Literaturę z gatunku fantasy pod kątem własnego gustu mogę podzielić na dwie kategorie: pierwsza- fantastyka w której świat żyje własnym życiem i jednocześnie niesamowicie rozbudzająca wyobraźnię i którą czytam (połykam wręcz bez popijania) chętnie; druga – bajeczki dla grzecznych dzieci, które podczas czytania leją słodycz do gardła w tak brutalny sposób w jaki nielegalnie tuczy się drób. Na szczęście kilku wyśmienitych pisarzy zaspokaja moje potrzeby. Jednym z nich jest właśnie Wolfgang Hohlbein wraz ze swoim najnowszym dziełem pod jakże majestatycznym tytułem „Thor – Saga Asgard”. Z jeszcze większym zapałem zabrałem się do tej lektury, gdyż jak sam tytuł wskazuje mamy do czynienia z fantastyczną fabułą do budowy której posłużyły legendy będące podstawą wierzeń starożytnych ludów dalekiej północy. Na uwagę zasługuje fakt że recenzowana książka powstała przy współpracy z zespołem ManOwaR, a konkretnie z jej liderem Joey’em de Maio. Każdy kto orientuje się choć trochę w twórczości i działalności heavy metalowych bogów wie, że – cytując w tym miejscu internetowego klasyka: „nie ma lipy” – jeśli ci panowie za zabierają się za realizację jakiegoś przedsięwzięcia.
Epicka opowieść o bogu burzy i grzmotów- czytając ją widziałem oczami wyobraźni wojowników walczących na śmierć i życie, widziałem gęsto zaściełające ziemię trupy, widziałem mrok i czułem mróz polarnej nocy. Umysłem głównego bohatera odczuwałem nieufność do otoczenia i zagubienie w zupełnie obcym i nieznanym świecie. Smakowałem gorycz zdrady. Wplątany w meandry intrygi nie wiedziałem kto mówi prawdę, kto kłamie, kto jest życzliwy, a kto za chwilę wbije nóż w plecy… Niełatwo było się oderwać od tego wszystkiego. Autor operuje prostym, ale nie banalnym współczesnym słowem pisanym, bez umieszczania w nim na siłę starożytnej gwary, dzięki czemu treść płynie jak film, a czytelnik nie zauważa nawet przebrnięcia stu, stu pięćdziesięciu czy nawet dwustu stron za jednym zamachem w tempie powiedziałbym ekspresowym.
Kiedy tak patrzę na wyśmienitą grafikę okładki w oczy rzuca mi się napis u góry, który brzmi: „Pierwsza część sagi króla fantasy”. Ja już czekam na część następną i to jeszcze lepszą od poprzedniczki, a W. Hohlbein ma rzeczywiste szanse wkroczyć na tron należny królowi.
polecam