Przeczytałem
Tysiąc wspaniałych słońc. Powiem Wam, że dość szybko, bo w zasadzie od piątkowego popołudnia do poniedziałku. Z pominięciem soboty, bo taki katar mnie męczył, że nie miałem ochoty sięgnąć po książkę.
Zaletą powieści Hosseiniego, mądrością, którą ja z lektury wyciągnąłem jest rzucenie światła na kulturę i krajobraz Afganistanu. Tak naprawdę statystyczny Polak czy europejczyk niewiele wie o tym kraju. Osama, Talibowie, wojna z terroryzmem, te hasła na pewno nam się kojarzą. Ale już wymienienie jakiejkolwiek innej miejscowości w Afganistanie oprócz Kabulu jest trudniejsze. A szkoda, bo Afganistan to kraj na swój sposób piękny, interesujący a zarazem smutny, o trudnej historii, sponiewierany wojnami, które stały się jego przekleństwem. Jaką miłością można pałać do tego kraju pełnego nieszczęść? Daje nam przykład Lajla, która po latach wojny, mimo, że znalazła szczęście u boku swej miłości z dzieciństwa w sąsiednim Pakistanie, pod koniec opowieści chce jednak wrócić do rodzinnego Kabulu, w którym zaznała tylu nieszczęść ze strony męża, w którym od pocisków rakietowych zginęło wielu jej bliskich.
Na początku książki poznajemy Afganistan jako całkiem zwyczajny, rozwijający się kraj. Przynajmniej główne jego miasta. Żeby nie nieszczęścia wojny myślę, że mógłby rozwijać się dalej. Mam wrażenie, że to zagraniczne mocarstwa są w głównej mierze odpowiedzialne za to, że kraj ten jest teraz ruiną. Najpierw niszczyli go sowieci, później dżihad przeciwko nim. Wojny domowe, Talibowie. Zagraniczne mocarstwa zaopatrywały wszelkiej maści bojowników w broń, która następnie obróciła się przeciwko nim. Stracił kraj, jego kultura, a najwięcej chyba cywile.
Hosseini rzuca światło na tragedię swojej ojczyzny. Na pewno towarzyszyła mu przy pisaniu intencja, jak najwięcej ludzi dowiedziało się o sytuacji w Afganistanie.
Trudno się człowiekowi, jako elementowi społeczeństwa ludzkiego na dzisiejszym poziomie rozwoju kultury, w dobie poszanowania praw człowieka, demokracji, pogodzić się z tym, że są jeszcze na Ziemi rejony, gdzie panuje takie średniowiecze i barbarzyństwo.
Przerażające jest to, że ta książka nie opowiada o wieku XVII, XVIII czy nawet XIX. Ona mówi o wieku XX, o schyłku dwudziestego wieku, a w końcówce nawet o wieku dwudziestym pierwszym. Spoglądając na daty w tytułach rozdziałów nieustannie nachodziły mnie porównania ze swoim dzieciństwem i kolejnymi latami. To, jak traktowano w Afganistanie kobiety, jak stosowano to barbarzyńskie prawo działo się w tym samym czasie kiedy ja chodziłem sobie beztrosko do szkoły, kiedy u nas w kraju panowała demokracja, kiedy człowiek mógł być pewny swego bezpieczeństwa i nie bał się, że na jego dom może spaść bomba. Ten sam czas! Oczom się nie chce wierzyć.
I tak porównywałem sobie nieustannie co ja robiłem w czasie kiedy bohaterki powieści przeżywały swoje ciężkie losy.
A przecież to w jakimś stopniu jeszcze trwa. Co jakiś czas słyszy się o walkach w Afganistanie, o zamachowcach samobójcach detonujących bomby w sercu Kabulu.
Książki takie jak ta pióra Khaleda Hosseiniego uświadamiają nam jakie mamy szczęście, że żyjemy w takim kraju jak Polska. Mimo narzekań, tych tysięcy rodaków, którzy uważając, że ojczyzna zeszła na psy wyjeżdżają do Irlandii. Bo w Polsce źle..