Autor Wątek: Cnotliwy rycerz  (Przeczytany 279 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline telesfor14

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 3
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Cnotliwy rycerz
« dnia: Styczeń 28, 2012, 10:49:22 am »
Cześć! Napisałem kiedyś coś takiego i chciałem u was zasięgnąć rady, co o tym sądzicie. Wiem, że dosyć długie, ale zachęcam do przeczytania :)

Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. W sumie to nikt z gości gospody „Pod białym jeleniem” nie wiedział czy ten dźwięk wydały drzwi, czy też może zbroja jegomościa, który się w nich pojawił.
- Słyszałem, że w tutejszej karczmie zatrzymał się Dainty Soulmoir – rzekł przybysz z wyraźną niechęcią w głosie.
Pomieszczenie nie należało do najpiękniejszych. Ściany były odrapane, stoły brudne. Podłoga chyba nigdy nie została porządnie posprzątana. W powietrzu unosiła się woń spalonego jedzenia. Taki cnotliwy rycerz jak on nigdy nie zagląda z własnej woli w podobne miejsca.
Miał on około czterdziestu lat. Już po wyglądzie można było dostrzec, że jest dobrym wojownikiem. Był potężnie zbudowany i miał bliznę na prawym policzku od oka aż po brodę. A jak każdy człowiek wie, taki ślad dodaje wojakowi chwały. Krótko ostrzyżone, blond włosy i duże, szlachetne oczy musiały przyprawiać niejedną pannę o zawrót głowy.
Rozejrzał się po sali. Izba była w stanie pomieścić około 70 osób, jednak o tej godzinie znajdowało się tam tylko paru robotników korzystających z przerw w pracy. Żaden z nich nie wyglądał tak jak osoba, której szukał. No i żaden z nich nie kwapił mu się raczej odpowiedzieć. Czasem lepiej nic nie mówić, niż powiedzieć za dużo. Tym bardziej za darmo.
Widząc, że od miejscowych raczej nic się nie dowie, rycerz ruszył w kierunku karczmarza. Był to niski, gruby mężczyzna w poplamionym fartuchu. Nie wyglądał na starego, miał już jednak pokaźną kolekcję siwych włosów na głowie, nabytych zapewne przez ciągły stres, czy w końcu któryś ze zbyt napitych klientów nie puści jego interesu z dymem.
- Ty tu jesteś właścicielem? – spytał dobitnie przybysz.
- Może – karczmarz spojrzał na niego podejrzliwie. – A kto pyta?
- Rycerz Habalub z Kseny – odpowiedział gość. Na jego twarzy pojawiła się duma ze swojego pochodzenia. – Pogromca czarnej wiwerny z Solebridge, bandy Hanka Niziołka grasującej w Północnej Sabaudii i wielu innych złoczyńców oraz potworów pałętających się po tym pięknym świecie. A więc, jesteś tu właścicielem, czy nie?
- Może i jestem. – odburknął oberżysta. Przechwałki nie wywarły na nim żadnego wrażenia. – A co ci do tego?
- To mi do tego, – odrzekł Habalub z wyraźnym zniecierpliwieniem – że poszukuję niejakiego Daintie’go Soulmoira. Słyszałem, że zatrzymał się tutaj.
Karczmarz chwilę drapał się po głowie, analizując sytuację, po czym rzekł:
- Mi tam nic o tym nie wiadomo.
„Jak w tych czasach ciężko znaleźć kogokolwiek, kto pomoże ci za darmo” westchnął rycerz i od niechcenia rzucił na karczemny stół jedną złotą monetę.
- Może się jednak zastanowisz? – zapytał Habalub, starając się przybrać jak najmilszą minę.
- No… - karczmarz rozejrzał się niepewnie wkoło, chcąc sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje i szybko schował pieniądz. Przecież za jedną monetę nie będzie narażał całego interesu. Ściszając głos, odpowiedział – Jakiś Dainty się tu chyba zatrzymał. A skąd, to co mi do tego?.
- A gdzie on? W izbie? – tym razem przybysz nie ukrywał zaciekawienia.
- Gdzieżby! – stwierdził gospodarz nie przestając mówić szeptem. -O tej godzinie nigdy go ni ma! Wychodzi zawsze gdzieś z tą swoją całą pieprzoną bandą. Ale niedługo powinien wrócić. Zawsze wraca. Chce pan, to może se usiąść i poczekać. – Widząc, że Habalub nie należy do najbiedniejszych, postanowił jeszcze na koniec spróbować wykorzystać sytuację i zapytał  – Podać coś?
Rycerz nawet nie raczył odpowiedzieć na pytanie gospodarza. Znał takie miejsca jak to. Piwo w nich było niczym pomyje, a jedzenie zatęchłe i źle sporządzone. Lepsze rzeczy serwowano tylko ze strachu grupom bandytów, którzy przyjeżdżali do miast skosztować uroków tutejszego życia. I przy okazji trochę się przy tym obłowić.
Odszedł od lady i skierował się do miejsca w kącie sali, z którego mógł obserwować całe pomieszczenie. Wyjął pergamin, kałamarz i gęsie pióro, zaczynając pisać poemat do swojej ukochanej. Drzwi co chwila się otwierały, ale Habalub nie zwracał na to uwagi, gdyż byli to głównie robotnicy, którzy dopiwszy piwo czym prędzej czmychali, przeczuwając zbliżające się kłopoty. Ci, którzy chcieli wejść, widząc tylko samotnego rycerza i pustą izbę, szybko zmieniali zdanie. Karczmarz raczej nie był z tego powodu zadowolony i mimo napiwku jaki otrzymał, patrzył spode łba na nieproszonego gościa. O tej godzinie przecież „Biały jeleń” zawsze zaczynał się zapełniać.
Po upływie pół godziny, gdy wszyscy klienci zdążyli już opuścić gospodę, nagle weszło do niej sześciu rosłych mężczyzn w skórzanych kaftanach, głośno rozmawiając i przy tym śmiejąc się do rozpuku. Trzech z nich miało u pasa miecze, jeden nosił na plecach jedną z sławnych kuszę garrońskich, a pozostała dwójka trzymała w rękach tylko maczugi nabite ćwiekami.
- Co to kochany gospodarzu tak tu pusto? – zapytał ze zdziwieniem mężczyzna wyglądający na przywódcę bandy. Miał około czterdziestki, śmiałe, niebieski oczy i krótko ostrzyżoną brodę. W odróżnieniu od swoich kompanów, jego ubranie było czyste i dużo lepszej jakości. Zapewne kupowane u jakiegoś lepszego tkacza w mieście. Lub kradzione. Rozejrzał się dookoła i dopiero po chwili spostrzegł siedzącego w kącie Habaluba. – Czyż to ten pisarz w kącie wystraszył wam całą klientelę? Może i lepiej, przynajmniej będzie cisza i spokój bez tej tutejszej hołoty. Leć i przynoś nam coś do jedzenia. Z głodu umieram. Tylko szybko, bo znów nam będziesz narzekał, że ci nie zapłaciliśmy za dostarczenie żarcia po godzinie czekania. Wiesz, że tego nie lubimy.
- Prawie nigdy mi nie płacicie – odparł chłodno oberżysta topiąc wzrok w swoich brudnych butach.
- No właśnie, prawie. Ale co się dziwisz, skoro zamiast robić tylko klepiesz tą swoją tępą jadaczką. A teraz mi tu do cholery nie marudź, tylko jedzenie przynoś, bo i to prawie się niedługo skończy!
Cała kompania ruszyła za przywódcą w kierunku pięterka śmiejąc się przy tym z właściciela, gdy nagle, siedzący do tej pory cicho rycerz, wstał od stołu szurając przy tym krzesłem i przypominając im o swojej obecności.
- A to pan też wychodzi? – zapytał zdziwiony dowódca. – Jaka szkoda. Mam tylko nadzieję że to nie przeze mnie i moich przyjaciół.
- To ty jesteś Dainty? – odparł zimno Habalub.
- Po co tak ostro kolego – herszt uśmiechnął się do niego takim uśmiechem, jakiego nie cierpi, pokazując jednocześnie swoje czarne zęby. – Widzę, że ty znasz moje imię, a ja twojego nie. Może najpierw raczyłbyś się przedstawić, he?
- Jestem Habalub, syn wielebnego Kerstena, rycerz miłościwego króla Kseny, Rothgara Uczciwego, znany również w niektórych częściach świata jako…
- Mniejsza o to jak cię zwą – przerwał mu nagle Dainty. – Darujmy sobie przydomki i przejdźmy do rzeczy. Czego ode mnie chcesz, bo nie mam czasu na głupie pogawędki?
- Przyszedłem wyzwać cię na pojedynek. – oczy Habaluba płonęły nienawiścią. Widać było, że nie żartował.
- Hola, hola. – Dainty zaczął się śmiać – Dopiero co go poznałem, a ten już się chce bić. Trochę manier, co nie Buck?
- Racja – odparł zapytany Buck. Nie był on co prawda najwyższy spośród towarzyszy, jednak i tak imponował wzrostem. Krępy, z tatuażem na ramieniu, był właścicielem jednej z owych sławnych kusz z Garronny. Musiał ją albo ukraść, albo zdobyć w walce, gdyż Garrończycy niechętnie nawet sprzedawali swoje sławne oręże. Sprawiał również wrażenie najmądrzejszego spośród pozostałej piątki. – Najpierw trzeba usiąść, napić się gorzałki, pokłócić się przy tym, a dopiero potem do diaska walczyć.
- Mam swoje powody – odparł Habalub przez zaciśnięte zęby.
- Doprawdy? – Na twarzy Dainty’iego rysowało się wyraźne zaciekawienie. Usiadł na pobliskim stołku i postawił nogi na stół. – To ciekawe, bo ja nie mam żadnych. Nie przypominam sobie, by jakaś z moich dziewek pochodziła z Kseny. A już na pewno by była żoną kogoś o tak dźwięcznym imieniu. – Ostatnie zdanie wzbudziło gromki śmiech wśród kompanii Daint’iego.
- Przymknij swoją gębę, bo będziesz musiał walczyć również za obrazę mojego honoru! A teraz wstań i rozmawiaj jak mężczyzna z mężczyzna – odpowiedział wyraźnie wzburzony rycerz.
- Cóż za niespotykane zjawisko! – Dainty zaczął się śmiać. - Honoru mu się zachciało! Jaśnie miłościwy Habalubie Cnotliwy, racz nie zabijać, bom nie godzien! Dzieci do utrzymania mam! Prawda, kompania?!
- A jakże, bękartów co nie miara! – stwierdził najwyższy z szóstki, zarzucając swoją maczugę na lewe ramię.
- Żebyś chociaż znał ich imiona! – krzyknął Buck również siadając obok dowódcy. Cała kompania ryknęła śmiechem.
Zbity z tropu Habalub, niepewnie zapytał:
– Czyli jednak wiesz o co się rozchodzi, nikczemniku!
- Nikczemniku, dobre sobie, co nie? – Powiedział Dainty z wyraźnym rozbawieniem – Ledwie parę dziewczyn bez ich woli chędożyłem, kilku kupców żem napadł i z dziesięć wsi z dymem puściłem, a ten już mnie nazywa nikczemnikiem. Jak tak można panie rycerzu?! Tak bez powodu!
- Szefie, pozbyć się go szybko, żeby nam się tu pod nogami dupek jeden nie plątał? – zapytał rudzielec, najprawdopodobniej służący w grupie za sprzątacza przeszkadzających natrętów.
- Sten’y, nie bądź taki niegrzeczny dla naszego przyjaciela, nie widzisz, że my tu sobie miło gawędzimy? Spocznij sobie rycerzu tu koło nas. A wracając do sprawy, któż to cię tu przysłał?
Habalub usiadł, nie spuszczając cały czas z oka kompanii Dainty’iego. Ta cała rozmowa zaczynała go już irytować. A już szczególnie bezczelność Soulmoir’a. Przez całe życie miał już do czynienia z wieloma takimi jak on, jednak zawsze sprawiali wrażenie tłumoków, którzy jedynie potrafią rozbijać innym głowy. Ten natomiast rozmawiał z nim tak, jakby przeprowadzali miłą pogawędkę przy herbacie. Na dodatek przyjaźnie się uśmiechał. Jakby z politowaniem. I jeszcze ten ironiczny ton. Rycerz z Kseny nie cierpiał go. Przypominało mu to takiego jednego z Dullmary. Ale to już zupełnie inna historia.
- Nie twoja sprawa dupku. – chciał, żeby jego odpowiedź brzmiała jak najdobitniej. Nie udało mu się to jednak, gdyż był zbyt zdenerwowany. Wiedział, że traci w oczach przeciwnika. - Nie jesteś godzien nawet usłyszeć jej imienia, a co dopiero mówić o tym, co jej zrobiłeś! Musisz zapłacić za to, że splamiłeś honor mej narzeczonej.
- Narzeczonej? Mniejsza o to, co mnie przecież obchodzą jakieś tam twoje dziwki. A co jak nie zechcę?
- Nie ma nawet takiej możliwości. Przecież jesteś człowiekiem niższego stanu. Tacy jak ty nie mogą odmówić walki pełnoprawnemu rycerzowi! Zabrania tego kodeks i prawo.
- Aa. Zapomniałem. – przybrał zatroskaną minę, pełną wstrętu i pogardy – Przecież ja jestem tylko biednym gościem tej karczmy. Ja i moi chłopcy nie powinniśmy nawet spoglądać na twoje miłościwe oblicze, mości rycerzu. Może lepiej żebyśmy sobie poszli, niż żeby twój miecz skalał się krwią niegodnych?
„Dupek. Pieprzony dupek. Specjalnie stara się mnie wyprowadzić z równowagi. Gorzko tego pożałuje.”
- Nie trzeba. – Tym razem Habalub postarał się odwzajemnić minę Dainty’iemu. Nawet nieźle mu się to udało. – Mój miecz jest przyzwyczajony do picia krwi łotrów, złodziei i gwałcicieli. Nie będziesz wyjątkiem. – Skrzywił się w grymasie twarzy, który miał przypominać uśmiech.
- Ach, jak dobrze, że nie jestem jedyny! – Tym razem Dainty ograniczył się do lekkiego drgnięcia warg -  A co jeśli w dupie mam twój kodeks i prawo?
- A masz?
- Załóżmy, że nie. Wiesz co? Lubię cię Habalub, więc może i dostosuję się do twoich reguł. Widzisz, ludzie mojego stanu również potrafią być mili. – Powiedział Dainty i spojrzał na Stena. Ten zrozumiał doskonale polecenie przywódcy i nieznacznie przesunął się w stronę drzwi, dając rycerzowi do zrozumienia, że zasady zasadami, ale warunki dyktuje tu herszt. – A więc kiedy i na jakich zasadach chcesz walczyć?
- Zaraz, na placu za gospodą. O ile oczywiście karczmarz pozwoli. Gospodarzu, co wy na to?
Biedny właściciel gospody widząc co się święci, po przygotowaniu strawy dla bandy Danty’iego, postanowił schować co mniej odporne na rzucanie przedmioty przed rozpoczęciem bójki. Słowa Habaluba wyrwały go z tej pracy. Przez chwilę zdawało się, że nie do końca zrozumiał pytanie, gdyż na jego szerokim czole pojawiło się kilka zmarszczek. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że nikt nie zamierza niszczyć mu gospody i odetchnął z ulgą. Szkoda byłoby przecież stracić tyle trunków. A jeszcze bardziej szkoda stracić pieniądze, które wydał na ich zakup.
- Czy ja wim? – odparł karczmarz, starając się nie okazywać szczęścia, co nie za bardzo mu się udało. – Może byście gdzie indziej se poszli? Coś się stanie i bendzie zara na mnie, że jakieś nielegalne walki organizuję u siebie w domu. Burmistrz tego nie lubi.
- Nie trząś portkami jak mała dziewczynka Gush! – odpowiedział Dainty. Karczmarz wzdrygnął się jak oparzony, gdy usłyszał swoje imię. To z ich strony nigdy nie zapowiadało niczego dobrego. – Jak coś, to będzie na mnie. I tak zamierzałem się niedługo wynieść z tej zatęchłej dziury. Im szybciej tym lepiej. A więc chodźmy na podwórze załatwić to jak najszybciej, głodny jestem!
- Szefie, co się szef bedzie trudzić, weźmie się rycerzyka pod pachy i na zaplecze, jak z tym całym Buthelfordem, a nie bedzie nam tu skurwysyn pod uchem szczekać. – zaproponował piąty z towarzyszy, mający zapewne domieszkę ogrzej krwi, gdyż jego twarz nie przypominała ludzkiej. Miał dużo szerszą głowę, nieproporcjonalną do reszty ciała i ogromne łapska, wielkości których nikt poza tą północną rasą nie mógł się pochwalić.
- Burzuk, chce nasz przyjaciel honorowego pojedynku, to będzie go miał. – rzekł herszt, pomagając sobie rękami – Naucz się wreszcie do cholery szanować innych, a nie będziesz tylko wywijał to swoją zasraną maczugą! Gush, chodź tu i prowadź, toć znasz drogę.
„Oj, nie będę miał łatwo, jak poradzę sobie z tym pyszałkiem” – pomyślał Habalub. – „Ci jego kamraci za nic mają sobie zwyczaje i prawa. I jak tu w dzisiejszych czasach być cnotliwym rycerzem? Oby tylko w gębie byli lepsi niż w ręce, bo nie mam jakoś ochoty walczyć pięciu na jednego”
Właściciel poprowadził ich przez ciasny długi korytarz, od którego odchodziły drzwi od pokojów do wynajęcia. Pachniało w nim ziołami do odstraszania moli i komarów. Na ścianach wisiało parę mazideł, których przyzwyczajony do dworskiego życia Habalub nie mógł nawet nazwać obrazami. Na jednym z nich, jakaś plama, mająca przypominać człowieka, biegła z kijem za czymś, co tylko z kształtu było jelenia lub sarną. Na innym, z plamy wystawały cztery zielone łodygi kwiatów, które mógł zobaczyć tylko autor tego dzieła po zażyciu sporej dawki ziela z Countberry. Całe pomieszczenie oświetlały dwa małe, ledwo tlące się kaganki. Rolę dywanu spełniało coś, co wcześniej było chyba żoną karczmarza albo innym cudacznym stworem.
Chwilę potem wyszli na całkiem spory dziedziniec ze studnią pośrodku. Drewniane jej części pod wpływem wilgoci zaczynały butwieć, a właściciel raczej nie zamierzał ich naprawić zanim się całkowicie nie rozpadną W jednym z rogów rosła stara jabłoń, zaniedbana i najprawdopodobniej rodząca marne i robaczywe owoce. Plac z jednej strony był zamknięty przez budynek karczmy. Naprzeciwko niego znajdował się zrujnowany magazyn, gdzie składowano beczki z piwem, winem i innymi napitkami. Pozostałe dwie ściany nie miały nawet okien skierowanych w tę stronę. Były to zapewne budynki sąsiednich stajni. Jedne należące do Gush’a, drugie burmistrzowe. Karczmarz, nie chcąc uczestniczyć w całym zajściu, szybko opuścił towarzystwo, mając minę, jakby zaraz mieli go wsadzić za to co zrobił do więzienia.
- No to jak, panie rycerz, jakie zasady? – zapytał Dainty robiąc swoim mieczem młynki w powietrzu.
- Walczymy aż do śmierci. Nie ma litości. Musisz zapłacić za swój czyn! – Habalub przybrał poważną minę, chcąc pokazać przeciwnikowi, że nie żartuje.
- Aha, czyli niestety mogę umrzeć. – Dainty starał się udać rozpacz, ale nie za bardzo mu to wyszło. Tę minę jeszcze nie do końca dopracował. - Ah, co za szkoda, tyle pięknych kobiet na tym świecie, których nie zdążyłem spotkać. Chyba muszę się pożegnać z moimi kompanami. Żegnajcie moi drodzy! Ten wielki cnotliwy rycerz mnie zabije i zabierze wam ukochanego przywódcę. – towarzysze herszta zaczęli się śmiać. „Co za popaprana zgraja” pomyślał Habalub. – No nic, takie życie. Ale nie odmówisz mi chociaż jednej ostatniej przyjemności, prawda? No to dobrze. Buck, leć do tego durnego właściciela, co zwiał jak baba i przynieś ze dwa antałki piwa lub gorzałki. My przez ten czas dojdziemy do porozumienia, jak to wszystko ma się odbyć.
Habalub nie protestował, wiedział, że pijany przeciwnik nie będzie w stanie tak dobrze walczyć. Poza tym, jeden mniej tutaj, to zawsze jakieś ułatwienie.
Szybko doszli do porozumienia, że pojedynek odbędzie się na miecze bez tarcz, bo Dainty takowej nie posiadał. Nie chciał również zakładać zbroi, gdyż uważał ją za niepotrzebny balast, krępujący mu ruchy. W razie swojej śmierci obiecał rycerzowi, że jego towarzysze nie będą się mścili i puszczą go wolno. „Zobaczymy jak to będzie w praktyce…”
- Jak mówi kodeks rycerski, to do rycerza powinno w takich sytuacjach należeć prawo pierwszego ataku – przypomniał Habalub.
- Rób co uważasz mości panie. – odrzekł Dainty, patrząc na niego z lekceważeniem. - Ja się dostosuję. A teraz, czy możesz już to wreszcie do cholery zacząć, głodny jestem.
Habalub ruszył w kierunku przeciwnika. Zbroja krępowała mu ruchy, jednak zdążył się do tego już przyzwyczaić. Uniósł miecz celując w prawe ramię przeciwnika, jednak w ostatniej chwili zmienił kierunek i ciął w brzuch. Dainty odskoczył i odpowiedział uderzeniem od dołu. Rycerz z Kseny zablokował atak i przypuścił wiązankę szybkich uderzeń brzeszczotem. Łotr jednak wszystko albo blokował, albo stosował uniki. Widząc problem z przedarciem się przez obronę rywala, Habalub zrobił szybką fintę i zaatakował. Dainty jednak rozszyfrował jego plan. Zdążył się uchylić. Zaczęli tańczyć ze swoimi mieczami niczym dwa ptaki w tańcu godowym. Cały plac wypełnił się odgłosami uderzania miecza o miecz. Uderzenie z prawej, zmyłka, lewa strona, cięcie w brzuch, pchnięcie w podbrzusze. Wszystkie ich ruchy były zsynchronizowane. Każdy z nich widział kolejny ruch drugiego i zawsze udawało mu się w porę przeciwdziałać. Obaj próbowali wielu sekwencji uderzeń. Znowu unik, skok, próba podejścia z boku. Finta i szybki atak z lewej. Próba ataku od dołu z krocza w górę. Blok. Miecz uderza o mierz. Coraz szybciej i szybciej. Wkrótce nie można było rozróżnić, co jest człowiekiem, a co tylko złudzeniem. Cios. Odparowanie. Brzęk metalu. Głośny dźwięk uderzania metalu o metal. Dźwięk nadchodzącej śmieci. Coraz bliższy. Ptaki przestały śpiewać, wiatr ucichł, słońce ukryło się za chmurami. Tylko ten dźwięk. Habalub nie wiedział, czy Dainty słyszy to samo. On sam nie wiedział co słyszy. Czy to okrzyki dopingu towarzyszy Dainty’iego, czy też może mówiący coś przeciwnik. Nic się nie liczy, tylko ten wirujący taniec śmierci. Tylko świdrujący dźwięk metalu. Tylko oni i ich miecze. Rycerz stracił poczucie rzeczywistości. Walka. Walka. Nic poza walką. Ile to już trwa? Minutę, dwie, czy może godzinę. Czy to ma sens? Walka. Walka. Nic poza walką.
Dainty znów odparował cios Habaluba i wykonując półobrót ciął mocniej niż dotąd kierując klingę wprost w kierunku czaszki. Rycerz najpewniej zostałby przepołowiony, zdążył jednak znowu w ostatnim momencie się osłonić. Siła uderzenia nie była jednak taka sama jak zwykle. Odrzuciła obu na odległość około dwóch metrów i wybiła obu z rytmu. Habalub spojrzał na przeciwnika oddychając ciężko.
- Trzeba to kończyć mości panie – syknął rzezimieszek z grymasem zmęczenia i nienawiści na twarzy. Jemu również udzielił dziwny nastrój pojedynku. – Jesteś lepszy niż myślałem. To źle, bo ja nie lubię przegrywać.
Habalub nagle zdał sobie sprawę, że jeden ze zbirów, wysłany po piwo, do tej pory nie wrócił. A powinien już to zrobić dawno. Zupełnie jak w Dullmarze. Tylko wtedy był młodszy, ostrożniejszy. A teraz był zbyt pewny siebie. Uświadomił sobie, że już za późno. Nic się nie da zrobić. Zobaczył złośliwy uśmiech na twarzy Dainty’iego i dopiero teraz zauważył, że reszta kompanii, nie przestając krzyczeć, co chwilę zerka w stronę okien karczmy.
– Ty psie – tylko tyle zdążył powiedzieć. Przerwała mu nagła fala zimna i fakt, że z jego piersi wystawał bełt. Serce przestało mu bić, z rany tryskała krew. Upadł n na ziemię. Ostatnia myśl jaka mu przemknęła przez głowę to widok rodzinnych stron i zagajnika, w którym lubił bawić się jako dziecko. Reszta wspomnień nie zdążyła. Śmierć była szybsza. Zostawiła po sobie tylko grymas niedowierzania na ustach cnotliwego rycerza z Kseny.
- Szefie, tak jak szef chciał – wydarł się przez okno na piętrze Buck, wyraźnie z siebie zadowolony.
- I dobrze. Jednego cnotliwego rycerzyka mniej.
- A co z tym honorem co szef pieprzył przez cały dzień? – zapytał się mocno zdezorientowany rudzielec.
- Honor? Umarł razem z nim.

Offline Bacha85

  • Kot Behemot
  • ***
  • Wiadomości: 133
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
Odp: Cnotliwy rycerz
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 29, 2012, 08:04:54 pm »
Ogólnie czytało się przyjemnie, jest kilka drobiazgów, które spowodowały u mnie pewien zgrzyt stylistyczny. Od razu zastrzegam, że polonistką nie jestem, więc zrób z tym jak chcesz :)

jeden nosił na plecach jedną z sławnych kuszę garrońskich

Tu zgrzyt był chyba największy, gdyby dał coś w stylu: "Jedną ze sławnych garrońskich kusz", było by chyba lepiej. Ponadto jak później wspomniana jest ta kusza, za każdym razem powtarzasz słowo "sławna" może zamień je czasem na: "słynna"?

- Po co tak ostro kolego – herszt uśmiechnął się do niego takim uśmiechem, jakiego nie cierpi, pokazując jednocześnie swoje czarne zęby. – Widzę, że ty znasz moje imię, a ja twojego nie. Może najpierw raczyłbyś się przedstawić, he?
- Jestem Habalub, syn wielebnego Kerstena, rycerz miłościwego króla Kseny, Rothgara Uczciwego, znany również w niektórych częściach świata jako…
- Mniejsza o to jak cię zwą – przerwał mu nagle Dainty. – Darujmy sobie przydomki i przejdźmy do rzeczy. Czego ode mnie chcesz, bo nie mam czasu na głupie pogawędki?

Drobna niekonsekwencja? Jak rozumiem, miał wyrazić tym swoje lekceważenie, ale spróbuj to jakoś zmienić, dodać, jakiś krótki ironiczny komentarz w wypowiedzi Dainty'ego. Np. "- A zresztą nieważne, mniejsza o to, jak cię zwą..."

Szkoda byłoby przecież stracić tyle trunków. A jeszcze bardziej szkoda stracić pieniądze, które wydał na ich zakup.

Tu też zmieniłabym trochę konstrukcję zdania, może na: "- Szkoda byłoby przecież stracić tyle zacnych trunków, zwłaszcza, że nikt nie dał mu ich za darmo" Nie mówię, że koniecznie tak, ale raczej w ten deseń. Powtórzenie: "szkoda stracić" tak mi tu niezbyt pasuje.

To tyle :)
" Na krzewie obok, miodowy ptak gniazdo buduje skrzydlaty,
patrząc na niego wspominam, jak zabrałeś mi moje kwiaty"               Closterkeller - Cyan

"Så skapte hon mig i ulven grå
Och sade jag skulle åt skogen gå"           Garmarna - Vedergällningen

Offline sepulka

  • Kubuś Puchatek
  • Wiadomości: 9
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
Odp: Cnotliwy rycerz
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 30, 2012, 01:19:43 pm »
Nie jest najgorzej.
Uprzedzam: jestem wrednym krytykiem, ale skoro publikujesz tekst na forum i jeszcze w dodatku sam prosisz o komentarze, to proszę bardzo.
Zgadzam się z przedpiszcą - zgrzytów stylistycznych jest naprawdę dużo, tekst wymaga solidnej korekty pod tym względem.

Więc po kolei:
Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. W sumie to nikt z gości gospody „Pod białym jeleniem” nie wiedział czy ten dźwięk wydały drzwi, czy też może zbroja jegomościa, który się w nich pojawił.
Słyszałeś kiedyś skrzypiącą zbroję? A skrzypiące drzwi? To zdanie broni się tylko wtedy, gdy od razu chcesz zasugerować, że w karczmie siedzi banda przygłuchych półgłówków (bo każdy inny jednak rozróżniłby te dźwięki).
To zarzut, który można postawić również przy okazji innych fragmentów tekstu: zanim coś napiszesz, zastanów się, czy to jest możliwe/wykonalne.

Kiedy piszesz o robotnikach mających przerwę w pracy, ja oczyma duszy widzę bandę kolesi w jaskrawopomarańczowych koszulkach i kaskach na głowach. Jeśli akcja dzieje się w realiach średniowieczopodobnych (a to sugeruje obecność rycerza), to na litość nieba, jacy robotnicy? W średniowieczu? I jeszcze mający przerwę? Może jeszcze normowwany czas pracy, 8 godzin dziennie i urlopy? Nie ma zmiłuj: albo wyjaśniasz, skąd wzięli się robotnicy, albo zmieniasz ich na - bo ja wiem - najmitów?

Dalej: skąd, przepraszam, ten rycerz wyjął kałamarz i gęsie pióro? Kieszonkę miał w tej zbroi? Plecaczek na plecach?
Sam pomysł na to, by Wielki-Szlachetny usiadł sobie i zaczął pisać poemat jest cudownie absurdalny, podoba mi się. Ale pamiętaj, co pisałeś kilka akapitów wcześniej. Zbroja. (A jeśli miał też plecaczek, to warto o nim wspomnieć)

- Narzeczonej? Mniejsza o to, co mnie przecież obchodzą jakieś tam twoje dziwki. A co jak nie zechcę?
- Nie ma nawet takiej możliwości. Przecież jesteś człowiekiem niższego stanu. Tacy jak ty nie mogą odmówić walki pełnoprawnemu rycerzowi! Zabrania tego kodeks i prawo.
No chwila. Jakiś byle chłystek nazywa narzeczoną rycerza dziwką, a ten zamiast ciachnąć takiego mieczem przez łeb albo się chociaż oburzyć, zaczyna o kodeksie i prawie? Iiii tam,

Żona karczmarza jako dywan wprawiła mnie w stupor.

Opis pojedynku - rozumiem, że użycie krótkich zdań miało go zdynamizować. Ale nie wyszło niestety najlepiej.
Otóż krótkie zdania są dynamiczne, pod warunkiem, że w ich otoczeniu od czasu do czasu pojawi się i dłuższe zdanie. W przeciwnym razie są. Tylko. Krótkie. I. Trochę. Męczące.

Nie odpowiada mi też patos ostatniego dialogu, ale to już de gustibus, rzecz jasna.

Darowałam sobie wytykanie pomniejszych błędów: stylistycznych, składniowych, jakieś fleksyjne też się zaplątały, bo nie miałoby to większego sensu.
Ale jest w tym opowiadaniu potencjał. Czujesz dialogi (chociaż i one czasami zgrzytają), starasz się różnicować sposób wypowiedzi postaci, to obiecujące.
Czasami przekombinujesz, wprowadzając nieco na siłę tzw. "elementy komiczne"; ale masz poczucie absurdu, a za to punkt.
Szlifuj, szlifuj, warto.
I może wymyśl jakieś własne uniwersum? Bo ileż mozna w tym pseudośredniowieczu siedzieć?
Powodzenia!