"Historia Alejandra Mayty" – z jednej strony to jest opowieść o pisarzu poszukującym materiałów do najnowszej powieści na tle Limy wstrząsanej niepokojami polityczno-społecznymi, której grozi kolejna rewolucja, mogąca wybuchnąć w każdej chwili. Z drugiej to jest opowieść o Maycie, działaczu na rzecz rewolucji, marzącym o tym, że wszyscy będą równi, czyli o utopii. Mayta, wieloletni trockista, widząc, że dyskusje do niczego nie prowadzą, no chyba że do podziałów, podejmuje się aktywnego uczestnictwa w rewolucji z przypadkowo poznanym młodym chorążym, Vallejosem. Właściwie powieść skupia się na pewnym wątku sprzed ponad dwudziestu lat – na sprawie Jaujy, która była przełomowym punktem w życiu Mayty. Autor usilnie usiłuje dociec, co się wtedy dokładnie wydarzyło, odtworzyć tamte zdarzenia, dotrzeć do prawdy, lecz to nie takie proste.
Z jednej strony książka nieco mnie nudziła i irytowała – te ich spory, który z nich jest większym komunistą, kłótnie pseudo ideologiczne, o nazwę (RPR czy RPR(T)), cały ten światopogląd oderwany od rzeczywistości – dla mnie to zwyczajnie nie ma sensu, szczególnie biorąc pod uwagę, do czego to doprowadziło. Z drugiej to była interesująca lektura o poszukiwaniu prawdy i próbie odtworzenia pewnych zdarzeń, że odpowiedź rzadko kiedy (jeśli w ogóle) jest taka, jakiej oczekujemy.
Na pewno dużym plusem jest zakończenie – w pewien sposób zagmatwane – to czytelnik ma ocenić, co jest prawdą, a co fikcją.
Ponadto brak jednoznacznego podziału na to, co się działo teraz, a co było wspomnieniem, przez co trzeba było czytać uważnie, aby się nie pogubić, czy to już wspomnienie, czy to dotyczy czegoś aktualnego.