosy, związane z tyłu w kucyk. Miał dziwaczne, postawione na szpic uszy, sięgające mu nieco ponad czubek głowy, które przykuły od razu wzrok dziewczyny. Chciała już zapytać o to, któż temu człowiekowi zrobił taką charakteryzację. Może operacja plastyczna? Czy taki interes wart jest takiego poświęcenia? Nie zdążyła zadać sobie zbyt wiele pytań, bo zaraz elf wstał od biurka i powitał ich wesoło.
- Dzień dobry państwu! Jestem mistrz Seregring, akrobata znaczeń i żongler słów. Mam nadzieję, że nie będziecie żałować wycieczki po mojej Kuźni Słów. Od czego mają państwo ochotę zacząć? Od amuletów, czy od pokazu siły prawdziwych słów?
- Emm… - zaczęła Ania, zachęcana szerokim uśmiechem Michała. - Może pokaz, mistrzu Seregring?
- Ach, wspaniale! - zachwycił się elf, poprawiając fular związany pod szyją. Zabrał ze stołu cylinder i nałożył go na głowę.
Dało się w powietrzu słyszeć ciche pyknięcie. Kapelusz pękł na miliardy maleńkich cząsteczek, rozlewając się wokół i napełniając świat tęczową zorzą. Nastąpiła chwila nieznośnie ostrego blasku i zaraz elf z dwójką gości stanęli w całkowicie innym pokoju. Zamiast jednej ze ścian huczał ogromny piec, sprawiający, że momentami aż ciężko było oddychać od nadmiaru żaru. Dwóch łysych osiłków, niby potężne góry stało pod piecem, spoglądając co chwila na prażące się w środku kawałki metalu. W rogu pomieszczenia, po lewej stronie stał przy wielkim kowadle, jeszcze większy mężczyzna, dzierżący w dłoni imponujący młot. Kiedy podano mu kawał metalu stukał w niego z ogromną wprawą. Seregring dał gościom chwilę na zachwyt, nim przemówił.
- Oto jest część pierwsza mojej kuźni. Wybaczcie sposób podróżowania, ale wolę to niż schody - uśmiechnął się rozbrajająco, ale nie pozwolił się wtrącić. Zaczął się przechadzać, stukając metalową końcówką laski o nierówną kamienną podłogę. - Słowa jak wiecie mają ogromne znaczenie. Oczywiście te słowa, których używamy do opisu świata są tylko marną namiastką prawdziwych słów. Mój mentor i zarazem najbliższy przyjaciel zwykł mawiać, że słowa to tylko narzędzia do budowania pomników znaczeń. Ale kto nie dba o narzędzia, ten nie może zwać się prawdziwym rzemieślnikiem. Miast jednak rozwodzić się nad filozofią, pokażę wam, jaką moc naprawdę mają słowa. Dolbercie!
Ostatnie słowo skierowane było do jednego z mężczyzn przy piecu. Zrozumiał rozkaz od razu i podszedł do mistrza z kleszczami, trzymającymi gwóźdź rozpalony do czerwoności i prostokątną deseczkę z drewna. Elf chwycił narzędzia i zaczął wypalać w drewnie coś na kształt napisu, choć litery wyglądały dość topornie, jak runy. Kiedy skończył podniósł triumfalnie deseczkę w górę.
- Ten napis głosi w starożytnym języku Długowiecznych “ogień”. Popatrzcie na to - elf przytknął do drewienka rozpaloną zapalniczkę. Osmalił tylko jego brzeg. - Jak widzicie to zwyczajne drewno, ale patrzcie uważnie moi mili - wyrzucił gwóźdź i złapał kleszczami drewno.
Michał zdawał się zafascynowany, Ania była cokolwiek znudzona. Kiedy jednak Serering mruknął coś w dziwacznym, dźwięcznym języku, jej oczy rozpaliła ciekawość, albowiem kiedy tylko skończył mówić, drewno zapłonęło jasnym blaskiem i w ułamku sekundy, oddając całą energię zmieniło się tylko w popiół wirujący powoli ku ziemi.

- A może panie mają ochotę zajrzeć w inne części mojej kuźni? Towarzystwo pań tak mi jest miłym, że z przyjemnością oprowadzę po innych częściach mojej posiadłości.
Dziewczęta spojrzały po sobie i zachichotały wesoło. Chwyciły elfa pod ramiona i zaraz tęczowa zorza, pochłaniająca cały świat zmieniła się w nieznośny blask i zaraz wszyscy we trójkę stanęli w ogromnym pomieszczeniu, wspieranym tysiącami kolumn. Bardziej niż kuźnia to miejsce wyglądało, jak fabryka, albowiem przy jednej ze ścian płynął czarny taśmociąg, po którym sunęły potężne bloki metalu, układające się w litery. Pod sufitem hali wisiała metalowa siatka, po której przesuwał się dźwig, niosący wielkie litery, by potem ostrożnie kłaść je na środku sali.
- Ta hala tutaj to niebezpieczne miejsce. Zamykamy tutaj magię w naprawdę potężnych słowach, zbudowanych z… - elf aż się wzdrygnął na samą myśl o słowie, które miałby wypowiedzieć. - Przepraszam - otarł czoło chusteczką - po prostu elfy raczej nie przepadają za żelazem.
Jego ciężki ponury uśmiech, ani słowa nie zrobiły na przyjaciółkach żadnego wrażenia. Ewa puściła Anię i podeszła bliżej do rzędu liter, leżących na ziemi. Mężczyzna o nieco mniej spiczastych uszach, okutany w strój godny lekarza podczas kwarantanny spawał ze sobą wielkie litery za pomocą żelaznych prętów.

Seregring podniósł na wysokość oczu kartkę zapisaną runami, przeczytał na głos jej treść i kawałek papieru zmienił się w stado śnieżnobiałych motyli, które zaraz rozpłynęły się w powietrzu. Trójka gości Kuźni Słów zaklaskała z wrażenia, elf się ukłonił, niemal zamiatając zdejmowanym z głowy cylindrem podłogę.
- Cieszę się, że się podobało. Mają państwo ochotę na wycieczkę w głębsze rejony mojej niesamowitej kuźni, na wskroś przesiąkniętej magią?
Trójka przyjaciół, którzy znali się zapewne od bardzo dawna spojrzała po sobie. W końcu mężczyzna o czarnych kręconych włosach uśmiechnął się i kiwnął głową.
Przeszli przez drzwi po drugiej stronie pokoju. Przez chwilę stali na początku długiego korytarza, który przesuwał się z ogromną prędkością. Mijały ich dziesiątki, setki, tysiące drzwi, póki Seregring nie wbił metalowej końcówki swojej laski w ziemię i nie przekręcił bursztynowej gałki. Korytarz się zatrzymał i elf otworzył drzwi. Takie same, jak tysiące innych wokół. Trójka przyjaciół, zauroczona pokazem weszła do środka.
- Lubicie czytać książki? - spytał, wprowadzając ich do okrągłej sali, pełnej starych, zakurzonych książek.
- Ja nawet kiedyś próbowałam pisać, ale poziom literatów w Polsce skutecznie mnie zniechęcił.
Wszyscy się roześmieli, Seregring podziękował w myślach, że jednak udało mu się nie trafić tym razem na kompletnych analfabetów.
- Ludzie od wieków bali się książek, a jeszcze bardziej bibliotek. Gdzieś podświadomie czuli, że słowa są zbyt silne, by można było je łatwo poskromić. Słowa od zawsze potrafiły tworzyć inne światy, żonglować prawdą, kłamać tak, żeby było to prawdziwsze od prawdy, kierować ludzkie umysły na całkiem nowe tory i wpływać na wyobraźnię. Przez wiele wieków księgi trzymano skute łańcuchami, a ludzie poddali się sile słów. Później nadeszły wieki Oświecenia i postanowiliście na powrót zmierzyć się z potęgą znaczeń.
Kilka książek, przykutych łańcuchami do żeliwnych haków wyrwało się ze ścian i zaczęło kłapać okładkami. Goście zbliżyli się instynktownie do siebie. Elf pokręcił głową rozweselony i stuknął metalowym okuciem laski o podłogę. Grimoire’y zamknęły okładki. Wyglądały jak skamlące psy, kiedy wracały grzecznie na półki. Ściany pełne książek osunęły się i wszystko wokół stało się sterylnie białe. Seregring wyjął z kieszeni pięć prostokątnych kartek i położył je na białym podłożu. Wyszeptał kilka słów w dźwięcznym języku starożytnych elfów.
- Rozgośćcie się, proszę - powiedział, kiedy słowa zapisane na papierze zmieniły się w salonowy zestaw wypoczynkowy: cztery białe fotele i stolik ze szklanym blatem.
- Widzicie, jaką moc potrafią mieć słowa! - zawołał radośnie Seregring, padając na fotel za sobą. - Pomyślcie teraz, jaką władzę ma ktoś, kto zna słowa tak potężne, że aż przerażające. Słowa, które wymagają specjalnych materiałów, by móc je w ogóle zapisać. Słowa, które nie mogą przejść przez gardło!
- To by było straszne, gdyby ten ktoś, potrafił te słowa wykorzystać.
- Nie znamy wszystkich słów, by opisać targające nami emocje, nierzadko nie potrafimy opowiedzieć wszystkiego, co kłębi się w naszej głowie. A jeśli już, to słowa są żałosne, marne. Nasze słowa, runy elfów, dane nam niegdyś przez potężnych Przedwiecznych, potrafiących jednym słowem zniszczyć wszystko i ponownie powołać do życia, potrafią jednak więcej. Istnieje potężne zaklęcie, dające nieśmiertelność. Pełną kontrolę nad swoim ciałem i nad umysłami innych. Zawsze jednak tak potężne słowa wymagają wielkich nakładów energii. Przedwieczne zaklęcia potrzebują tylko jednego…
Trójka gości Kuźni Słów słuchała zauroczona, niekiedy zerkając na dziwaczne runy przepływające ponad ich głowami. Nikt nie śmiał przerwać napiętego milczenia.
- Krwi… - niemal bezgłośnie wyszeptał elf, ale coś jakby echo poniosło jego słowa dalej, po bezkresnej równinie nicości.
Krwi…
Seregring zaczął od szeptu. Słowa płynęły z jego ust, a delikatny, lśniący błękitnym blaskiem osad pokrywał każdą literę. Jego głos zaczął się zmieniać. Litery zaczęły płonąć żywym ogniem, ale ogniem oczyszczenia, nie ogniem zniszczenia. Słowa, niczym pieśń rozchodziły się w powietrzu. Ciała trójki przyjaciół drgały jeszcze w przedśmiertnej agonii pod sufitem potężnej hali. Ostatnie runy pokryły się błękitnym osadem. Na twarzy mistrza Słów pojawił się szyderczy uśmieszek zwycięstwa.
KRWI!


Offline Katarzyna

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 3
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #4 dnia: Wrzesień 09, 2010, 01:29:17 pm »
Otwieram oczy. Promienie wschodzącego słońca oślepiają mnie i przez jedną krótką chwilę nie widzę zupełnie nic oprócz wszechobecnej światłości. Siadam na posłaniu, rozglądam się wkoło i niemal podskakuję w miejscu, gdy dostrzegam jasnowłosą kobietę. Uśmiecha się do mnie. Z ust wyrywa mi się cichy okrzyk zaskoczenia pomieszanego ze strachem. To nie jest prawda, to nie MOŻE być prawda! Odruchowo przytulam się do zimnego oparcia łóżka. Czuję żelazne pręty wbijające mi się w plecy i zyskuję pewność, że to nie jest sen, a jawa. Ogarnia mnie przerażenie, czuję jak panika sączy się we mnie niczym trucizna. Jeśli to nie ułuda…
Na twarzy kobiety nie ma już tamtego dobrotliwego uśmiechu, jego miejsce zajmuje grymas złości, ale za chwilę znika. Czy tylko mi się zdawało? Nie mam pojęcia.
- Alicja, co się dzieje? – pyta kobieta, przysuwając się do mnie. Próbuję zwiększyć dystans, nie mam już jednak gdzie uciekać. Wbijam w zjawę przestraszony wzrok, bo nie mogę zrobić nic więcej.
- Córuś, to ja. Spokojnie, jesteś bezpieczna – kontynuuje blondynka. Jej chłodne niebieskie oczy przyprawiają mnie o dreszcze, kiedy przypominam sobie, jakie były nieruchome tamtej nocy… Strasznej, niemożliwej do wymazania z pamięci nocy. Potrząsam głową, odruchowo przygryzając wargi. Chcę krzyczeć.
- Ty przecież nie żyjesz… - szepczę ledwie słyszalnym głosem. Z trudem powstrzymuję się od płaczu. Kobieta wyraźnie pochmurnieje, wygląda jakby się nad czymś intensywnie zastanawiała.
- Co ty mówisz, Ala? Już nie śpisz, kochanie, to był tylko koszmar.
Chciałabym w to uwierzyć, ale po prostu nie jestem w stanie. W głowie kłębią mi się dziesiątki myśli, drastycznych obrazów – jaskrawych, wyraźnych i… prawdziwych, jestem tego pewna. To wszystko nie mogło mi się tylko przyśnić, po prostu nie mogło!
Kobieta patrzy na mnie wyczekująco, a ja nie potrafię znieść tego spojrzenia, więc zrywam się z łóżka i wybiegam z pokoju. Czuję jeszcze na ramieniu dotyk zimnej jak lód dłoni, ale wyrywam się i uciekam. Byle jak najdalej od tego miejsca, od tej kobiety, która wygląda i zachowuje się jak moja matka.
Biegnę tak długo, aż tracę siły i muszę zwolnić, ale nie zatrzymuję się. Okolica, w której mieszkam właściwie od zawsze, wydaje się spokojna, wciąż uśpiona, chociaż słońce już dawno wzeszło. Mijam drewniane budynki, wpatrując się w drogę przed sobą. Usiłuję opanować emocje, ale niestety bez skutku. Ciągle mam przed oczami scenę, której świadkiem byłam kilka tygodni temu. Pamiętam to wydarzenie, jakby miało miejsce wczoraj. Szczerze mówiąc, przez ostatni okres nie marzę o niczym innym jak tylko wymazaniu tych okropnych wspomnień z pamięci, ale … nie potrafię.
Dochodzę do samego krańca wioski, po swojej prawej stronie mam targ, zawsze taki głośny i wypełniony ludźmi od samego świtu. Dzisiaj panuje w tym miejscu śmiertelna cisza. Niepokój i strach atakują mnie ze zdwojoną siłą, chwieję się i niemal upadam na suchą drogę. Stało się coś niedobrego, czuję to. W przypływie paniki zaczynam biegać od chaty do chaty i walić w drzwi, jakbym była opętana. Ku mojemu przerażeniu nikt nie odpowiada. Nikt nie otwiera okien, aby zapytać co się stało. Nikt nie wychodzi, żeby na mnie nawrzeszczeć.
Nikt nic nie robi, bo po prostu nikogo tu nie ma.
Wszyscy zniknęli. Czuję się z tą świadomością gorzej, niż czułabym się po solidnym laniu. Nie zostało po nich najmniejszego śladu, domy są puste, a okiennice szczelnie pozamykane. Mogłoby się zdawać, że wszyscy nagle wyjechali albo… umarli. Zagłuszam tę myśl natychmiast.
Biegnę nad pobliski strumień, klękam przy brzegu i zanurzam twarz w lodowatej wodzie. Nie pomaga, wciąż tkwię w tym koszmarze. Łzy napływają mi do oczu i przez chwilę czuję się, jakbym straciła wzrok, bo kształty, które widzę, są zupełnie rozmazane. Tak bardzo chciałabym się obudzić i wrócić do rzeczywistości. Nawet jeśli oznaczałoby to powrót do świata, w którym moja matka jest martwa…
- Aluś, ale przecież ja żyję - słyszę za sobą znajomy głos. Na dźwięk tych łagodnych słów niemal wpadam do strumienia.
- Zostaw mnie! Zostaw! – krzyczę i zaczynam szamotać się z mocnym, straszliwie zimnym uściskiem. Moja mama nigdy nie miała takiej siły. Mam wrażenie, jakby oblepiała mnie jakaś klejąca masa, trudno mi nabrać powietrza w płuca. Spada na mnie całun skrajnego wyczerpania, z którym nie potrafię walczyć. Już po chwili zwisam bezwładnie w ramionach istoty, błądząc myślami gdzieś na pograniczu świadomości.
Czy nie o to mnie prosiłaś? słyszę nagle. Nie, nie słyszę, a raczej CZUJĘ. Czy nie o to błagałaś mnie każdego wieczoru po jej śmierci? Czy nie chciałaś przenieść się do świata, w którym będziecie same, na zawsze razem? Wiecznie szczęśliwe?
- Przestań mówić w mojej głowie – wreszcie znajduję siłę, żeby się odezwać, zaoponować. Zdaję sobie jednak sprawę, jak słaby jest to opór.
Czy nie modliłaś się do różnych duchów, żeby przywróciły ci  matkę? Przypomnij sobie!
W myślach widzę obrazy mnie samej, zawsze zapłakanej lub wściekłej. Wzywałam wtedy po imieniu wszystkie znane mi bożki, złorzecząc, błagając, przeklinając i prosząc na przemian. „Bogowie, dlaczego pozwoliliście jej to zrobić?! Dlaczego pozwoliliście jej mnie tak skrzywdzić?!” Nigdy nie uzyskałam odpowiedzi. Cisza bywała tak intensywna, że aż niemożliwa do wytrzymania. Odmawiałam jedzenia, ale przyjaciele wmuszali we mnie wodę i posiłki. Uratowali mnie od śmierci głodowej, to pewne. Kilka razy przyłapali mnie na próbie samobójstwa, ale raz prawie mi się udało. „Nie popełniaj tego samego grzechu, co twoja matka!” tłumaczył mi potem uspokajający, rzeczowy głos, ale nie wiem już do kogo należał. 
Widzisz? Tylko ja wysłuchałem twoich próśb. Wołałem cię do siebie, żeby dać ci to, czego tak bardzo pragnęłaś, ale tamci głupcy za każdym razem cię powstrzymywali. Byłaś za słaba, aby odpowiedzieć na wezwanie, więc musiałem przyprowadzić cię  sam, dlatego teraz tu jesteśmy, we trójkę. Ja, ty i twoja matka. Pomyśl, na zawsze szczęśliwi.
Bronię się przed tym złym, chciwym głosem, który rozbrzmiewa wewnątrz mojej czaszki. Tłumaczę sobie, że wszystko co mówi to same kłamstwa, które mają mnie otumanić. Mojej matki tu nie ma. Nie ma jej tu, rozumiesz?! Nie ma!
- NIE MA JEJ TU! – krzyczę ile sił w płucach.
- Alicja, kochanie, jestem przy tobie. Zawsze byłam – mówi miękko moja matka. Pamiętaj, to nie ona, przekonuję sama siebie.
- Tak się bałam, zanim do mnie przyszłaś. Przez cały czas miałam jednak nadzieję… Jestem z ciebie taka dumna, teraz będziemy zawsze razem i nikt nas nie rozdzieli – szepcze mi do ucha.
- Moja matka nigdy nie była taka zimna. – Niespodziewanie mroźny, duszący uścisk zmienia się w delikatny, ciepły dotyk.
- Dlaczego nie chcesz uwierzyć, że to jest prawdziwe?
- Bo nie jest… - odpowiadam, ale z mniejszą pewnością niż wcześniej.
Spodziewałem się, że nie uwierzysz mnie, ale czy naprawdę nie potrafisz zaufać własnej matce?
- Aluś, kochanie, co ci jest? Dlaczego nic nie mówisz? Ala!
Jeśli chcesz mogę oddać ci czas, z którego was okradziono.
- Alicja! Powiedz coś! Martwię się! – Ciepły uścisk jest odrobinę mocniejszy, bardziej kurczowy.
Pozwolisz jej cierpieć? Chcesz widzieć jej ból?
Nie, nie chcę.
Stawiam tylko jeden warunek. Musisz oddać mi maleńką przysługę. Nic strasznego, potrzebuję jednej kropelki twojej krwi, żeby nikt nie mógł was rozdzielić. Nigdy.
Dobrze, zgadzam się. Czuję zadowolenie istoty, ducha, który już niedługo odda mi matkę. Kropla krwi to mała cena za dar, jaki mam otrzymać.
Musisz ukłuć się sama.
Klękam przy strumieniu i sięgam na dno po niewielki, zaostrzony z jednej strony kamyk. Przyciskam go do kciuka dopóki nie pojawia się rozcięcie. Podnoszę oczy do góry i widzę przystojnego, czarnowłosego mężczyznę z drobną szklaną fiolką w ręce. Podsuwa naczynko do mojej dłoni, a ja posłusznie nadstawiam palec i pozwalam krwi kapać do buteleczki. Duch zamyka krople w środku, a na jego ustach widzę triumfalny, pełen zadowolenia uśmiech. Niebo ciemnieje, jakby w jednej chwili pokryły je gęste chmury. Słyszę grzmoty, ale nie widzę żadnych błyskawic. Czuję, że coś się stało.
Dziękuję bardzo.
Rozglądam się, ale mojej matki nigdzie nie ma. Zniknęła równie nagle, co dym, rozwiany przez wiatr. Rozpaczliwie wołam ją po imieniu, szukam, biegam w kółko, aż w końcu potykam się i upadam. Bolesna prawda dociera do mnie niemal natychmiast.
- Oszukałeś mnie!
Owszem, ale nie było łatwo. Dałaś mi szansę na nowe życie, więc jestem ci naprawdę zobowiązany. W nagrodę pozwolę ci zostać tutaj, Alicjo. Przeżyjesz wieczność w ciszy i spokoju.
Mężczyzna śmieje się demonicznie. Z przerażeniem obserwuję, jak strąca kroplę mojej krwi na język. Chcę temu zapobiec, ale nie mogę się poruszyć. Sekundy później zły duch okręca się wokół własnej osi i znika, a wtedy odzyskuję władzę w nogach. Zostaję sama. Zupełnie sama w tym strasznym, pustym świecie. Krzyczę… nie, drę się w niebogłosy, ale nic się nie dzieje. Osuwam się na kolana i czuję łzy spływające po moich policzkach. Ból i wściekłość targają mną na przemian, jakbym była maleńką łódką atakowaną przez sztorm. Nie wytrzymuję. Wstaję z ziemi i, otarłszy policzki, biegnę z powrotem do strumienia. Muszę to powstrzymać…
Muszę to zakończyć.
***
Stąpając cicho, Kinga weszła do pogrążonej w półmroku izby. Płomień jedynej świeczki zamigotał pod wpływem podmuchu, który wywołała.
Spojrzała na świecznik, zawahała się przez moment, po czym sięgnęła do tobołka po drugą świecę. Drżącymi z zimna rękoma zapaliła ją i umieściła w jednym z pozostałych wolnych miejsc. W pomieszczeniu zrobiło się odrobinę jaśniej i dopiero teraz Kinga dostrzegła chłopaka śpiącego w kącie pod ścianą. Ominąwszy stertę śmieci, podeszła do Piotra, aby obudzić go z niespokojnego snu. Zanim jednak to zrobiła, spojrzała uważnym wzrokiem na Alicję.
Dziewczyna mamrotała coś niewyraźnie, co chwila wstrząsały nią drgawki, a oczy pod powiekami poruszały się szaleńczo. Stan ten trwał od trzech dni, kiedy to blondynka nie obudziła się po wyjątkowo zimnej nocy. Żaden ze sprowadzonych uzdrowicieli nie wiedział, co dolegało chorej. Radzili jedynie, aby czekać na jakąkolwiek poprawę, więc ludzie czekali, skoro nie mogli zrobić nic innego.
Piotr przebywał przy Alicji najdłużej ze wszystkich. Nie było tajemnicą, iż chłopak stracił dla drobnej, ślicznej blondynki głowę. Jednak mało kto wiedział, jak złożone były jego uczucia. To Piotr cały czas pilnował Alicji po samobójstwie jej matki. Dbał, żeby jadła i starał się nie opuszczać dziewczyny ani na chwilę…
Kinga w końcu wyrwała się z zamyślenia i podeszła do chłopaka.
- Piotrze, obudź się! – szepnęła, potrząsnąwszy jego ramieniem.
- Coś się stało?!
- Nie, wszystko w porządku. Moja mama przesyła ci kawałek ciasta i świeże mleko.
- Podziękuj jej. – Brunet uśmiechnął się słabo. – Co z Alicją?
W Kindze zawrzała złość. Ciągle tylko Alicja i Alicja! Dlaczego wszyscy poświęcali tyle uwagi tej irytującej paranoiczce?! Dziewczyna miała ochotę odburknąć coś wyjątkowo nieuprzejmego, ale zamarła z otwartymi ustami, usłyszawszy ciche westchnięcie. Młodzi odruchowo spojrzeli na dotychczas nieprzytomną Alicję. Miała otwarte oczy i oddychała miarowo.
- Ala! – krzyknął Piotr i zerwał się z podłogi. Blondynka usiadła na łóżku i rozejrzała się wokoło. Zdawała się być zaskoczona. Uniosła dłoń, poruszyła palcami, a potem wstała z uśmiechem na ustach.
- Dziwne uczucie – stwierdziła, przerywając milczenie. Piotr nie wytrzymał i z całej siły ją przytulił. Nie mógł dostrzec wściekłego grymasu, jaki wykwitł na jej twarzy, ale zauważyła go Kinga. Zaniepokojona, wycofała się z domu pod byle pretekstem.
- Jak się czujesz? – zapytał Piotr niecierpliwie.
- Lepiej niż kiedykolwiek…
…a poza tym, ciekaw jestem, czy dużo zmieniło się tutaj od mojej ostatniej wizyty.

Offline Karina

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 3
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #5 dnia: Wrzesień 15, 2010, 02:35:54 pm »
To ja może też spróbuję   :) ...
Gra o jedno życzenie

18.09.2010

Z licznych plakatów rozwieszonych na wrocławskich ulicach uśmiechał się lekko młody szatyn w okularach. Nad zdjęciem dużymi czerwonymi literami wypisane było słowo: ZAGINIONY. Pod fotografią widniał apel o pomoc w poszukiwaniach i numer telefonu.
W radiu i telewizji wielokrotnie nadawano apel policji: Dnia 15-ego sierpnia 2010 roku zaginął siedemnastoletni Rafał Szymański. W dniu zaginięcia miał na sobie: niebieskie jeansy, zielony podkoszulek i czarne adidasy. Osoby, które widzą cokolwiek, co pomogłoby ustalić miejsce pobytu zaginionego proszone są o kontakt z policją.

*
Rodzina Szymańskich przeprowadziła się do Wrocławia pod koniec lipca. Przyczyną tego stała się nowa posada ojca. Rafałowi zmiana ta wcale nie przypadła do gustu. Wszyscy kumple, których znał od dziecka, zostali w Legnicy. Chociaż utrzymywał kilka wirtualnych znajomości z ludźmi z całej Polski, pech chciał, że akurat we Wrocławiu nie znał nikogo.
Na tym jednak nie kończyły się jeszcze drobne złośliwości losu. Okazało się, że osiedle powstało niedawno, a oni byli jednymi z pierwszych szczęśliwców, którzy się tu wprowadzili.
Wiele mieszkań wciąż było pustych, pozostałe zajmowały głównie młode małżeństwa z małymi dziećmi. Nikogo w jakimś sensownym wieku. Gdyby chociaż był wrzesień, poszedłby do nowej szkoły i tam kogoś poznał, a tu, jak na złość, dopiero koniec lipca. Miał więc w perspektywie miesiąc samotności. Nie był to wprawdzie długi okres, ale i tak niezbyt mu się to podobało. Większość czasu spędzał przy komputerze, głównie rozmawiając przez gg ze znajomymi z rodzinnego miasta.
Monotonię trochę urozmaicały mu samotne wycieczki po mieście. Jedną z rozrywek Rafała stało się poszukiwanie wrocławskich krasnali. Miasto roiło się od małych, kamiennych ludzików w najróżniejszych miejscach. Był więc krasnal z gitarą, ogrodnik w ogrodzie botanicznym, krasnal piorący w rzece przy Moście Piaskowym, młynarz Tumski i dwa krasnale toczące wielką kulę na ulicy ul. Świdnickiej. To tylko niektóre figurki, które znalazł podczas samotnych spacerów. Niektóre z tych rzeźb były naprawdę ładne inne wręcz karykaturalne, jednak wszystkie były w pewien sposób sympatyczne.
*
15.09.2010
Tego popołudnia Rafał wybrał się na miasto żeby kupić nową grę.
Po drodze do empiku spotkał nowego krasnala. Często tędy chodził, ale wcześniej krasnala tu nie było. Zatrzymał się, żeby mu się przyjrzeć. Skrzat miał na sobie szerokie spodnie, kusą marynarkę, a pod nią kamizelkę i do tego śmieszy kapelusik. W ręce trzymał wachlarz z kart. W przeciwieństwie do niektórych figurek ta była wyjątkowo starannie wykonana w każdym detalu. Dokładność wykonania sprawiła, że kamienna twarz wyglądała prawie jak prawdziwa.
Ktoś się naprawdę postarał – przemknęło mu przez myśl.
W wyrazie kamiennej twarzy było coś takiego, jakiś ulotny szczegół, którego nie potrafił nazwać, który sprawił, że postać bardziej niż dobrotliwego krasnoludka przypominała złośliwego gnoma. Po chwili chłopak ruszył w dalsza drogę. 
Rafał odniósł dziwne wrażenie, że ktoś bacznie go obserwuje. Początkowo zignorował je, ale w końcu odwrócił się i rozejrzał. Na ulicy panował spory ruch, ludzie przemieszczali się zajęci własnymi sprawami i nie wyglądało na to, by ktokolwiek się nim interesował.
Przywidzenia – pomyślał i ruszył dalej.
Nie uszedł daleko nim znów poczuł, że ktoś mu się przygląda. Odwrócił się. I tym razem nikogo nie zobaczył. Wzruszył ramionami i kontynuował podróż.
Ponownie to samo, nieprzyjemne uczucie, że ktoś go śledzi. I tym razem nikt nie zwracał na niego uwagi. Paranoja. Co jest grane?  Po chwili zrozumiał, co wydało mu się nie tak. Niedaleko od niego opierał się o budynek krasnal w śmiesznym kapeluszu z talią kart w dłoni.
Dwa takie same skrzaty? – zastanowił się. Wzruszył ramionami.
Wrażenie, że ktoś za nim idzie towarzyszyło mu aż do empiku. Postanowił jednak już się nie odwracać. Dość tej paranoi – zbeształ sam siebie. –  Nikt za tobą nie łazi, bo i po co?
Wizyta w sklepie nie poprawiła mu humoru. Okazało się, że gry, którą miał nadzieję kupić, nie było. Jak pech to pech. Jakby tego było mało znów zobaczył krasnala z kartami. Tym razem opierał się bezczelnie o jedną z latarni w zasięgu jego wzroku.
Co do cholery?
Zirytowany ruszył szybkim krokiem do domu. Zdecydowanie nie był to jego najlepszy dzień.
Chciał jak najszybciej wrócić do komputera i poszczekać do Niemców w ramach relaksu.
I znów to samo. Przez jakiś czas starał się ignorować nieprzyjemne wrażenie bycia śledzonym. W końcu jednak nie wytrzymał, nie zastanawiając się nad tym co robi, odwrócił się gwałtownie i rzucił gniewnie:
– Przestań wreszcie za mną łazić.
Gdy zorientował się, że powiedział to na głos niemal parsknął śmiechem.
No tak… ładnie mi odbija – pomyślał – żeby gadać z kamiennym krasnalem…którego w dodatku tu nie ma.
Zdegustowany własnym zachowaniem pokręcił głową i zrobił krok na przód, gdy ktoś odezwał się za jego plecami:
– Przestanę, jeśli ze mną zagrasz.
Rafał zatrzymał się jakby wmurowało go w ulicę.
Rewelacja! Nie dość, że gadam z nieobecnymi krasnalami, to one mi odpowiadają. Chyba czas na wizytę u specjalisty. Kamienie przecież nie gadają, a krasnoludki nie istnieją!
Powoli odwrócił się jakby szukał potwierdzenia i aż się cofnął z wrażenia. Za nim, a właściwie już przed nim, stał natrętny krasnoludek tyle, że nie wyglądał na kamiennego.
Rafał zobaczył, jakiego koloru były ubrania: zielona marynarka, pod spodem żółta kamizelka i spodnie w czerwono-zieloną kratkę, i jeszcze ten śmieszny zielony kapelusik z piórkiem.
Sam krasnal był większy, mierzył prawie 80cm i sprawnie tasował karty.
– Genialnie nie dość, że mam przesłyszenia to jeszcze przywidzenia – wymamrotał Rafał.
– O, zapewniam cię, że nie.
– Znaczy… jesteś prawdziwym …krasnoludkiem?
– Oczywiście.
– Ale… Kurde, nie istnieje coś takiego jak prawdziwy krasnoludek. Krasnoludki z definicji są nieprawdziwe!
Mały człowieczek przewrócił oczami.
– Czy to, że nie chcesz w coś wierzyć oznacza, że to coś nie istnieje?
– No… nie…chyba.
– Słusznie. To jak zagramy partyjkę?
To mówiąc trzykrotnie tupnął w ziemię. Na oczach zaskoczonego chłopaka z asfaltu wyrosły trzy grzyby; dwa mniejsze po bokach i jeden większy w środku.
– No… dobra.
– A żeby było ciekawiej … przegrany spełni życzenie zwycięzcy.
– Brzmi ciekawie, ale ja nie jestem złotą rybką, ani niczym takim i nie potrafię spełniać życzeń.
– Oj, szkoda. No cóż, w takim razie, jeśli wygram sam spełnię swoje życzenie zgoda?
Chłopak usadowił się na jednym z grzybów.
– Zasady są bardzo proste – powiedział skrzat sadowiąc się naprzeciwko i sprawnie rozdając karty – zaraz sam się o tym przekonasz. Gra składa się z trzech rund i…
– Wygląda na to, że wygrałeś.
Krasnal zatarł ręce z zadowolenia, a na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.
– W takim razie moim życzeniem jest, żebyś grał ze mną w karty już zawsze. 
Z jego palców wystrzeliły jasnozielone języki, które błyskawicznie owinęły się wokół chłopaka. Rafał poczuł się dziwnie…
Tego wieczoru, na jednej z wrocławskich ulic, pojawiła się jeszcze jedna rzeźba. Przedstawiała dwa krasnale siedzące na muchomorach i grające w karty. Jej pojawienie się
nikogo szczególnie nie zdziwiło, w końcu we Wrocławiu spotkać można wiele kamiennych krasnoludków.


Offline Xiądz

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 5
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 15, 2010, 09:51:11 pm »
Tym razem troszkę humorystycznie.

KOLEJNA NUDNA NOC

-ON MA BROŃ! – rozdarła się starsza pani zrywając się z fotela autobusu powoli przebijającego się przez korki na warszawskiej Pradze. Głowy pasażerów wypełniających niezbyt tłumnie pojazd zwróciły się ku dwóm typom wyjątkowo niepasującym do krajobrazu jesiennej Warszawy. Nawet pochrapujący na podwójnym siedzeniu menelik otworzył jedno oko i zlustrował dziwnych i najwyraźniej uzbrojonych mężczyzn.
   Pierwszy z nich mógłby nawet uchodzić za człowieka. Miał arabskie rysy, nosił wytarte dżinsy i kraciastą koszulę, średnio długie, rude włosy miał zaczesane do tyłu. Jednak ludzie zwykle nie miewają małych, zagiętych różków wystających z czoła. Ani żółtych oczu. Ani ogona.  Taak, ten gość nie wzbudzał zaufania. Tym bardziej, że nonszalancko opierał się o inkrustowany srebrem automat AK. To definitywnie skreślało go z potencjalnych kandydatów na znajomego.
   Drugi z mężczyzn wyglądał jeszcze straszniej. Blady jak śmierć, czerwonooki, w sięgającym kostek skórzanym płaszczu. Przynajmniej nie ma kałacha, pomyślał pijaczek, jednak zaraz się zreflektował. Nie miał kałacha. Opierał się o czarną półautomatyczną strzelbę. Menel zamknął oczy i przez chwilę z trudem trawił informacje. Tymczasem w autobusie zawrzało. Część osób rzuciła się do wyjść, zapominając, że są zamknięte. Kilka osób zaczęło krzyczeć a jeden odważniejszy młodzian w pasiastym dresiku zacisnął pięści i ruszył kolebiąc się w stronę dwójki mężczyzn. W oczach miał agresję. I bezdeń głupoty.
   Rogaty westchnął i uniósł dłoń, szepcząc coś. W autobusie momentalnie zapanował spokój i cisza, jak makiem zasiał. Ludzie patrzyli po sobie na poły z przerażeniem na poły z ciekawością. Ciszę przerwał aromatyczny, mocno wczorajszy dżentelmen z podwójnego siedzenia, który najwyraźniej toczył wewnętrzną bitwę strachu z nałogiem. Nietrudno było się domyślić zwycięzcy.
   -Kierowniku, nie dacie mosze złociszka na... – zawahał się. – Chlebek? – wystękał w końcu zadowolony. Całe zdanie trwało prawie minutę. Blady ze strzelbą uśmiechnął się pobłażliwie i rzucił mu monetę. Błysnęła w jesiennym słońcu czystym złotem, jednak gdy menel złapał ją nadspodziewanie zręcznie, wyglądała już jak pięciozłotówka. Pijak niemal rozpłynął się ze szczęścia, wymamrotał podziękowanie i zachrapał.
   -Proszę państwa, proszę bez paniki! – rudy diabeł pojednawczo uniósł ręce. – To przecież nie jest żadna broń! Coś się musiało państwu przywidzieć.
   -Przecież widzę, co pan tam ma! – starszy pan okazał nieco odwagi i ponownie przerwał ciszę. – Nie wmówi mi pan, że to nie broń, sam z tego strzelałem! – Z szarych oczu wylewała się pewność siebie.
   -To? – roześmiał się rogaty rudzielec unosząc automat. – To jest, tego... – zastanowił się sekundę. – Palnasolka! – wyszczerzył zęby w uśmiechu. Stary zamrugał. Rzeczywiście, gość miał parasol. I gdzie podziały się rogi? Jednak dalej wydawał się nieprzekonany.
   -Proszę ją rozłożyć! – rozkazał. Rudy wzruszył ramionami i pociągnął za dźwignię przeładowania. Lufę karabinu otoczyła przeciwdeszczowa kryza. Nikogo z obecnych nie zdziwiła konieczność przeładowania parasola. Dziadzio kiwnął głową usatysfakcjonowany i naskoczył z kolei na bladego jegomościa.
   -Ale pan na pewno ma broń! Widziałem, mój wnusio ma taką samą, tylko na kulki! - wykrzyknął tryumfalnie. Czerwonooki uśmiechnął się i zakręcił w powietrzu czarną, drewnianą laską. Ludzie odskoczyli a stary popatrzył sceptycznie i dał spokój, mamrocząc coś do siebie. Nagle zasyczało i drzwi się otworzyły. Ludzie popatrzyli po sobie, jakby nagle ocknęli się z letargu. Ciszę rozbiły nerwowe rozmowy. Diabeł pociągnął kompana za płaszcz i wyskoczyli z autobusu.

   Tajmij Rash’da ibn Chattab, perski demon burzy piaskowej odetchnął z ulgą po czym popatrzył wściekle na towarzysza.
   -Odbiło ci? Zdejmować iluzję w takim tłoku? – warknął. Kilkoro przechodniów odwróciło głowy, słysząc coś w nieznanym języku. Diabeł machnął gniewnie ręką i obaj stali się niewidzialni dla ludzi na ulicy. Wampir nie wydawał się speszony incydentem.
   -Co ja ci poradzę Rashie? Gówno warty sprzęt to i czar krótko trzyma. Poprosiłem cię, byś kupił komponenty to poleciałeś po kosztach. Dobrze wiesz, że te dżinny spod Wileńskiego chrzczą smoczą krew i sypią szkło do diamentowego pyłu. Nie mogłeś kupić tego u tej miłej demonicy z Ursynowa? – uśmiechnął się na myśl o wyciągnięciu gdzieś sukkuba wieczorem. W oczach demona zamigotał żar perskiego słońca.
   -Mówiłem, nie mów do mnie Rashie! – w głosie zawibrowała groźba. – Poza tym miałem mało srebra i byłem niedaleko.
   -Ważne, że wszystko się dobrze skończyło. – wampir poklepał przyjaciela po ramieniu i ruszył przed siebie. – Chodź, mamy tu robotę.
   -Cornelius! Kornel! – wydarł się Rash’da. Wampir odwrócił się z uśmiechem.
   -Prosiłem, nie mów mi per Kornel. Co tam znowu? – zapytał. Demon wskazał ogonem karabin oparty o wiatę przystanku. Gdyby krwiopijca wyszedł poza zasięg czasu iluzji, wszyscy zobaczyliby, do czego naprawdę służy czarny parasol. Cornelius wyszczerzył się przepraszająco, złapał broń i ruszył w stronę ciemnej, praskiej bramy. Przyjaciel powoli ruszył za nim.

   -Co tu mamy? – Rash’da rozejrzał się. Otaczało ich obskurne, praskie podwórko pośrodku sutereny. Jedynym źródłem światła była migająca co chwila stara latarnia pod którą aż gęsto było od gołębiego gówna. Demon skrzywił się, jednak Cornelius nie zwracał uwagi na otoczenie. Oddychał płytko, poruszał się powoli i zaskakująco cicho jak na kogoś w starych, wojskowych butach. Czego jednak oczekiwać od kogoś, kto był weteranem dwóch wojen światowych i Wietnamu. Ot, przyzwyczajenia.
   -Chimerę. – wampir odpowiedział szeptem cichszym od wiatru. Perski demon natychmiast przestał się ruszać i obrzucił dachy nerwowym spojrzeniem. Chimery były jednymi z najrzadziej spotykanych a jednocześnie najbardziej niebezpiecznych stworzeń, jakie włóczyły się po mieście. One i im podobne stwory odpowiadały zwykle za większość morderstw, winą za które obarczano anonimowych psychopatów których policja usilnie udawała, że próbuje złapać. Dlatego właśnie powołano ich. Jedni mówili na nich Rycerze Zmierzchu, inni woleli nazwę Straż Nocna, jeszcze inni, zwłaszcza świrnięci druidzcy ekolodzy wołali na nich hycle i mordercy. Krótko mówiąc, dbali o spokojne życie nieświadomych ich obecności ani działań ludzi w mieście.
   Ciągle niewidzialni, omiatali lufami dachy i wejścia do piwnic okalających podwórze gdy nagle drzwi jednej z klatek schodowych otworzyły się i przeraźliwie głośno wytoczyła się z nich trójka rodowitych prażan, oczywiście w stanie bliższym Nirwanie niż trzeźwości. Dwie lufy natychmiast zwróciły się ku dresikom. Cornelius zaklął. Demon za to zachichotał. Jego towarzysz, jak na wampira bardzo przejmował się losem ludzi. Nawet tego najgorszego sortu, jaki właśnie przed nimi stał. On za to uznał pojawienie się bandy za dobry znak. Może nie będą musieli szukać bestii. Ona znajdzie ich.
   Nie pomylił się. Nie minęła chwila a przez przekleństwa chłopaków w ortalionie przebił się głośny ryk. Czar roztoczony przez Corneliusa sprawił, że ludzie usłyszeli tylko głośny grzmot, ale i tak to wystarczyło. Młodzieńcy wrzasnęli jednym głosem i rzucili się w kierunku rozwartych ust bramy. Prawie wszystkim się udało. Jednak prawie to za mało, by móc z dumą pokazać szefowi udany raport z interwencji. Gry chimera skoczyła, natychmiast gwizdnęły za nią krótkie serie posrebrzanych kul z automatu Rashiego. Głuche łupnięcia strzelby dawały do zrozumienia, że wampir też nie próżnuje. Kanonada grzmotów i błysk piorunów sprawiły, że dresiarze zaczęli uciekać jeszcze szybciej. Za wolno...
   Bestia była szybka jak wiatr i nic sobie nie robiąc z kul świszczących jej za skorpionim ogonem w uderzenie serca znalazła się przed ostatnim z trójki huliganów. Prawy, wężowy łeb natychmiast owinął się wokół wrzeszczącego chłopaka a środkowy, lwi natychmiast przegryzł mu gardło. Trysnęła gorąca czerwień. Krzyk urwał się bulgotliwie. Rash’da wyczuł bardziej niż zobaczył jak Cornelius opuszcza broń odrobinę i przełyka z trudem ślinę. Trzeba było to szybko zakończyć. Chimera podrzuciła bezwładne ciało i uderzeniem rogatego koźlego łba posłała je na ścianę budynku. Wszystko trwało może dwie sekundy. Zwykle tyle wystarczało, by srebrne kule posiekały każde stworzenie na tatar, lecz ta bestia jakby nic sobie nie robiła z uderzeń pocisków o niebieskawą skórę. Chimera ruszyła w stronę nieruchomego ciała, ale w tym momencie karabin demona zaklikał iglicą. Pusto. Rash’da odruchowo szarpnął magazynek wyrzucając go na ziemię i wyciągnął z ładownicy na pasie drugi, błyskawicznie wsunął go do broni i przeładował. Jednak gwałtowny ruch przykuł uwagę potwora. Chimera skoczyła, lecz lwie szczęki nie sięgnęły gardła demona. Strzał z shotguna prosto w pysk może i nie zrobił jej krzywdy, ale z pewnością osadził w miejscu. I nieco oszołomił. Trójgłowe cielsko grzmotnęło o ziemię. Wampir odrzucił pustą strzelbę i wyciągnął spod płaszcza srebrzone wakizashi. Podszedł do bestii powoli wstającej z ziemi i zdecydowanym ruchem wbił ostrze pomiędzy żebra, gdzie znajdowało się wielkie niczym wiadro serce chimery. Błysnęło, gdy klinga oparła się o niebieskawą skórę, wygięła w pałąk i rozprysła na setkę srebrzystych iskier. Wampir odskoczył zasłaniając oczy ramieniem. Ktoś podrasował tę bestyjkę potężną magią. Kto i po co, nie wiedział. Wiedział za to, że czeka go sporo bólu. 
   -Zajmij sukę! – wrzasnął i rzucił się po strzelbę. Demon tylko kiwnął głową. Skierował lufę w ziemię i zaczął wzniecać kurzawę wokół bestii, jednocześnie bombardując ją dachówkami za pomocą telekinezy. Zadziałało, oślepiona chimera odwróciła się warcząc. Walczyła z dwoma, skąd nagle ataki ze wszystkich stron?
   Iglica automatu zaklikała niepokojąco. Demon zaklął i odrzucił bezużyteczną broń.
   -To tyle Kornel, więcej magów nie mam! – wrzasnął dalej bombardując potwora dachówkami.
   -Trzy... Trzymaj... – wyjęczał wampir w odpowiedzi, klęcząc i rzucił mu strzelbę. Dłonie mu dymiły. – Wal w łby!
   Perskiemu duchowi pustyni nie trzeba było dwa razy powtarzać. Złapał shotguna i po kolei strzelił w wyszczerzone pyski, gdy potwór w końcu zrozumiał, co się święci. Głowy po kolei odskoczyły uderzone pociskami, trysnęła czarna posoka. Chimera zwaliła się na bok, martwa. Rash’da doskoczył do towarzysza. Ręce mu dymiły, pokrywał je czarny strup. Wampir uśmiechął się smutno.
   -Święcone naboje. Powinienem mieć rękawiczki. – skrzywił się. -Wykuruję się. – dodał uspokajająco i wyjął z kieszeni opatrunek z rysunkiem pentagramu. – Ktoś ją zaczarował. Jeszcze nie widziałem takiej twardej suczy! – splunął. – Trzeba jeszcze machnąć raport... – westchnął.
   -Najpierw trzeba się pozbyć tego zewłoka – popatrzył na cielsko. – A z tym chłopaczkiem niech się już śmiertelnicy głowią. – wskazał na poszarpane ciało pod ścianą.
   -Znów chcesz oddać ścierwo do zakładu mięsnego? – wymamrotał przez zęby Cornelius, zakładając niezgrabnie opatrunki. – Ostatnio jak iluzja się wyczerpała i ludzie zobaczyli, że jedzą zielone mięcho, była nielicha afera.
   -Należało im się, iluzja miała miesiąc działania. Kto trzyma mięso miesiąc? – skrzywił się demon. – No nic, znajdę jakąś lepszą hurtownie. Może tym razem sprzedajmy ją na kebaby? – wyszczerzył się i pomógł wampirowi wstać. Narzucił na ramię oba karabiny i wskazał bramę.
   -No, nic tu po nas, nią się zajmie ekipa. Zaraz do nich zadzwonię. – spojrzał na obandażowane dłonie wampira. – A w pisaniu raportu cię wyręczę, Kornel.  – dodał wspaniałomyślnie.
   -Nie mów do mnie Kornel... – warknął wampir ale zaraz uśmiechnął się. – Kolejna nudna noc. Masz ochotę na piwo?
   -Zawsze. Za stary się na to robię... – wyszczerzył się Rash’da. – Ale nie widzę siebie w innej robocie. – dodał.
   -Ani ja stary, ani ja... – stęknął wampir i rozejrzał się. – O, tam jest otwarta knajpa.
Zniknęli w ciepłym wnętrzu, zawczasu odświeżając iluzję.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 15, 2010, 10:06:16 pm wysłana przez Xiądz »
"I am the instrument of God, messenger of the divine punishment of heaven!"
Alexander Anderson

Offline Damrok

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 1
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #7 dnia: Wrzesień 16, 2010, 05:32:12 am »


Wstawał kolejny leniwy poranek w warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii. Pacjenci budzili się, zakładali szlafroki i leniwie kierowali w stronę stołówki, gdzie zjedzą śniadanie. Po raz kolejny będą mogli rozsmarować chudy twaróg na chlebie grubości opłatka. Ci, którzy mogą dostać w rękę nóż.
Pani ordynator przechadzała się korytarzami oddziału otwartego, jak zawsze perfekcyjnie uczesana i uprasowana. Skryta za przeźroczystym murem okularów piękność mogłaby być obiektem westchnień wszystkich lekarzy na oddziale, a i zapewne męskiej połowy chorych. Mogłaby, gdyby nie była zimna jak syberyjski poranek, a atmosfera szpitala choć trochę przypominała tę znaną z seriali, gdzie chorzy zawsze są dobrze odżywieni, lekarze szczęśliwi a problemy z NFZ to tylko mgliste tło perypetii sercowych.
-Co mamy na dzisiaj? - spytała młodszą psycholog, alternatywnie ubraną dziewczynę pod koniec studiów, która postanowiła realizować się w szpitalu. To spokojna praca, która daje wiele satysfakcji. Dziewczę, której imienia pani Ordynator Aleksandra Drawska ciągle nie zapamiętała, podsunęło rozpisany grafik
-Po południu zabieram grupę do muzeum Powstania Warszawskiego, przedtem muzykoterapia, teraz grupa ma zajęcia integracyjne, a Pani ma kwalifikację pacjentki.
-Coś o niej wiesz? - usiadły przy chybotliwym stoliku pijąc lurowatą kawę z automatu. Mimo, że wyraźnie starsza to upięta starannie w kok i schludnie ubrana pani ordynator prezentowała się znacznie lepiej niż kolorowa jak po eksplozji ciuchlandu praktykantka.
- Przeprowadziłam standardowy wywiad. - zaczęła dziewczyna (Alicja... prawie na pewno Alicja) i ugryzła pączka – Wychowywała się bez ojca, matka bez nałogów. Bez chorób w psychicznych wśród znanej rodziny, podatna na choroby somatyczne.
-Znanej rodziny?
-Ojciec nieznany całkowicie, matka nie chce o nim mówić, twierdzi, że stracili kontakt.
-Nie ma powodu jej nie wierzyć. W czym problem?
-Halucynacje, huśtawka nastroju, w końcu agresja w stosunku do siebie jak i do otoczenia.
-Poważna sprawa. Jakie halucynacje?
-Widzi dookoła siebie elfy, krasnoludy, wilkołaki i inne stworzenia z bajek – odpowiedziała smutno terapeutka – Rzuciła się na swoją koleżankę wrzeszcząc, że jej obetnie uszy, gdy ta się do niej krzywo uśmiechnęła. Tnie się, mówi, że chce widzieć swoją krew, że jest czerwona, ludzka.
Pani ordynator nie słuchała tylko w skupieniu dokańczała pączka. Poprawiła niesforny kosmyk, który jakimś cudem uciekł z misternie upiętej fryzury.

Dziewczyna z halucynacjami nazywała się Karolina i miała ładną, delikatnie pucołowatą buzię młodego aniołka. Uśmiechnęła się przyjaźnie do lekarki. Liceum, może późne gimnazjum.
-Cieszę się, że tu jesteś. Porozmawiajmy chwilę – rzuciła przyzwyczajona do wydawania poleceń lekarka – Aleksandra Drawska, miło mi cię poznać
- Karolina Domanik. Bardzo się cieszę, że chce pani ze mną porozmawiać.
-Moja koleżanka już przeprowadziła z tobą wywiad wstępny. Powiedz mi proszę, od kiedy uważasz, że elfy i wilkołaki istnieją?
-Po raz pierwszy widziałam krasnoludka – lekarka pokiwała głową i bez cienia uśmiechu zanotowała coś – jak miałam trzynaście lat. Był malutki, mieścił się mi w dłoniach. Miał na imię Djralfi i chciał mi wykuć naszyjnik.
-Coś więcej? Wykuł ten naszyjnik?
-Nie zgodziłam się. Mama nie uwierzyłaby mi skąd go mam i na pewno by mi natarła uszu.
-Zrozumiałe. Mała dziewczynka nie powinna przyjmować prezentów od obcych, zwłaszcza od nieznanych karłów – uśmiechnęła się lekarka
-Cieszę się, że pani rozumie. Tak samo elfy. Okazało się, że wielu ludzi, których spotykam, to nie do końca ludzie. Pośród bezdomnych kotów jest skrzydlaty opiekun, który je karmi i dba, by nie umarły z głodu.
-Czy okazuje się czasem, że biznesmen idący ulicą ma łuskę na skórze?
-Tak! - ucieszyła się Karolina – Skąd pani wie?
-Lekarska intuicja.
-Jestem podobna do jakiegoś wcześniejszego przypadku?
-A jak myślisz?
-Myślę... - dziewczyna zawahała się – że ja mam rację.
-A dlaczego tak myślisz?
Dziewczyna chwilę patrzyła w przestrzeń podczas gdy pani ordynator chwilę mazała w swoim notesie.
-Po prostu tak myślę. Myślę, że ludzie żyją jak mrówki w mrowisku i nie widzą świata poza swoimi małymi sprawami, które przecież nic nie znaczą.
-Sprawy ludzi nic nie znaczą?
-Co takiego się stanie, jeśli ktoś nie przyjdzie do pracy? Może tę pracę stracić. Przez to straci pieniądze i nie zrealizuje marzeń. Ale przecież to oznacza, że jego marzenia można kupić. A skoro można je kupić, z pewnością istnieje ktoś, kto może je sprzedać.
-Co w tym strasznego? – dopytywała się lekarka
-Skoro można marzenia kupić i sprzedać, oznacza, że ludzie mają takie same marzenia. Wszyscy są tacy sami. To oznacza, że są ludzie, którzy kupią cudze marzenia, bo wstydzą się własnych. Śnią takie same sny w takich samych łóżkach z Ikei. Jak widzą na ulicy karła z garncem złota, nie pobiegną za nim, bo przecież karły z garncami złota nie istnieją.
-Rozumiem. Mów dalej - podjęła temat lekarka i poprawiła pancerz okularów, które zalśniły jak para sztyletów
- Istnieją małe smoki, które światło powołuje do życia by spały na liściach jesiennych drzew, barwiąc je swymi skrzydłami. Istnieją elfy, świetlane i mroczne, nawet pośród ludzi. Elfy świetlane to na przykład te śliczne dziewczyny, które poświęcają kilka godzin w tygodniu na wolontariat w domu małego dziecka. One śnią o dobru, o szczęściu. Nie o samochodach czy bogactwie. Mają marzenia, dla których warto żyć, a nie takie po których kupieniu pozostanie pustka, którą zapełni reklama kolejnych marzeń.
-Opowiadasz mi o pięknym świecie. Dlaczego się cięłaś?
-Nikt mi nie wierzył. Nie widzieli, że chłopak z dredami, który działa w greenpeace to naprawdę jest elf, który chroni naturę bo taka jego rola. Bo marzy o takim świecie. Nie widzieli jak maleńkie skrzaty, które jak kwiaty żywią się pięknem marzeń, karłowacieją i zamieniają się w trolle. Jak powoli coraz młodsze dzieci hodują pod poduszką nie wróżkę, a potworka snów.
-A czemu wobec tego...
-To była elfka. - przerwała dziewczyna- Ale nie świetlana. Nie znałam jej. Śmiała się ze mnie. Wiedziała, że ja widzę, że ona jest kimś innym. Ja naprawdę – ukryła twarz w dłoniach – Ja nie chciałam nic złego... To było jak nagły atak...
Ordynator zdjęła okulary. Bez nich wyglądała znacznie młodziej. Coś jednak tkwiło w jej rysach, coś obcego. Smukłymi dłońmi sięgnęła do misternie upiętego spinką koka, by rozpleść blond włosy, które nagle okazały się długie do pasa, falowane i połyskujące czystym złotem. Uśmiechnęła się, oświetlając wnętrze jak promienie porannego słońca.
-O Boże... - Karolina jęknęła – Pani także...
Aleksandra  Drawska jaśniała w ponurym wnętrzu szpitala jak klejnot na czarnej aksamitce
-Nie tylko ja, moje dziecko – odezwała się głosem znacznie głębszym niż do tej pory. Zawierał w sobie ciche echo, jakby dochodził spoza niej. - dotknij swoich uszu...
Karolina, drżącymi rękoma wykonała jej prośbę.

-Jest pani pewna, że nic się nie stało? - kolorowa terapeutkaa podała pani Ordynator kubek gorącej, aromatycznej herbaty, której sama przed chwilą zaparzyła. Mimo zepsutej fryzury i wypieków na twarzy ordynator ani przez chwilę nie przestała przypominać zimnej gwiazdy polarnej. Miała chwilową słabość, która nie wpływa na jej marmurowy spokój. Aleksandra Drawska, zawsze chłodna i profesjonalna
-Jesteś wspaniała, Alicjo. Nic mi nie jest, na studiach trenowałam judo.
-Dlaczego ona panią zaatakowała? Dobry Boże, po co pani w biurze nóż do listów?
-Głupia jestem i nieprofesjonalna, że zamknęłam się w jednym pokoju z nożem i dziewczyną z napadami agresji. Mam nauczkę na przyszłość by otwierać przesyłki paznokciami – spojrzała na swoje blade, smukłe dłonie. Alicja nie kryła podziwu dla ordynator. Przed chwilą zaatakowała ją wściekła wariatka, a ta nawet się nie zdenerwowała.

Odmieńcy. Potomstwo ludzi i Innych, czasami ludzkie dzieci wychowywane przez Innych bądź dzieci Innych podrzucone ludziom. Doktor Drawska patrzyła na budynek oddziału zamkniętego z narastającym smutkiem. Karolina nie wytrzymała tej informacji i naprawdę oszalała. Odmieńcy, dawniej bohaterowie, mędrcy i dzielni wojownicy, teraz świry z halucynacjami, zamykane w szpitalach psychiatrycznych, faszerowani lekami do nieprzytomności i pozostawieni sami sobie. Nikt już nie marzy o byciu bohaterem. Teraz dzieci chcą być celebrytą. Nikt nawet nie liczy, że zobaczy smoka. Nikt nie chce być czarodziejem. Aleksandra Drawska, Sidhe, arystokratka elficka najczystszej krwi, zdjęła okulary i rozpuściła włosy by choć na sekundę być sobą. Piękna i zimna jak zorza polarna.
Bękart. Karolina to bękart za którego koncerny farmaceutyczne zapłaciłyby miliony. Inni to tajemnica, ścigani jak najgorsze zwierzęta, spędzani do obozów by żyli jak bydło, rozmnażali się a potem szli na rzeź. Krew, organy, limfa, składniki. Kremy na zmarszczki. Lepszy botoks. Lek na raka i stwardnienie rozsiane. Kamień filozoficzny. Wieczna młodość.
A te dzieci mogłyby wskazać kto jest Innym.
Aleksadra Drawska, Sidhe, ordynator szpitala psychiatrycznego zapłakała nad losem Karoliny i nad swoim własnym.
Pozwoliła wilgoci z palców skapnąć do doniczki z paprocią. Łzy Sidhe. Niegdyś lekarstwo wszystkie choroby, eliksir młodości dla tych, którzy zasłużą i którzy są godni. Dzisiaj nawóz dla kwiatów. 

Offline annaszura

  • Piotruś Pan
  • *
  • Wiadomości: 21
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
    • Profil na facebook'u
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #8 dnia: Wrzesień 18, 2010, 07:38:57 pm »
"Kopuła"
Kopuła była ogromna i trzymała się tylko dzięki  stalowej konstrukcji. Przykrywała szczelnie całą dolinę, która powstała po ostatnim wielkim wybuchu.  Podobno sięgała kilka kilometrów w głąb ziemi  i miała zabezpieczać ludzi przed najazdami obcych, ale to było dawniej. Obecnie nikt nie miał do niej dostępu.  Tylko Wielki Inżynier codziennie sprawdzał systemy chroniące kopułę. Kopuła miała już swoje lata, tak jak i wszystko co się w niej znajdowało. Za wyjątkiem ludzi,  ci byli coraz młodsi.
  Nie to było jednak najgorsze. To co ją drażniło co dnia, to ten okropny, przeciągły zgrzyt  dochodzący aż do podświadomości. Emi, jak co ranka, obudziła się spocona i zła. Znów czuła świdrowanie w uszach. Na podajniku już czekała poranna porcja odżywki, którą dziewczyna spożyła szybko łykając by nie czuć metalicznego posmaku puszki.
Wszystko w mieszkaniu Emi było albo z metalu albo co gorsza z brunatnego szkła. Nie błyszczało się już od miesięcy tylko sypało się ze starości i rudziało. Jeszcze trochę i rozsypie się zupełnie, a wtedy będzie można napisać podanie o nowe wyposażenie.  O ile w magazynach jest jeszcze coś co może uchodzić za nowe. Ojciec mówił, że nie ma już nic nowego, ale to było kilka miesięcy wcześniej. Od tego czasu go nie widziała i nie wiedziała co się z nim stało. Miał się udać na północ do ostatniego rezerwatu pod kopułą. Ale równie dobrze mógł jej tak powiedzieć  tylko po to żeby zmylić Urzędników.
Dziś był ten dzień. Miała pójść do rozmównicy i dowiedzieć się prawdy.  Jednak nie była pewna czy chce ją znać. Ale jeszcze bardziej bała się, że nigdy nie dowie się gdzie jest ojciec.
Założyła  spodnie, które nosił nie jeden Obywatel i starą kurtkę pamiętającą jeszcze młodość babci Emilii. Wyszła nie zamykając drzwi i szybko zbiegła po szklanych schodach.  Wyszła z budynku mając nadzieję, że zobaczy choć promyk słońca.  Niestety kopuły nie czyszczono już od dawna.  Jedyne na co mogła liczyć to matowa poświata unosząca się wszędzie wokoło.  Z resztą może to nie była poświata tylko wszechobecny rdzawy pył, który powstawał z  osypujących  się budynków.  Przez całą drogę towarzyszył jej szum i zgrzyty.  Tu nigdy nie było ciszy, wszystko było w ciągłym ruchu. Mijała stare budynki, mając nadzieję, że nikt nie zauważy jej dzisiejszej wycieczki. Jej znajomi, a niewielu ich było, wiedzieli, że lubi wędrować po zakamarkach miasta pod kopułą i odkrywać nowe miejsca, których zdawać by się mogło nikt nigdy nie widział. Jakimś dziwnym sposobem nikt jej nie mijał, jakby miasto opustoszało.
Już z daleka dostrzegła postać  wysokiego mężczyzny.  Nim zobaczyła jego twarz musiała się jednak całkiem do niego zbliżyć. Niemal z bliska stwierdziła, że to nie jest Ojciec.  Młody mężczyzna odwrócił się w jej stronę i milczał. Emi straciła nadzieję, że dowie się czegoś o miejscu pobytu Ojca.
- Szukasz Fineasza? – odezwał się nieznajomy przechylając głowę na bok – Tu go nie znajdziesz.
Emi zaniemówiła ale tylko na chwilę – Skąd wiesz? Gdzie on jest? Widziałeś  go? – W jej głowie kłębiły się myśli jeszcze bardziej nieskładne od wypowiedzianych. Kim był ten człowiek i skąd znał imię jej Ojca. Emi zrobiła się czujna. To mogła być pułapka.
- Przejdźmy się a wszystkiego się dowiesz – odpowiedział rozbawiony z sobie tylko znanego powodu .
Ruszyli mijając puste rozmównice. Obywatele unikali takich miejsc. Źle się kojarzyły. Tu  swoje źródło miało zło, które dotarło prawie do wszystkich zakamarków, ale którego nikt dokładniej nie potrafił określić. Krążyły co prawda różne grypsy, ale większość lojalnych Obywateli niszczyła je by nie zostać oskarżona o sabotaż. 
Szli już dobry kwadrans w milczeniu. Droga była Emi nieznana, choć była przekonana, że zna wszystkie miejsca pod kopułą. Nieznajomy prowadził ją najpierw przez park metalowych grzybów, które oczyszczały powietrze w oszałamiającym tempie, a mimo to nie potrafiły usunąć panującej pod kopułą wilgoci. To był główny powód powstawania dużych ilości rdzawego pyłu. Korozja niszczyła sukcesywnie wszystko, jeszcze nie ogarnęła kapeluszy grzybów ale już się za nie zabierała od spodu. Filtry powietrza pracowały dosyć cicho i było tu przyjemnie gdyby nie tłumy dzieciaków biegających i wspinających się po zużytych filtrach opartych o siebie niczym piramidy.
Dziewczyna szła teraz z tyłu gdyż ścieżka, którą prowadził ją nieznajomy nie była wystarczająco szeroka dla dwóch osób.  Idąc tak Emi zwróciła uwagę na metalowy przedmiot wystający jednym końcem spod czarnego płaszcza jej przewodnika. Nie mógł to być pręt bo wisiał na ramieniu, ale nie mogła to też być żadna broń, gdyż miałaby większy przekrój. Dlaczego więc niósł to pod płaszczem zastanawiała się Emi nie pytając również kiedy wreszcie dowie się czegoś konkretnego. Wiedziała, że co ma być powiedziane kiedyś zostanie wypowiedziane i nie ma znaczenia kiedy to nastąpi. Wszystko ma swój czas i koniec, myśląc o tym szła dalej w milczeniu.
Minęli już wielkie podpory podtrzymujące konstrukcję kopuły.  Znaleźli się tuż przy skraju stromej skarpy, gdzie nie było żadnej drogi jak tylko w przepaść.
Emi stanęła na skraju ziemi i obserwowała  niezwykłą gwiazdę. Żaden z obrazów jakie widziała w Niczyjej Galerii nie mógł równać się z tym widokiem. Na starych obrazach słońce było blado-żółte , niby płaskie i pospolite. To tutaj było rzeczywiste, tak bardzo, że miała wrażenie jakby się do niej zbliżało i górowało nad nią.   
 Ale to nie słońce się przybliżało. Już od jakiegoś czasu  Emi czuła dziwny ruch. Jakby coś się o nią ocierało. Spojrzała w dól i nie mogła uwierzyć . Już od dobrej chwili przemieszczali się w jakimś ciągu powietrza. Unosiła się zaledwie kilka milimetrów nad ziemią. Zsuwała się w dół nieznacznie tylko dotykając podłoża podeszwami starych butów.  Po dotarciu do podnóża urwiska nadal się przemieszczali. Emi spojrzała na swojego towarzysza a on skinął nieznacznie głową patrząc jej w oczy. Zrozumiała, że on nie pierwszy raz przebywa tą drogę. Poczuła się bezpiecznie. Chciała usiąść, ale on złapał ją za łokieć i podtrzymał.
To jedyna rzecz,  której nie możemy robić w korytarzu – powiedział spokojnie – ale jeśli chcesz możemy iść, będziemy na miejscu szybciej. Może i doszli szybciej, ale i tak trwało to długo, zbyt długo dla niecierpliwej Emi. Po drodze zdążyła zadać swojemu towarzyszowi milion pytań, niestety tylko w myślach. Ostatecznie odważyła się tylko zapytać go o imię.
Oko – odparł krótko i przyspieszył kroku, który dla drobnej dziewczyny i tak był szybki. - Musimy się śpieszyć – dodał jeszcze – korytarz wkrótce zaniknie, a wtedy nasz chwilowa umiejętność chodzenia stanie się mirażem.
Zdziwiona Emi zapytała przyspieszając kroku – Jak to zniknie? Czytałam kiedyś o korytarzach. Mogą istnieć wiele godzin.
Ten jest wyjątkowy. Trwa zaledwie godzinę przed i po zachodzie słońca. Zostało nam zaledwie kilka minut. -  Wyjaśnił jej Oko nie zwalniając marszu ani na sekundę.
Rozumiem. - odparła Emi i pobiegła przodem.
Przed sobą widziała cały czas zieloną wyspę ogromną niczym potężny żółw. Zdawała się rosnąć i rosnąć w miarę jak się do niej zbliżali. Z bliska okazało się, że to kopuła, taka jak ta w której egzystowała Emi.
Początkowo Emi przestraszyła się. Nie chciała znów znaleźć się pod kopułą, gdzie nie czuć podmuchów wiatru, nie można się przejść po trawie pokrytej rosą. Perspektywa utraty tych magicznych doznań odpychała ją, jednocześnie pragnienie spotkania ojca pchało ją naprzód. Postanowiła nie wahać się dłużej tym bardziej, że jej towarzysz nie oglądając się za siebie oddalił się od niej o spory kawałek drogi. Emi pobiegła za nim, ale nim zdążyła do niego dobiec korytarz zaczął zanikać i dziewczyna wpadła do morza. Ostatnie co zdążyła dostrzec to Oko oglądający się za siebie z brzegu morza. Morze otwarło się by ją pochłonąć i szybko się zamknęło. Emi próbowała machać rękami i nogami jak ja uczył ojciec, ale nie mogła. Woda była zbyt gęsta by mogła wykonać jakiś szybszy ruch. Na szczęście morzę jak szybko ją pochłonęło tak i szybko wypluło. Emi dojrzała linę którą rzucił jej towarzysz i uczepiła się jej jak mogła najmocniej. Tymczasem Oko mozolnie i z wielkim trudem ciągnął ją do brzegu. Trwało to dość długo, ale w końcu się udało. Dziewczyna była cała i zdrowa i oblepiona jakąś dziwną substancją. Lepką i słodkawą, co stwierdziła oblizując wyschnięte usta.
Co to jest? Myślałam, że morze jest wodą. - spojrzała zdziwiona na na niego.
Wzruszył ramionami – Mówiłem ci, że poruszamy się korytarzem. Czego się spodziewałaś?
Przecież korytarze buduje się na wodzie.
Tak ale nie z samej wody. Choć dawniej próbowano budować tylko z wody, okazało się, że są zbyt niestabilne.
A ten?
Ten? Jak zwykle ktoś czegoś nie dodał i uległ rozkładowi nieco wcześniej.
Emi miała mętlik w głowie, w dodatku zaczęło jej być dopiero teraz mokro i zimno. Usiadła na ziemi i próbowała to sobie jakoś ułożyć w głowie, ale z głodu nie mogła logicznie myśleć. Na dodatek, odgłos burczenia jej żołądka doszedł do uszu Oka i ten bez słowa podsunął jej puszkę z prowiantem. Wzięła zawstydzona, jakby ją ktoś przyłapał na chwili słabości. A to tylko fizjologia dała o sobie znać w subtelny sposób. Zjadła w milczeniu i oglądnęła się za Okiem. Nie było go. Tylko w miejscu gdzie ostatnio siedział widniało zagłębienie i leżał jakiś niewielki pakunek. Emi podeszła zaciekawiona i podniosła go. Po rozwinięciu doszła do wniosku, że to dla niej. Pasował jak ulał. Dopiero teraz przyszło jej do głowy, że może nie jest sama i powinna była się przebrać gdzieś na uboczu.
Świetnie ci w tym kombinezonie. - powiedział Oko, nie wiadomo kiedy przybyły.
Czy ty...? - bała się dokończyć Emi.
Byłem na zboczu. - wskazał wysoką górę, za lasem okalającym plażę. - Chyba jeszcze się nie zorientowali, że opuściłaś kopułę. W każdym razie nic na to nie wskazuje.
Ruszyli w głąb wyspy. Była zarośnięta, ale liczne ścieżki wydeptane prawdopodobnie przez tubylców wskazywały na liczną populację. Jednak nikogo nie udało im się zobaczyć. Wdrapali się na skałę, z której Oko obserwował kopułę, z której przybyli. Panowała pod nią mdława poświata. Znak, że jeszcze nie wyłączono oświetlenia.
Życie to nie bajka

Offline jasiol

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 1
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #9 dnia: Wrzesień 19, 2010, 09:22:43 am »
Psie szczęście

Za oknem padał deszcz. Ochota na cokolwiek poza oglądaniem smętnych programów w telewizji opuściła mnie mniej więcej godzinę temu.
„Gdzie moi przyjaciele?” Pomyślałem z wyrzutem, zdając sobie sprawę z tego, że nikt nie zadzwonił, żeby chociażby obejrzeć ze mną jakiś głupi film. Im dłużej jednak siedziałem na tej przeklętej kanapie w przeklętym pustym M-1 tym bardziej marzyłem o wyjściu na świeże powietrze. W końcu założyłem bluzę z kapturem i z myślą wcielenia się w poszukiwacza przygód ruszyłem do windy i na wycieczkę po osiedlowych uliczkach. Zdawałem sobie podświadomie sprawę, że pewnie jak zwykle przygoda zakończy się zimnym piwem na ławce w parku po niewinnym, skazanym na porażkę flircie z panią za ladą pobliskiego sklepu. I tak idąc po nitce do kłębka po pół godzinnym samotnym spacerze z ulgą usiadłem na mokrej od siąpiącego deszczu ławce.
„Co jest ze mną nie tak? Czemu jestem sam? Czemu w końcu nie uwierzę w siebie i chociażby nie spytam się jej co robi gdy skończy pracę.” Głodnemu chleb na myśli. „Ehhhhh.” Nie zauważywszy nawet kiedy zawartość chłodnej zielonej butelki miło płynęła w żyłach powodując ogólne odprężenie.
„Czas wracać” pomyślałem, gdy nagle usłyszałem szorstki głos:
- Zaczekaj.
Instynktownie obróciłem się do tyłu, jednak ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie ujrzałem nikogo.
- Czy zdajesz sobie sprawę , że jesteś tutaj co drugi dzień - głos zabrzmiał ponownie.
Ze strachem zdawałem sobie sprawę, że to nie omamy. Spojrzałem w dół i zobaczyłem psa,  który z nieukrywanym uśmiechem spoglądał mi głęboko w oczy, po czym kłapiąc powoli pyskiem powiedział:
- Nie gap się tak, bo aż mi głupio
„Co jest?” moje myśli ganiały w kółko, a język ugrzązł w gardle. „To nie jest możliwe”- pomyślałem. „Oszalałem”.
- Nie oszalałeś, to się dzieje naprawdę
Pies szybko rozwiał moje obawy, jakby czytając w myślach.
- Powiesz coś, czy mam cię ugryźć na otrzeźwienie ? – zagroził żartem.
Po krótkiej chwili doszło do mnie, że koło mnie siedział amstaff o sporej budowie ciała i zabawnym brązowo-białym ubarwieniu. Chcąc nie chcąc wyglądał bardziej sympatycznie niż groźnie, ze swoimi oklapniętymi, nieobciętymi uszami.
- Cześć – odezwał się ponownie, a mnie nie pozostawało nic innego. Nieważne jak irracjonalne to nie było.
- Cześć – wydusiłem z siebie.
- No w końcu – podsumował z dosłownie ujmującym uśmiechem pyska. – Już myślałem, że będę musiał biec po pomoc i znowu ktoś mnie zbeszta. Tu jest tak niebezpiecznie
„Co ten pies gada? Niebezpiecznie – to cholerny amstaff. To on wzbudza strach.”
- Miło spotkać w końcu kogoś, kto na mój widok nie próbuje uciekać lub rzucić czymkolwiek w zasięgu ręki. Powiesz jeszcze coś oprócz „Cześć” ? – skarcił mnie.
„To nie może się dziać naprawdę.” Pomyślałem, zdając sobie powoli sprawę, że nie zmieniłem pozycji ciała od kilku dobrych chwil.
- To dzieje się naprawdę –  pies odpowiedział bez wahania jakby znów czytał w moich myślach.
- Mam na imię Hektor. A ty ? – spytał się amstaff.
- Robert. – odpowiedziałem.
- Miło mi cię poznać.- dodał Hektor z nieukrywanym uśmiechem.
- To przecież nie jest możliwe, żebym rozmawiał z psem. O co tu chodzi ? To jakiś kawał ?
- Nie. Obserwuję cię od pewnego czasu. Boję się ludzi tak samo jak ludzie boją się mnie, ale nie mogę już tak dłużej. Pies może wybrać jednego człowieka w swoim życiu, który będzie rozumiał co się do niego mówi. I na odwrót. Możemy się stąd ruszyć? Trochę zmokłem. – wytłumaczył jak gdyby nigdy nic machając ze szczęscia spiczasto zakończonym ogonem, po czym okrążył mnie obwąchując moje nogawki.
- Ok. Chodźmy – zaproponowałem.
- Może w końcu przestanę się śmiertelnie nudzić w towarzystwie tych drzew
- Dlaczego ja ? – spytałem bez ogródek.
- Nie wiem. Podobno mamy taki instynkt. Ja mam nadzieję, ze mój mnie nie zawodzi. To moja jedyna szansa na normalne życie. Według waszego czasu mam już 3 lata.
- A według twojego?
- Jeżeli się nie mylę to około 21 lat, jestem w sile wieku. - po czym dumnie podkreślił to głośnym warknięciem.
- Zabawny jesteś.
- Dziękuję. Pewnie jeszcze z godzinę temu nie sądziłeś, ze będziesz to mówił przygodnie napotkanemu psu. – zaśmiał się szczerze.
- Bez dwóch zdań. – odparłem – Co ja mam z tobą teraz zrobić ?
- Przygarnij mnie. Nie sikam w domu.
- Nie jesteś aby zbyt inteligentny jak na psa ?
- Chcesz mnie obrazić ? – zmarszczył ciemny jak węgiel nos.
-  Dziwię się po prostu. Mam prawo. Nagle chce mi się wprosić do domu pies, który gada ze mną jak z najlepszym kumplem. A ja mam u siebie taki burdel, jak rzadko.
- A co ja jestem, jakaś laleczka ? Wystarczy mi jakaś wycieraczka pod drzwiami, może potem pomyślimy o kojcu, jak będziesz miał litość –
„Skubany” pomyślałem. „Ja chyba naprawdę oszalałem.”
- Dobrze. Jesteśmy już blisko. – nie wierzyłem własnym słowom. „W co ja się pakuję. Gada do mnie pies, który z łatwością mógłby mnie zagryźć. Znam jego imię. W zasadzie go przygarniam. Co ja robię ?”.
- Super. Wiedziałem, że się nie zawiodę na tobie. Muszę cię jednak uprzedzić. – „Wiedziałem” ledwo myśl zdążyła mi przejść przez głowę – chrapię przez sen.
Rozśmiałem się w duchu.
- To będziesz musiał przestać – zażartowałem. Hektor posmutniał. – Żartowałem – sprostowałem sytuację, a on od razu zamachał ochoczo ogonem.
„Boże zaczyna mi na nim zależeć. Jestem porypany”
- Nie jesteś głodny – spytałem kontrolnie.
- Nie chciałem być nachalny. Umieram z głodu. – odparł bez zastanowienia.
- Podejdziemy w takim razie do sklepu. Powinien być jeszcze czynny.
Poszliśmy w kierunku sklepu. Obaj dobrze znaliśmy drogę, którą pewnie przemierzaliśmy niejednokrotnie. Ja w poszukiwaniu piwa, on pewnie w poszukiwaniu darmowego kąska. Idąc w milczeniu miałem możliwość przyjrzeć się Hektorowi. Widziałem już wiele psów jego rasy. On zaliczał się zdecydowanie do tych wzorcowych. Jego silną muskulaturę i groźne rysy pyska, równoważył jednak urok nieprzyciętych uszu i stosunkowo krótkich łap, stwarzając obraz budzącego respekt nicponia. Ubarwienie miał nieregularne. Jego krótka ciemno brązowa, cętkowana sierść przeplatana były rzadkimi białymi plamami, z których największa obejmowała praktycznie cały łeb. W rezultacie jego oczy były jakby przekrwione i stwarzały wrażenie jeszcze bardziej groźnego psa, niż w rzeczywistości był. Powoli godziłem się z nieprawdopodobnymi faktami i wręcz docierała do mnie myśl, że gdybym chciał mieć psa, to właśnie takiego. Jednak kwestia tego, że on ze mną rozmawiał powodowała, że mimo wszystko czułem się jak we śnie, licząc, że gdy obudzę się rano jego na mojej wycieraczce jednak już nie będzie, a ja będę mógł kontynuować swoje nudne samotne życie.
- Jak jeszcze czynne to poproszę jakąś kiełbaskę – uśmiechnął się po psiemu.
„Cholernie bezpośredni ten pies” pomyślałem.
Wszedłem do sklepu, podczas gdy on usiadł oparty o mur pod sklepem idealnie komponując się z tutejszym graffiti.
- Witam. – zaczepiłem ekspedientkę, ukradkiem zaglądając w jej kuszący dekolt
– Poproszę uprzejmie kiełbasę toruńską i jednego zimnego Leszka. – złożyłem zamówienie nie zdając sobie nawet sprawy, że staram się do niej odezwać najcieplej jak potrafię. Co tu dużo mówić, podobała mi się. Była blondynką niższą ode mnie, szczupłą o żywym usposobieniu, zupełnie odmiennym od mojego.
- Już podaję. Zaraz zamykam. Pan jest chyba ostatnim klientem, już powoli szykowałam się do wyjścia. Zamknęłam nawet kasę. Nabiję najwyżej jutro. Jak nie zapomnę. – mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Uśmiechnąłem się najładniej jak potrafiłem. Odwróciła się prędko i poszybowała gładkim ruchem do lodówki. Przypomniałem sobie o Hektorze, odwracając się jednocześnie do drzwi. Patrzył się na mnie przez szybę z wywieszonym jęzorem. Wyglądał przezabawnie.
- Fajny piesek. – usłyszałem
- Dziękuję. Wabi się Hektor.
- Wygląda sympatycznie. – uśmiechnęła się szczerze, po czym dodała - Razem będzie 19 zł.
Sięgnąłem do portfela i zapłaciłem, rzucając równocześnie ostatni raz wzrokiem w kierunku jej dekoltu, po czym uchwyciłem jej zaciekawiony wzrok. Nie uważałem się za przystojniaka i od razu odwróciłem wzrok kompletnie zakłopotany, Uśmiechnęła się tylko.
- Do zobaczenia. – powiedziałem, ale dziewczyna zniknęła już na zapleczu sklepu prawdopodobnie szykując się do wyjścia.

- Co to za flirciki ? – Hektor spytał, gdy tylko wyszedłem ze sklepu, a ja znowu na chwilę zaniemówiłem na dźwięk jego głosu, jakby wprowadzał mnie w jakiś trans.
- A nic. Takie tam.
- Podoba ci się, co ? – spytał, z góry znając odpowiedź.
- Może – odparłem widząc jego usatysfakcjonowaną minę.
- No to gdzie ta kiełbasa ?
- A sorry. Zapomniałem kompletnie – zreflektowałem się podając mu ją do pyska.
- Dzięki. I ty mi mówisz, że ona ci się może podoba. – skwitował – Coś czuję, że moje towarzystwo wyjdzie ci na dobre mój nowy przyjacielu.
„Nazwał mnie przyjacielem.” Nie sądziłem, że w świetle ostatnich tygodni mojego życia i wydarzeń dzisiejszego dnia będzie to aż tak miłe uczucie.
- Smacznego – odparłem tylko, przyglądając się jak potężny amstaff pożera kilogram najlepszej kiełbasy jakby wciągał spaghetti. Po niecałej minucie nie było już nic. Nie zdążyłem nawet otworzyć browara.
- Smakowało ? - spytałem
- A co. Nie widziałeś ? Od tygodnie nie jadłem czegoś równie smacznego. Zdziwiłbyś się co pies w mojej sytuacji musi wciągać z ziemi, żeby nasycić głód. To dla mnie iście królewska uczta.
Poczułem się cudownie słysząc, ile szczęścia dałem komuś tak bezinteresownym gestem.
Dotarliśmy pod klatkę.
- Zapraszam. – odezwałem się oficjalnie, dając jasno do zrozumienia, kto jest tutaj gościem. „Co innego zapraszać psa, który nie mówi, a co innego psa, który mówi.” - tłumaczyłem sobie swoje zachowanie, które nie zrobiło na Hektorze najmniejszego wrażenia.
Wsiedliśmy do windy i po chwili weszliśmy do mojego małego, acz przytulnego mieszkania. Byłem z niego nawet dumny, pomimo całego nieporządku jaki był wewnątrz. Kawalerskie życie.
- Niezły burdel – amstaff odezwał się bez ogródek cofając się krok w tył.
- To mój twórczy bałagan – broniłem się.
„Boże, tłumaczę się przed psem jak przed dziewczyną. Ja jednak oszalałem.” skarciłem się w myślach.
Hektor pobiegł do kuchni. Potem obwąchał łazienkę, tratując po drodze moje skarpetki na progu jedynego pokoju i przedsionka. Po czym wrócił do pokoju i usiadł przy balkonie patrząc się na mnie ciepło.
- Dziękuję, że mnie nie odepchnąłeś Robert. Jesteś najmilszym człowiekiem jakiego do tej pory spotkałem. A spotykałem i dobrych i złych. Nigdy nie wyrządziłem krzywdy żadnemu człowiekowi. W stosunku do moich, nie jestem może zbyt potulny, ale łatwo się wkurzam. Zrozumiesz mnie, mam nadzieję. Niczego bardziej nie pragnę, niż żebyś mi zaufał i traktował mnie jako swojego przyjaciela. Niczego więcej nie pragnę.
Jego szczerość ujęła mnie tak głęboko, że nie wiedziałem co powiedzieć. Ni stąd ni zowąd po zabawnych pogawędkach powiało patosem, ale było to do bólu szczere. „Co on musiał przejść ?” Zadawałem sobie w myślach pytanie. Po czym zrozumiałem, że to wszystko nie przeminie. Nie chcę, żeby przeminęło. Stała przede mną najszczersza istota jaką zdarzyło mi się poznać w swoim 28-letnim życiu.
- Nie wiem co odpowiedzieć, jesteś pierwszym gadającym psem jakiego spotkałem. – starałem się nadać rozmowie swobodnych kształtów – Cieszę się, że tu jesteś. Muszę się z tym oswoić, że mam psa, z którym mogę gadać o kobietach – uśmiechnąłem się.
Wiedziałem, że z nim kolejny dzień będzie inny od poprzednich.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 19, 2010, 09:26:05 am wysłana przez jasiol »

Offline Aria

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 6
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #10 dnia: Wrzesień 21, 2010, 04:17:11 pm »
MARZENIE MARIONETKI

Chmara gołębi wzbiła się z areny i pofrunęła w górę, tworząc biały pierzasty obłok. Tuż pod kopułą cyrkowego namiotu rozpłynęła się w akompaniamencie płomiennych oklasków. Mag uśmiechnął się z satysfakcją i obrzucił całą widownię szybkim spojrzeniem. Ukłonił się lekko i dał znak, by publiczność ucichła. Ponownie musnął spojrzeniem wszystkich zebranych. Zapanowała cisza. Nawet za kulisami wszyscy, którzy czekali na swój występ, wstrzymali oddech. Zawsze gdy Mag wkraczał na arenę, cały cyrk opanowywała jakaś dziwna atmosfera. W powietrzu zaczynała iskrzyć magia, w sercach ludzi ciekawość i zarazem strach.
Mag był tu dla wszystkich autorytetem. Każdy uważał, że on zawsze ma rację i nigdy się nie myli. Był swego rodzaju wyrocznią. Gdy powie coś, to jego słowa w stu procentach się sprawdzą.
Jeżeli prawdziwe jest powiedzenie “Strach w parze idzie z szacunkiem”, to w stosunku do Maga sprawdzało się ono idealnie. Nikt nigdy nie wdawał się z nim nie tylko w kłótnię, ale nawet w dyskusję. Wszyscy starali się trzymać od niego z daleka. Magowi było to na rękę, kochał samotność i swój własny magiczny świat, gdzie był panem życia i śmierci.

Widownia śledziła uważnie każdy ruch mężczyzny. Mag strzepnął niewidzialny pył z czarnej marynarki i poprawił swoje białe rękawy wystające spod niej. Cichy szmer zachwytu ogarnął publiczność, gdy niepostrzeżenie dla nikogo z jednego z rękawów wyjął piękną czerwoną różę...  Uniósł ją, by każdy mógł ujrzeć kwiat. Następnie wyjął z drugiego małą czarną chustę i musnął nią różę, jedynie na sekundę zakrywając ją przed widzami. Gdy ludzie ponownie ją ujrzeli, róża miała błękitne płatki. Cyrk wypełnił się krzykami zachwytu i oklaskami. Mag uśmiechnął się chytrze. Czarna chusta znikła nie wiadomo kiedy. Ujął kwiat obiema rękami i schował jej kielich w dłoniach. I już po chwili publiczność ujrzała w jego rękach różę czarną. Mag podniósł ją do ust i ucałował. Tuż po muśnięciu jego warg, kwiat rozsypał się niczym popiół i upadł iskrzącym pyłem na czerwoną podłogę areny. Nagrodzony oklaskami znów skłonił się lekko na znak podziękowania. Czarna chusta ponownie ukazała się w jego dłoniach. Obrócił ją kilka razy w powietrzu i nagle, tuż spod niej wypadła mała drewniana marionetka. Był to moment oczekiwany przez każdego, nawet przez tych którzy już widzieli ten numer wielokrotnie. Mała marionetka, bez imienia, ubranka, nawet narysowanej twarzy na drewnianej główce, stała przed publicznością. Bez żadnych sznurków. Mag splótł dłonie za swymi plecami, a marionetka stała przed nim, nie trzymana przez nikogo. W cyrku zapanowała na kilka chwil cisza, by już za moment utonąć pod falą oklasków.
Gdy widzowie ochłonęli nieco z zachwytu, mężczyzna uniósł swe dłonie nad marionetką i ona zaczęła tańczyć. Mag pociągał za niewidzialne sznurki, wlewając w żyły drewnianej kukiełki życie.
Wielki cylindryczny kapelusz rzucał cień na jego twarz. Z widowni można było ujrzeć jedynie czarne lśniące włosy sięgające ramion i okalające blade policzki mężczyzny. Lecz kukiełka stała blisko niego i widziała ciepły wzrok jego brązowych oczu. Te spojrzenie było skierowane na nią. Niemal czuła na sobie jego ciepło. Zrobiłaby wszystko, czego Mag zapragnął, za najdrobniejsze muśnięcie jego wzroku.
Publiczność klaskała, zachwycała się, milkła i znów krzyczała z podziwu. A Mag i kukiełka patrzyli na siebie i zdawało się, że nie zauważają nikogo prócz siebie samych.

Przedstawienie skończyło się. Kolejny pełen sukcesu występ. Mag nigdy nie wychodził na bis, mimo że widzowie zawsze domagali się tego, klaszcząc, krzycząc i rzucając kwiaty na arenę. Mężczyzna nigdy nie podniósł ani jednego. Zawsze lekko kłaniał się i odchodził. Kiedyś dyrektor cyrku spytał go, czemu nie chce wyjść na bis i pokazać jeszcze jednej sztuczki.
-   Publiczność to ludzie, a ludzi trzeba wychowywać. Wszystkich! – odpowiedział spokojnie swym majestatycznym i zarazem cichym głosem.

W pokoju Maga panował półmrok. Meble zrobione z ciemnego hebanu i czarne chusty magika, wiszące na ścianach, nadawały pomieszczeniu mroczną atmosferę. Malutki kominek był często jedynym źródłem światła, bowiem mężczyzna kochał ciemność i prawie nigdy nie zapalał światła.
Wieczory spędzał zawsze samotnie w pokoju. Marionetka kochała te chwile. Była jedyną istotą z którą rozmawiał jak z przyjacielem. Opowiadał jej o kolejnych pomysłach na występ, o śmieszności ludzi, o swojej irytacji światem i o pogardzie dla niego. Kukiełka słuchała uważnie, zapatrzona w jego chudą twarz. Podziwiała go całą sobą i marzyła, że te wspólne wieczory będą trwały wiecznie.
Świat jednak został stworzony tak, że nic, co piękne, wiecznie trwać na ziemi nie może.

Pewnego dnia na jednym z występów wydarzyło się coś, czego nikt nigdy się nie spodziewał. Mag skończył już swój popisowy numer z marionetką. Obdarzył kukiełkę swoim ciepłym spojrzeniem, a następnie spojrzał chłodno na widownię, uśmiechnął się lekko z satysfakcją, słysząc burzę oklasków i kiwnął na znak podziękowania. Jak zwykle na arenę upadło kilka kwiatów. Zadziwiające, że ludzie nie potrafili się przyzwyczaić, iż Mag nigdy ich nie podnosi. Dziś jednak miało być inaczej.
Tuż przy drewnianych nóżkach marionetki upadła piękna biała róża. Kukiełka drgnęła, gdy ujrzała rękę Maga, podnoszącą kwiat. Spojrzała na niego, lecz jego wzrok nie był skierowany na nią. Mężczyzna patrzył na kobietę, która rzuciła różę. Siedziała w drugim rzędzie w czarnej obcisłej bluzce i czerwonych spodniach. Miała długie proste ciemnobrązowe włosy i szare oczy, a jej uśmiech promieniał jakąś dziwną radością. Mag również się uśmiechał...
Tego wieczoru w kominku nie rozpalono ognia. Kukiełka spędziła ten wieczór samotnie. Mag wyszedł gdzieś, nic jej nie mówiąc. To była druga rzecz, którą zrobił dziś po raz pierwszy. Marionetka bała się myśleć, że tak będzie zawsze. Nie chciała, by zmieniało się cokolwiek. Kochała go takim jaki był. Samotny, kpiący ze wszystkiego co żyje, i gardzący światem. Tylko z nią rozmawiał, tylko ona miała prawo przebywać w jego pokoju, tylko na nią patrzył ze szczerym ciepłem.

Na kolejnym przedstawieniu oczy Maga błądziły po widowni. Ani razu nie spojrzał na swoją kukiełkę. A ona zrozumiała, że teraz już nic nie będzie takie same.
W jej cichym życiu cyrkowego rekwizytu zapadła noc. Spędzała samotne wieczory, wpatrując się w migoczące gwiazdy, one bowiem przypominały jej czarodziejski pył Maga, w który zmieniała się czarna róża. Jedynie echo przeszłości czasem ogrzewało jej serce. Wspomnienia są skarbem, którego nikt nie zdoła nam odebrać.

Mijały dni. Zimne i samotne. Jednak nic nie trwa wiecznie i te chwile także miały się skończyć. Pewnego wieczoru, gdy Mag wrócił, nie był sam. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mężczyzna zapalił w swym pokoju światło, następnie zajął się kominem. W kobiecie, która przyszła razem z nim, kukiełka rozpoznała tę, która rzuciła mu niegdyś białą różę. Teraz taką samą nieznajoma trzymała w dłoniach. Uśmiechała się do mężczyzny i coś doń mówiła. Marionetka odwróciła się, nie chcąc patrzeć na gościa. Pierwszego gościa w tym pokoju.

Zapadła noc. A razem z nią niema cisza życia w drewnianym sercu marionetki. Już nie patrzyła w migoczące gwiazdy, teraz wpatrywała się w ogień kominka. Płomienne języki czule całowały drewno. Kukiełka pomyślała, że chciałaby być na ich miejscu, gdyby Mag był ogniem. I w tej samej chwili zrozumiała, że jej marzenie nigdy się nie spełni.
Kilka małych kroków drewnianych nóżek i ogień rozbłysnął z nową siłą, otulając sobą kruche drewniane ciało.

Następnego dnia nikt nie odwołał występu Maga. Przedstawienie odbyło się tak jak zawsze, tylko marionetka zmieniła się na nową. Kukiełki mają tylko jednego maga, magowie mają miliony kukiełek...

"Pisarz nadaje metaforze ciało, lecz czytelnik duszę."

Offline PluszowyyMaterac

  • Piotruś Pan
  • *
  • Wiadomości: 16
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #11 dnia: Wrzesień 22, 2010, 06:58:33 am »
Bilet Boy

- Proszę przygotować bilety do kontroli!!
 Podróżna na początku autobusu najpierw wywinęła oczami do góry, a potem zamknęła je z udręką. Poznała go po głosie. To był ON. Zbliżał się do niej niczym brutalnie odpychana data w kalendarzu. Widocznie go czymś przyciągała. Może ten błysk w wiecznie wściekłych oczach? Albo te mosiężne skórzane buty z metalowymi wstawkami, które idealnie wpasowałyby w jego tyłek? Możliwe też, że porwała go mocno zaciśniętą pięścią z jej miesięcznym… Nie miała pojęcia, wiedziała tylko, że co najmniej 3 razy w tygodniu przechodziła taką samą kontrolę i tę samą gadkę. Na nic zdała się zmiana linii autobusowej na odrębny, wydłużony kurs. ON zawsze ją wyłapał, zawsze się napatoczył jak daleka rodzina w pierwszy od 3 tygodni wolny weekend.
 Schowała twarz w dłoni, słysząc zbliżające się „Dziękuję”. Drugą wyjęła bilet. Nie miała humoru zaszczycić go wylewającym się morderstwem z oczu. „Dziękuję” już sapnęło jej w plecy i oto pojawił się ON:
- Dzień dobry, poproszę bilet – wypiął przed nią pierś z identyfikatorem. Wyciągnęła go daleko, mając nadzieje, że zahaczy o kościsty nos. – Poproszę o legitymację uprawniającą do korzystania z ulgi.
- Boże – syknęła, szarpiąc biedny, uwikłany w tę rutynową kontrolę, czarny prostokąt. Wziął go jej z rąk.
- Maria… - mruknął pod nosem. Uważnie przestudiował dobrze znaną mu datę, nazwę uczelni, zdjęcie… - Pani Maria Grzegorczyk… O, jutro 20 urodziny! Nie wygląda pani! Dałbym 16!
- Szkoda, ze nie 14, może wtedy prawo trzymałoby cię z dala ode mnie – warknęła.
 Zignorował ją z uśmiechem spod ubogiej brody. Oglądał legitymacje dalej z każdych stron. Zdążyli minąć przystanek. Nerwowo poruszała nogą w bojówkach, zupełnie jakby grała na perkusji w super szybkiej metalowej kapeli…
- Jezu Święty, codziennie się w to gapisz, to nie farma, nic tam nie wyrosło od ostatniego razu! – Zniecierpliwiona wyjęła mu dokumenty. Nałożyła agresywnie słuchawki na uszy z powrotem, założyła ręce na piersiach i dla równowagi poruszała obiema nogami. Kontroler z bujnym afro odszedł na krok ku kierowcy, wdając się w nim w zwykłą rozmowę, typu, „co tam słychać” „a nogi mnie bolą” i tym podobne.
 Maria wysiadła na swoim przystanku energicznie i przecinała chodnik ku uczelni. Pod nią zapaliła w końcu, otrząsnęła się z nieprzyjemności chwili poprzedniej oraz weszła ciężko po schodach.
 Na zajęciach, jak co dzień: dziw ją ponownie ogarnął jak tak tępi ludzie mogli dostać się na wyższą szkołę. Przewertowała gazetę studencką, dowiedziawszy się, iż uczelnia buduje nowe parkingi dla profesorów. No tak, jedna opłata za warunek – jedna cegiełka na wesołym podjeździe. Ale za to na jednym z wykładów dowiedziała się, że Platon bał się bubu. Strach ten wynikał z przekonania, że to jedno z nasion zła i nie może ich zdeptać, bo inaczej wsiąkną w niego i sam będzie zły. Ułatwił sprawę goniącym go oprawcom i dał się zasztyletować. Niezbadane są mózgi geniuszów… 
 Ponieważ wysiłek umysłowy męczy, ruszyła do znanej jej, dość taniej knajpy z domowym jedzeniem. Przełykała ślinę na myśl o pierogach z kapustą i grzybami. Coś tam młóciło jej w słuchawkach, szorowała ciężkimi buciorskami po chodniku, aż w pewnym momencie po prostu się zatrzymała. Niepokój odwrócił jej głowę ku alejce z boku. Żółte ślepia emanowały czymś niebezpiecznym. Zęby z kłami nie dawały zaproszenia do dalszego postoju. Wyciągnęła powoli ręce z kieszeni, dostrzegając sylwetkę psa. Ale… co to był za pies! To raczej koń! Koń z kłami i śliną z pyska! Ale chwileczkę, jeśli to pies… Nie wolno się go bać, zwierzęta czują tę energię i przejmują nad tobą kontrolę… Oglądała czasem telewizje i pewien Cezar, znachor psów, oswajał je z magiczną łatwością. Próbowała wyzbyć się napadu histerii i zrobiła nawet krok ku niemu. Pies także, warcząc tak głośno, że krzaki wokół niego uginały się od oddechu. Drżąc cała, wyprostowała się powoli. Nie patrz mu w oczy, ignoruj – mówił spokojnie w jej głowie głos z meksykańskim akcentem. Chciała odejść, gdy wtem czarny pies rzucił się na jej drogę i otworzył paszcze.
- A w dupie mam te rady, sam tu przyjdź Cezar, i zablokuj go swoją cholerną stopą! – Rzuciła się do ucieczki na ślepo. Znikąd pociemniało jej przed oczami, aż stanęła. Pies zbliżał się ponownie.
 Między hukiem w uszach od łomotania serca usłyszała syki w dziwnym, twardym języku. Odwróciła się szybko. Pośród czerni wyłaniała się wysoka postać. Zwierze widocznie przykucnęło na łapach. Potok słów widocznie go blokował. W końcu dostrzegła dziwnie znajomą okrągłą twarz. Garnitur dodawał postaci mocy. Nagle w mroku można było dostrzec wyciągnięty szybko krzyż typu ankh. Pies skulił uszy i wściekły ruszył na Marie. Wrzasnęła, osłaniając się płaszczem, jednak, kiedy nic się nie stało, ostrożnie wyjrzała zza klapy. Oczy poraziło jej słońce. Rozejrzała się wokół i aż krzyknęła z mieszanych emocji ulgi i wściekłości.
- Ty…!! – Stanęła na wprost wysokiego jegomościa z ciemnym afro na głowie. – Czy ty mnie do cholery śledzisz?!
- Nie, coś ty – schował niedbale krzyż do kieszeni. – Z pracy wracałem – machnął głową w stronę żółtego supermarketu z emblematem czerwonego szkodnika w czarne kropki.
- Z pracy? Jesteś kontrolerem.
- I ochroniarzem! – Dumnie się wypiął. – Ale widzę, że masz wroga.
- Wroga? No właśnie! Co to kur… cholera jasna, było!? – Kurs mówienia NIE brzydkim słowom ciągle świdrował jej czaszkę. – To nie był normalny pies, miał oczy jak światła wymijania!!
- To był Chenti-Imenty.
- Cienki i Miekki? – powtórzyła automatycznie.
- Nie, Chenti-Imenty. Egipski bóg zmarłych, zapędza dusze do Hadesu.
- Hades? Piekło? A co, Lucek miał zawalony terminarz? – zaczęła rozmasowywać sobie serce. Dawka adrenaliny właśnie schodziła z jej ciała.
- Że ludzie przestali wierzyć w innych bogów, nie znaczy, że oni umarli.
- Nietzsche mówił co innego…
- I umarł. Ale bardziej mnie martwi ujawnienie się Chenti’ego tobie. Ktoś go przywołał, by cię zabrał z tego świata.
 Spojrzała na niego z uniesionymi brwiami.
- Jestem zwykłym szarym człowieczkiem, nie mam pierścienia Atlantydy, żeby o mnie kosmos walczył.
-To raczej zrobił ktoś, kto ima się czarną magią.
- Dobra, ale chwila, dlaczego ty o tym wiesz, i odczarowałeś Lessie? – Wbiła w niego świdrujący wzrok. Odwrócił się nerwowo za siebie, jednak podszedł do niej.
- Odsyłam dziwne stworzenia tam, skąd przychodzą – powiedział spoufale.
- Hmmm… Od kiedy kompetencje ochroniarza obejmują walkę z potworami? A może mieliście to na szkoleniach kontrolera biletów?
- To są prace dorywcze – zaczesał włosy do tyłu. – Za to, co robię normalnie nikt mi nie płaci. To misja.
- W porządku, nie mój problem. Czy to coś przyjdzie znowu? Zaopatrzę się w Frolica, żeby mieć szanse na ucieczkę.
- Powinnaś to traktować poważnie. Z tego typu rzeczami nie ma żartów. Nie tylko zabijają, ale zabierają najczęściej duszę do swojego świata. To powinno cię ochronić przynajmniej przed egipskimi bogami – wcisnął jej w rękę ten sam krzyż, którym odstraszył psa, tylko mniejszego rozmiaru. – Kogo zdenerwowałaś?
- Wielu ludzi. Jeśli coś mi się nie podoba, to najczęściej petent wie, co. Ale jeśli mowa o przywoływaniu… To pewno jakaś wiedźma, ta?
 Skinął głową.
 Zmrużyła oczy. No tak… Głupia Amanda… Najpierw drwi i oczernia, a potem się dziwi, że wśród kanapek pełźnie wąż na baterie… Gdyby nie te chińskie zabawki, życie byłoby nudniejsze niż jest.
- No to wiem, kto to… Mam zrobić ustawke? – zgięła pięści.
- To raczej nie pomoże, droga Mario. Jutro ci pomogę, jest pare zaklęć ochronnych.
- Czyli to znaczy, że i jutro się spotkamy… - zgarbiła się zrezygnowana. Była wdzięczna za ratunek, ale irytował ją sam fakt ponownego spotkania go w autobusie. Wyjątkowo grał jej na nerwach.
- Oczywiście! W tygodniu masz zajęcia, a jakoś tam się dostać trzeba! Polecam nasze linie – mrugnął do niej radośnie.
- Wiedziałam, żeby nie odkładać prawa jazdy na motor… - zamknęła twarz w rękach. – W ogóle, czego ty ode mnie chcesz?
- Podobasz mi się! Wiele razy widziałem w twoich rękach książki, które sam studiuje! Ciekawa sprawa z tymi balladami o Narayamie…
- Osobiście zrobiły mi sieczkę z mózgu i na razie nawet nie chce sobie ich przypominać. Bardziej chciałabym wiedzieć, co żeś zrobił, że ten pies sobie poszedł.
- Och… Jedyną osobą, która panuje nad Chenti-Imentym to Ptah. Cytowałem go po staroegpisku. A w swoim krzyżu mam odlew jego berła, którym włada umarłymi. To przywołało psa do jego świata.
- Nosisz różne takie fanty na każdego boga?
- Czasem trzeba zabawić się w MacGyvera i zrobić amulet z podręcznych rzeczy.
- No dobrze. Ale czas goni nas – wstała energicznie. Gdyby nie fakt, że koleś, który ją prześladował i wybitnie irytował tu był i uratował jej tyłek, dalej by drżała i wpadała w panikę na to nieprzyjemne spotkanie z bożkiem. Teraz miała ochotę udać się prosto do domu. I właściwie coś zjeść.
- No ja właśnie skończyłem pracę… Możemy gdzieś iść… - zaproponował z nadzieją w oczach.
- Ty lepiej się módl o tę czarownicę jutro, bo jak ją spotkam, to przysięgam, że moja wściekłość utleni farbe na jej włosach!
- No właśnie, my jesteśmy umówieni na jutro! Więc o 8.24 na początku autobusu, tak?
 Westchnęła głęboko, skinąwszy głową.
- Super! – klasnął w dłonie, kierując się ku swojemu kierunkowi. – Teraz już na pewno nikt cię nie zaatakuje! Do zobaczenia! – pomachał jej.
 Odwróciła się na pięcie. Poczuła wszechogarniające zmęczenie, ciało zmieniło się w cięższe niż jest. Męcząca jest ta nienawiść ludzi…
 Usłyszała za sobą plask i nagle mężczyzna znowu pojawił się koło niej.
- Czekaj! Przecież ja cię mogę odprowadzić do domu!!
 Zaświstała głośno wypuszczając powietrze z płuc. Było jej już wszystko jedno.
- Mogę ci opowiedzieć jak spotkałem ostatnio dusze Judasza! Tutaj, u nas! Niby wezwano księdza do egzorcyzmów, bo chłopak rwał biblie i krzyczał że to są kłamstwa, że on to zrobił z polecenia i miłości Jezua…
 Maria starała się go nie słuchać, ale opowiadał zbyt ciekawie. W końcu na niego spojrzała. Nie jest taki zły, jak nie literuje nazwy jej uczelni przy pasażerach w zatłoczonym autobusie… 
God Hates Us All

Offline Egzekutor

  • Piotruś Pan
  • *
  • Wiadomości: 40
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #12 dnia: Wrzesień 25, 2010, 07:39:35 am »
Maximilius Ordon - Źli inkwizytorzy

*

- Słyszysz mnie? - powiedział znajomy głos. – Ordon, Ordon, do jasnej anielki, słyszysz mnie!?
- Cccoo? - wydusiłem i przetarłem lekko oczy.
- Gówno na patyku – odpowiedział mężczyzna, którego nadal jakoś nie kojarzyłem. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to właściciel karczmy „Pod Złotym Łukiem”. Był małym, krępym i dosyć grubawym osobnikiem. Nosił duże, okrągłe okulary, które co po chwila opadały mu na jego szeroki i piegowaty nos. Jak zwykle był ubrany w swój strój, czyli długi biały fartuch, brązowe połatane spodnie oraz wysokie szare buty ze skóry. Co najlepsze teraz dopiero uzmysłowiłem sobie gdzie jestem, byłem w karczmie, a dokładnie w jednym z wynajętych pokoi. Leżałem na dużym łożu z pustą butelką wina w lewej ręce.
- Ordon! Musisz natychmiast zejść na dół. Przyszli jacyś rozbójnicy! Rozwalają co popadnie! Ordon, pomocy!
- Kttoo? - odpowiedziałem powoli dochodząc do siebie.
- Rozbójnicy!
- Kurwa! - teraz już byłem całkiem trzeźwy. Przez nieuwagę upuściłem butelkę na ziemie, a ta się stłukła, zauważyłem grymas na twarzy karczmarza i wzruszyłem współczująco ramionami. Usłyszałem głośny trzask dobiegający z niższego piętra i piski kobiet.   
- Ordon, pospieszże się, bo zaraz nic nie zostanie! - rzucił rozzłoszczony karczmarz.
- Już, już – odpowiedziałem spokojnie.
   Wstałem z łoża, podciągnąłem spodnie i zapiąłem pasek. Później założyłem koszulę i zacząłem poszukiwania moich „narzędzi”. Po chwili poszukiwań dojrzałem moje noże pod łóżkiem. Wszedłem pod łóżko i je wyciągnąłem. Chociaż nie widziałem twarzy karczmarza, wiedziałem, że jest zaniepokojony, a zdradzało to głośne tupanie nogą.
- Już – rzuciłem bez jakiejkolwiek satysfakcji. – Już idę sprawdzić co się tam dzieje.
- Tak, tak, idź szybko i zrób tam porządek
*

   Schodziłem powoli na dół karczmy po starych, drewnianych i niesamowicie skrzypiących schodach. Uważałem na każdym kroku, aby nikt mnie nie zaskoczył, ani nie usłyszał. Im byłem niżej, słyszałem coraz wyraźniejsze głosy.
- Wystarczy – powiedział jakiś mężczyzna. – Zbieramy się pomału, bo jeszcze straż nas dopadnie.
- Bez pośpiechu mistrzu – rzucił inny, lekceważąc słowa tamtego. – Proponuję załadować towar na wóz i jeszcze raz zejść do piwnicy po resztę towarku, hihi.
- Nie dyskutuj ze mną! - warknął i po chwili usłyszałem plask, prawdopodobnie zdzielił go dłonią w policzek.
- Tak, przepraszam mistrzu, proszę o wybaczenie.
   Byłem już na tyle blisko, by ujrzeć ich twarze, a raczej ich kaptury. Moje zdziwienie nie miało końca. Było ich trzech. (Klienci pouciekali, a Ci mieli to za nic, co było nadto dziwne). Każdy z nich nosił czarny płaszcz z dużym srebrnym krzyżem, zwisającym na piersi. Inkwizytorzy. Zaiste. Czyżby napastnicy byli na tyle sprytni, aby podać się za inkwizytorów? Taaaak, wina zeszłaby na kościół, a oni byliby czyści, żyjąc w spokoju, bez obawy, że kiedyś ich dopadną. Ale czy naraziliby się na śmiertelną karę, za podszywanie się pod sługusów Boga? Jeśli ktoś by ich wywęszył byłoby po nich. Ale nagle podsunęła mi się inna myśl. Jeden z mężczyzn zwrócił się do drugiego słowami „Przepraszam mistrzu”. Może faktycznie są inkwizytorami? Ale, czy odważyliby się na takie złamanie przykazania Bożego? Albo to tylko przydomek na czas napadu? Nie czas na myślenie, a na robotę – powiedziałem sobie to w myślach. Podszedłem na kucaka jeszcze odrobinę bliżej. Zbójcy opuszczali karczmę głównym wejściem ciągnąc za sobą duże, drewniane skrzynie i wory. Kiedy wyszli, zszedłem ze schodów i ukryłem się pod dużym stołem. Była szansa, że mnie zauważą, ale pomyślałem, że są za bardzo zajęci swoim planem. Wiedziałem, że wrócą do budynku, ponieważ zostawili jeszcze dwie skrzynie i jeden worek. Po chwili weszli znowu, tym razem tylko we dwóch. Przygotowywując skrzynie do przenoszenia na wóz, rozpoczęli rozmowę.
- Pss – zaczął ten niższy. – Jak wyjdziemy, ja odwrócę uwagę mistrza, a ty dźgnij go nożem. Pamiętaj, zrób to dokładnie tak jak Ci mówiłem, a będziemy bogaci, łup podzielimy równo po połowie.
- Się wie – odpowiedział z lekkim zawahaniem we głosie i grymasem na twarzy.
   Podnieśli skrzynie i zaraz szybko je opuścili. Powolnym i cichym ruchem wyciągnęli miecze zza płaszczy (dobrze zamaskowane – pomyślałem). Podchodzili powolutku w moim kierunku. Ciśnienie mi podskoczyło i idąc ich śladem wyciągnąłem zza pasa dwa noże. Naraz zrozumiałem, że nie idą w moim kierunku, a podążają ku karczmarzowi, który zapewne myślał, że już po sprawie i chciał sprawdzić szkody wyrządzone przez zbójów. Jęknął cicho po czym zaczął się powoli cofać, wchodząc tyłem po schodach. Zaczął krzyczeć „Orrrdon! Orrdon! Na pomoc!”. Napastnicy bez słowa zbliżali się do mojego przyjaciela i powoli unosili miecze. Szybko poderwałem się i wyskoczyłem spod stołu.
- Rzucić broń! - krzyknąłem. – Koniec zabawy panowie. Zaskoczeni akcją, powoli obrócili się w moją stronę ze zdziwionymi minami. Tymczasem karczmarz dał nogę na górne piętro.
- Ktoś ty? - rzucił ten mniejszy już mniej przestraszony.
- Jestem Maximilius Ordon, zawodowy zabójca. Coś jeszcze?
- Znam Cię – tym razem odezwał się rośniejszy mężczyzna. - To ty zabiłeś świętej pamięci króla Ethera na placu królewskim, czyż nie tak?
- Tak. Ale teraz ja mam do was pytanie: jesteście inkwizytorami?
- A nie widać? - zarechotali obaj spoglądając na siebie.
To mi wystarczyło. W oka mgnieniu doskoczyłem do nich próbując obalić ich na ziemię. Niestety nie udało się. Mniejszy wykonał szybki ruch ręką w powietrzu i poczułem silne uderzenie magii. Poleciałem daleko w tył i uderzyłem o ścianę. Jeden z noży w czasie lotu wypadł mi z ręki i pozostał tylko jeden.  Szybko się pozbierałem i zanim  dotarli do mnie byłem już na nogach. Krew zalewała mi szczękę i oczy, lecz nie straciłem skuteczności. Większy doskoczył do mnie i wykonał masywny
cios długim srebrno-czarnym mieczem. W sam raz uniknąłem ciosu i zbiłem nóż w kolano napastnika po czym szybko wyciągnąłem ostrze. Mężczyzna zawył doniośle łapiąc się za kolano i upuścił broń. Ja, wstawszy próbowałem ugodzić go w klatkę piersiową, ale za rękę złapał mnie drugi przeciwnik. W jednej chwili zaczął mi ją przekręcać i poczułem chrupanie kości. Popełnił jeden błąd, moją rękę wykręcał przy pomocy oby dwóch dłoni. Zacisnąłem lewą pięść i wymierzyłem mu siarczysty cios w nos, aby spowodować dużo wylewu krwi. Powtórzyłem cios, lecz zaraz potem dostałem w krocze od tego drugiego. Upadłem na ziemię. Nie miałem broni, ale przede mną leżał miecz, który zdecydowałem się podnieść. Widziałem jak mniejszy trzyma się z nos i kreśli na nim magiczne znaki. Wymachnąłem bronią do góry, aby sparować kop drugiego przeciwnika. Nagle drzwi do karczmy stanęły otworem co spowodowało odwrócenie mojej uwagi. Dostałem solidnie kopa w głowę i upadłem już całkowicie. Byłem na wpół-przytomny, ale jeszcze rozumiałem co mówią.
- Zbierajcie się, szybko! - krzyknął mężczyzna (zwany przez nich „mistrzem”), który właśnie wszedł do karczmy. – Straż jest już w drodze, zaraz tu będą!
- Teak jeas mistsu – wyseplenił mniejszy.
- A co zrobimy z tym tutaj? - powiedział drugi wskazując na mnie palcem.
- Zabierzcie jego rzeczy i zostawcie go tutaj. No, bierzcie skrzynki i szybko do wozu!
Wykonali jego polecenie i w mig usłyszałem tupot końskich podków.
*

   Otworzyłem oczy, lecz widziałem tylko ciemność. Powoli moje bodźce zaczęły reagować. Poczułem mokrą szmatę na twarzy i kilka szwów na głowie i rękach. Próbowałem podnieść lewą rękę i ściągnąć szmacisko, lecz ktoś pochwycił moją dłoń. Rozpoznałem, że to kobieta. Jej skóra była niesamowicie gładka i niesamowicie przyjemna w dotyku. Poczułem dreszcz na plecach, aż odruchowo podskoczyłem.
- Proszę, nie ściągaj jeszcze chusty – powiedziała tajemnicza kobieta. – Musi jeszcze chwilę poleżeć, aby wsiąknąć krew, wyciekającą z twoich ran. -
Miała piękny aksamitny głos. Moje myśli powędrowały daleko, daleko w przeszłość do czasu, kiedy poznałem moją, świętej pamięci, kobietę.
- Dobrze – odpowiedziałem.
- Nazywam się Maria i jestem pielęgniarką w tutejszym szpitalu - Nagle poczułem się jakoś nieswojo. Szpital!? Nienawidzę szpitali. Ale zaraz, co ja tutaj robię?
- Jak się nazywasz? - powtórzyła pytanie kobieta. - Naraz sobie przypomniałem.
- Nazywam się Maximilian.
- Miło mi Cię poznać. Tak jak mówiłam chusta musi jeszcze trochę poleżeć, a teraz pozwól, że ściągnę Ci szwy.
- Do jasnej cholery, to ile ja tutaj leżę? - spytałem przestraszony.
- Dokładnie...Zaraz...6 dni. - odpowiedziała ze satysfakcją we głosie. - A teraz rozluźnij się, będzie trochę bolało. Chcesz zioła nasenne na ukojenie bólu?
- Poproszę – odpowiedziałem z rezygnacją w głosie.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 25, 2010, 07:42:57 am wysłana przez Egzekutor »

Offline Strup Parzyłapa

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 2
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #13 dnia: Wrzesień 25, 2010, 01:48:31 pm »
   Z lustra naprzeciw, trojgiem oczu, patrzył na mnie Brzeszczot. Miał dwa nosy, a górną wargę wykrzywioną w nienaturalny sposób. Przemyłem twarz cieczą znajdującą się w wiaderku stojącym na podłodze, starając się nie myśleć o paskudztwach, które się w niej znajdowały. Spojrzałem w lustro jeszcze raz, tym razem omijając wielkie pęknięcie w kształcie błyskawicy. Miałem już na powrót dwoje oczu, jeden nos i całkiem normalną, choć nieco popękaną, górną wargę. Próbowałem jeszcze raz ułożyć sobie wszystko po kolei w głowie. Dobry biznes, świetny zysk i ta nieszczęsna partia pokera.
   Znajdowałem się w Rzeszowie – w mieście, które wydało mnie na świat. W mieście, które mnie wychowało, zafundowało niewielkie skrzywienie kręgosłupa i nieodwracalny zanik sumienia. W mieście, które przez te wszystkie lata spokojnie, po kropelce podtruwało mnie zgorzknieniem, wysuszało skórę, łamało paznokcie i przyprawiało włosy srebrem. Stałem naprzeciw pękniętego lustra w jedynej ubikacji tej nędznej knajpy. Brak litery „C” w szyldzie nad wejściem do budynku, z "PIWNICY" robił "PIWNIĘ". Nie wiadomo, czy była to sprawka jakiejś gówniarzerii, czy może celowy zabieg właściciela lokalu.
   Na klamce w drzwiach "świątyni dumania" wywiesiłem kartkę, obwieszczającą wszem i wobec, że ubikacja jest "zajęta, kurwa!", po czym oddałem mocz celując w coś, co kiedyś było zapewne muszlą klozetową. Jakiś burak na zewnątrz kopnął w drzwi i wygłosił negatywną opinię na temat mojej matki, mnie oraz ilości czasu, jaką poświęcam na odlanie się. Świat się skończył, a wraz z nim odeszły w niepamięć uprzejmość i zrozumienie. Nie przejmowałem się. A przynajmniej próbowałem.
   Czułem alkohol buzujący w żyłach. Przykleił mi język do podniebienia, na nos założył niewłaściwe okulary i związał ze sobą sznurówki butów. Miałem wrażenie, że tętno uciekło z każdej części ciała i skumulowało się w mojej głowie, próbując za wszelką cenę wysadzić w powietrze chociaż uszy. Głowa buzowała mi tak, że musiałem na chwilę zdjąć czapkę z daszkiem. Z kieszonki w czapce posypały się papierosy. Burak znowu kopnął w drzwi i tym razem dał spokój mamusi, całą złość skupiając na mojej nędznej osobie. Pewnie Parmezan go na mnie napuścił. Bał się że spierdolę przez to małe okienko? Przecież mam swój honor. Kulawy, obdarty i garbaty, ale mam!
   Teraz po prostu zanurzyłem głowę w wiadrze, rozchlapując wokół tę, niezbyt przypominającą wodę, ciecz.
   Pomogło.

***

   Wytarabaniłem się z kibla i od razu zauważyłem mięśniaka, który dobijał się do drzwi. Spokojnie odwróciłem kartkę na stronę "wolne" i rzuciłem do narwańca:
   - Już możesz.
   Burak oczywiście zaczął się pultać, ale nie przejmowałem się nim. Na wszelki wypadek tylko nie odwracałem się do niego plecami.
   Wróciłem do stołu, przy którym siedzieli Dryblas, Parmezan, Przester i Łysy. Cztery karty leżały już odsłonięte na środku zielonej, nieco potarganej płachty materiału. W grze pozostał jedynie Parmezan, reszta spasowała. Wszystkie moje fanty znajdowały się już w rękach rywali - aktualne rozdanie toczyło się o stawkę nieco inną. Kurwa, nie powinienem był się na to godzić...
   Spojrzałem na Młodego, siedzącego przy barze, a ten kiwnął głową na znak, że nikt nie majstrował przy kartach podczas mojej chwilowej nieobecności. Chwyciłem za grillowaną kiełbachę, ugryzłem spory kawał, a resztę rzuciłem Mesjaszowi siedzącemu przy moim krześle. Usłyszałem syk niezadowolenia wśród graczy, ale żaden z nich nie powiedział mi w twarz z czym dokładnie ma problem. Zresztą, pierdolić ich, to moje przedstawienie.
   Mesjasz był psem. Do licha, mam nadzieję, że nadal nim jest! Nie wiem, jak udało mu się przeżyć w świecie, w którym nawet wiewiórki (o ile nie były za bardzo zmutowane) uchodziły za niezwykły przysmak. Być może zawdzięczał to swojej podłości, być może zawdzięczał to również i mnie. A może po prostu miał cholerne szczęście.
   Wytarłem tłuste paluchy o koszulę i podniosłem ze stołu moje dwie karty: króla pik i trójkę kier. Ludzie zwietrzyli chyba nadchodzący finał, bo krąg gapiów wokół stołu zaczął się wyraźnie zacieśniać. Barman będzie mi musiał coś niecoś odpalić za ściągnięcie klienteli do tej nędznej knajpy. Ale póki co trzeba było dokończyć tę nieszczęsną partię. Spojrzałem na Dryblasa, a ten wyłożył piątą, ostatnią kartę - dziewiątkę kier. Cholera.
   Ostatniej licytacji nie było. Obaj z Parmezanem już dawno weszliśmy "ol in", a ja nawet trochę ponad to. No nic, pozostało już tylko:
   - Para króli, przeciwko...
   - Stritowi.
   - Kurwa! – wyplułem. - Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa!
   Nawet nie próbowałem uciekać - nie przy tych wszystkich pizdrutach czekających na przedstawienie. Dopiero teraz zaczęło się tu robić tłoczno. I gorąco. Do knajpy wchodzili ludzie z ulicy, którzy słyszeli o zakładzie, ale nie stać ich było nawet na piwo. Być może barman tym razem zrobi wyjątek i pozwoli im popatrzeć.
   Zawołałem o whisky. Całą szklankę whisky. Z zawiniątka w kieszeni wyciągnąłem dwie zielone i mocno podejrzane pigułki. Połknąłem. Popiłem. Spokojnie poczekałem, aż zaczną działać. W końcu to moje przedstawienie, do kurwy nędzy!

***

   Darłem się. Darłem się jak diabli! Nie bolało tak mocno, ale było cholernie przerażające. I obrzydliwe. Więc darłem się wniebogłosy. I w końcu swoim prawym okiem ujrzałem lewe. Byłem prawie nieprzytomny. Po raz kolejny – nie z bólu. Z przerażenia. Z przepicia. Ze zmęczenia.
Świeżo wydłubaną, okrwawioną gałkę oczną wrzuciłem Parmezanowi do szklanki. Popatrzył na mnie szyderczą dwójką oczu, po czym sięgnął po brudną szklankę. Patrzyłem jak moje lewe oko znika w jego gardle. Grał twardziela. I przepełniała go duma.
   Później nie był już taki twardy - na zapleczu, z gołą dupą, z kutasem zagłębionym w jakiejś dziwce i z rękojeścią noża wystającą z pleców. Trząsł się i ślinił. Płakał widząc jak zabieram jego broń i wszystkie fanty. Włożyłem mu w usta papierosa, a gdy się zaciągnął poderżnąłem mu gardło. Zabrałem również Volkswagena. Parmezanowi nie był już potrzebny.

Offline Czarna Mamba

  • Kot Behemot
  • ***
  • Wiadomości: 114
  • Płeć: Kobieta
  • Today is a good day to die.
    • Zobacz profil
Odp: 6 fantastycznych książek Wydawnictwa Fabryka Słów do zgarnięcia!
« Odpowiedź #14 dnia: Wrzesień 26, 2010, 04:00:51 pm »
Biała i Czarna
   Druid był zawsze tam, gdzie go potrzebowano. Nigdy nie dostawał żadnych wiadomości, nikt po niego nie posyłał, po prostu zjawiał się w najmniej oczekiwanym momencie.
   Raisa wędrowała już od dwóch dni i była na skraju wyczerpania. Wiedziała, że zostało jej mało czasu, więc tylko przyspieszyła kroku. Widziała już bramy miasteczka Verona, widziała ludzi uciekających w popłochu z podręcznym bagażem. Widziała żołnierzy pędzących tam i z powrotem na zmęczonych koniach, którym piana toczyła się z ust. Raisa dotknęła ręką czoła, zamknęła oczy i wysłała iskierkę mocy w samą siebie, aby dodać sobie sił. Gdy podniosła powieki widziała łeb wielkiego, czarnego rumaka tuż przed swoją twarzą. Chwilę później poczuła czyjąś dłoń na ramieniu, a gdy odwróciła się jej wzrok natknął się na rycerza w pełnej zbroi.
- Jesteś druidką? – usłyszała niewyraźny głos wydobywający się spod hełmu. Zdziwiła się, iż był to dość piskliwy głos, który w ogóle nie pasował do ogromnego człowieka stojącego przed nią.
- Tak. Czy to jakiś problem? – odpowiedziała dość niemiłym tonem. Nie mogła tracić sił na rozmowy z nic nieznaczącym żołnierzykiem, gdy tam, w mieście były zagrożone trzy życia. Trzy życia, na które miała wpływ.
- Pojedziesz ze mną, rozkaz króla Berga. Królowa jest w ciąży – odparł rycerz i bezceremonialnie chwycił ją za przegub. Druidka wyszarpnęła dłoń i nie zważając na tłum ludzi uderzyła go mocą. Kupa żelaza przeleciała kilka metrów i z wielkim hałasem walnęła o stojących w pobliżu ludzi. Raisa nie tracąc ani chwili wskoczyła na rumaka i ruszyła z kopyta w głąb miasta. Królowa da sobie radę, jej ciąży nic nie zagraża.
   Ludzie umykali spod kopyt konia spłoszeni i rozwścieczeni. Niektórzy mężczyźni widząc kobietę jadącą wierzchem wymachiwali w jej kierunku dłońmi składając je w obraźliwe gesty. Raisa czuła, gdzie musi jechać. Nie zastanawiała się, gdy znajdowała się na skrzyżowaniu uliczek ręce same kierowały konia. Wiedziała, że jest bardzo blisko.
   Jest! Mały domek, uboga chata z rozwalającymi się drzwiami, które teraz były otwarte na oścież. Podjechała na tyle blisko, na ile pozwalał jej wciąż gęstniejący tłum i zeskoczyła z rumaka. Nie obchodziło jej co się z nim stanie, więc po prostu puściła go wolno, a on pobiegł w pierwszą lepszą uliczkę. Poprawiła torbę na ramieniu i weszła do chaty. Od razu zauważyła piątkę ludzi, z czego młodą kobietę leżącą na sienniku.
- Kim ty do diabła… - zaczął stary mężczyzna, ale druidka nie dała mu nawet dokończyć.
- Przegotuj wodę, dużo wody. Przynieś szmaty, ale czyste – zwróciła się do oszołomionego starca z poleceniami sama chodząc po izbie i zbierając rzeczy – A ty – wskazała palcem na młodego chłopaka – przenieś ten stolik bliżej łóżka. Ruszajcie się! I tak nie zdążycie już uciec, może uda wam się ocalić życia! Jej nie wyniesiecie stąd na własnych rękach, a sama nie wyjdzie na pewno!
   Mieszkańcy spojrzeli na nią jak na zjawę. Stara, pomarszczona kobieta rzuciła się na kolana przed nią i zaczęła płakać ze szczęścia.
- Druidka! Przeżyjemy, dzięki ci o Pani! – kobieta zaczęła tulić się do jej nóg i całować jej buty.
- Wstań, kobieto. Bardziej mi się przydasz z trzeźwym umysłem, niż gdyby miał być zaprzątnięty niepotrzebną wdzięcznością. Jeszcze nic nie zrobiłam…
   Dziewczyna leżąca na łóżku krzyknęła przeraźliwie. Miała ogromny brzuch, za który teraz trzymała się kurczowo. Jej twarz świeciła się od potu płynącego strumieniami, w oczach było widać tylko ból. Raisa podeszła do niej i przyłożyła ręce do brzucha. Zrobiła kilka ruchów, po czym bardzo brzydko zaklęła. Dzieci były źle ułożone, poza tym jedno zaplątało się w pępowinę. Młody chłopak otrząsną się z szoku i szybko przeniósł stolik pod samo łóżko. Druidka rzuciła na niego swoją torbę i zogniskowała nad dłonią trochę mocy. Powstała nieduża kula światła, która powędrowała nad brzuch ciężarnej.
- Posłuchaj, nie mogę ci dać nic przeciwbólowego, bo nie mogę zatrzymać skurczy. Gdybym to zrobiła, dzieci by umarły a Ty razem z ni…
- Ja chcę umrzeć!!! – nie dała jej dokończyć młoda kobieta – To jest okropne! Gdybym wiedziała, nigdy bym cię nie wpuściła do łoża! – mówiąc to spojrzała na przestraszonego chłopaka – Dlaczego to nie Ty cierpisz tylko ja?! – jej krzyk przeszedł w anormalne tony i stał się okropny wrzask.
- To ci teraz nie pomoże! Zastanowisz się później, a teraz rób co mówię, to może z tego wyjdziemy cało. Przede wszystkim oddychaj i nie trać sił na słowa. Uspokój się, przestanie tak boleć. Spokojnie, wdech, wydech, wdech, wydech. Lepiej, prawda?
Raisa spojrzała na mężczyzn i skinęła głową na drzwi. Wyszli bez słowa. Nie spełnili swoich zadań, ale nie to było ważne. Wyszli, nie będą przeszkadzać. Spojrzała na róg pokoju, w którym siedziała skulona mała dziewczynka. Nie miała dla niej żadnego zadania, a nie miała serca, aby wygonić ją na zewnątrz, gdzie lada moment zacznie się walka. Zignorowała ją po prostu.
Druidka podniosła spódnicę ciężarnej dziewczyny i zauważyła, że krew pokrywa jej znaczną część. Dzieci żyły, czuła to, ale te plamy były złym znakiem. „ Zaczynamy zabawę” pomyślała smutno, po czym przystąpiła do pracy. Powoli wysyłała moc wewnątrz kobiety, aby przesunąć dzieci i umożliwić im wydostanie się na świat. Wciąż jedno z nich było zaplątane, więc skierowała swoją siłę na to dziecko. Poruszyła jego rączką, delikatnie w lewo, potem w prawo. Teraz do góry, trzeba zaczepić pępowinę o palce. Raz, nie udało się. Drugi, nic. Za czwartym razem nić matki przestała unieruchamiać chłopczyka i był on wolny. Przesunęła go jeszcze odrobinę i usłyszała krzyk rodzącej kobiety. Udało się! Dziecko zaczęło wychodzić.
- Oddychaj, kochana! Dasz radę! Jesteś silną kobietą, córeczko – pocieszała ją matka.
- Przyj na raz, puszczaj na dwa – powiedziała Raisa i delikatnie przycisnęła brzuch młodej – Raz!
   Krzyk ciężarnej zmieszał się z wrzaskami na zewnątrz. Z wrzaskami zabijanych: mordowanych i mordujących. Do domu wpadł zakrwawiony chłopak i padł w drzwiach. Druidka podbiegła do niego, położyła dłoń na szyi. Nic, nie wyczuła nic. Nie żył.
   Moc, czarna moc wniknęła w nią. Spojrzała oczami, nie swoimi oczami, na martwego. Uniosła dłoń, ciężką jak z ołowiu i zatrzymała ją nad jego sercem. Czarna struga mocy wypłynęła z niej, prosto w nieżywego.
   - Broń nas – powiedziała ochrypniętym głosem. Chłopak wstał, krew już nie sączyła się z jego szyi. Wyszedł z domu biorąc tylko młot stojący przy drzwiach. Usłyszeli krzyki ludzi, którym odbiera się życie w brutalny sposób.
   Raisa otrząsnęła się i podeszła do kobiet. Starsza z nich trzymała w rękach małego chłopca, czerwonego i krzyczącego w niebogłosy. Leżąca na łóżku dziewczyna była mocno zmęczona, jej twarz była skrzywiona w brzydkim grymasie bólu.
- Raz! – powiedziała od razu druidka i wysłała swoją, białą moc w rodzącą. Dziecko powoli wystawiło główkę, wychodziło coraz bardziej – Dwa! - główka dziewczynki była już na zewnątrz, ale coś było nie tak – Raz! – ramiona, prawe było płaskie, zmasakrowane – Dwa! Jeszcze raz, dasz radę, tylko musisz się bardzo postarać. I raz! – dziecko prawie wyskoczyło z kobiety, ale jego prawa nóżka też była zgnieciona. Młoda matka nic nie zauważyła, zemdlała. Dla niej to był koniec walki, koniec cierpienia, teraz był czas na odpoczynek.
   Raisa dokończyła odcinanie pępowiny i spojrzała na starszą kobietę nadal trzymającą chłopczyka. Dziecko już nie płakało, teraz tuliło się i ssało szmatkę, w którą było owinięte.
- Mogę je uleczyć, ale za to zabiorę życie jego ojca – powiedziała druidka wskazując na dziecko ze zmasakrowanymi prawymi kończynami. Takie było prawo. Matka za syna, ojciec za córkę.
- Zrób to. Ona poradzi sobie, znajdzie drugiego męża – oczy kobiety były wypełnione łzami, ale jej głos był twardy i stanowczy.
   Dziewczynka została położona na stoliku, Raisa obmyła delikatnie jej ciało wodą. Następnie z jej dłoni wypłynęła moc w kierunku rączki i nóżki dziecka. Czuła ból, ale wiedziała jak unikać okazywania go. Odbudowywanie było wyjątkowo bolesne dla osoby, która to robiła. Małe ramię zaczęło nabierać kształtów, udo stawało się coraz bardziej podobne do drugiego. Dziecko krzyknęło. Był to krzyk zdrowej dziewczynki.
- Zajmij się nimi, już chyba po walce. Musisz dać sobie radę sama, córka będzie słaba jeszcze przez kilka dni. Ja nie mogę ci pomóc, to nie jest moja rola – Raisa powiedziała to bezbarwnym tonem, po czym zabrała torbę i skierowała się w stronę drzwi – Napar z mleczy i pokrzywy szybko postawi na nogi dziewczynę. Na sen daj jej zaparzoną herbatę z liści olchy.
   Wyszła. Przed domem stał zakrwawiony ojciec dzieci, bez jednej ręki i z nogą wykrzywioną pod nienaturalnym kątem. Spojrzała na niego i powiedziała jedno słowo. „ Zgiń”. Chłopak padł na ziemię i nie podniósł się nigdy więcej.
   Pani Życia i Śmierci odeszła uliczką zasłaną trupami.
Każdy szermierz dupa, kiedy wrogów kupa.