Amerykańscy bogowieKlasyczne fantasy to nie jest. Jak zwykle u Gaimana nasza zwykła rzeczywistość i świat zjawisk nadprzyrodzonych przenikają się wzajemnie. Bohaterem opowieści jest mężczyzna zwany Cieniem. Poznajemy go w ostatnich dniach pobytu w więzieniu. Gdy już wyobrażał sobie swoje szczęście po opuszczeniu zakładu karnego, układał plany na przyszłość, otrzymał wiadomość, że jego żona zginęła w wypadku. Wszystkie plany nagle legły w gruzach.
W takim stanie wracając samolotem do domu spotyka tajemniczego mężczyznę, który proponuje mu pracę. Spotkanie to całkowicie zmienia jego życie.
Podejrzewam, że życie każdego uległoby zmianie, gdyby zatrudnił go Odyn, bóg Wikingów. Jak się dowiadujemy dalej, przewracając kolejne stronnice książki, Ameryka pełna jest starych bogów. Nie są już potężni jak dawniej, ani czczeni jak dawniej. Wiodą swój trudny żywot gdzieś w zakamarkach Stanów Zjednoczonych. Odchodzą powoli, bo ludzie, którzy ich ze sobą przywieźli już nie żyją a współcześni po prostu w nich nie wierzą. Ich miejsce zajmują nowi bogowie, władcy techniki, telewizji, Internetu, narkotyków.
Książka jest swoistą podróżą po Stanach Zjednoczonych, w towarzystwie panteonu starych bóstw, nordyckich, egipskich, afrykańskich, którzy toczą swoją walkę o przetrwanie z nowymi bogami, którym ludzkość oddaje cześć.
Oczywiście w szerokim skrócie, bo bogactwa tej książki nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach. Gaiman wpadł po prostu na ciekawy pomysł, i opowiedział tę historię po swojemu. Jak pisze William Gibson na okładce Amerykańskich bogów: Gaiman to autor o niezwykłych zdolnościach i niewyczerpanej fantazji. Chyba każdy, kto czyta jego książki choć po części się zgodzi, fantazji mu odmówić nie można.
Muszę powiedzieć, że z kolejną książką Gaiman coraz bardziej mnie zaskakuje. Ta opowieść jest zupełnie inna niż Nigdziebądź. Ten sam autor, a dwie zupełnie różniące się atmosferą powieści. Świat, do którego trafił Richard Mayhew jest tętniący życiem, ciśnie mi się na usta określenie kolorowy, nie tyle w sensie barw, co różnorodności miejsc i charakterów postaci. Cwany oszust z poczuciem humoru de Carabas, dziwaczny Stary Bailey, sympatyczni Czarni Mnisi, szalony anioł Islington, miejsca takie jak Ruchomy targ, Hrabiowski Dwór, Most Nocy, cytadela Islingtona, we wszystkim tym jest zdecydowanie więcej fantazji Gaimana niż rzeczywistego świata. Nawet kanały nie wydawały mi się tak ponure, na jakie powinny wyglądać. Nic tam nie było ponure. Od tej książki aż bije magią i przygodą.
Amerykańscy bogowie są już zdecydowanie dojrzalszym dziełem, poruszającym poważniejsze nieco tematy. I już zdecydowanie więcej w niej rzeczywistości. I to takiej szarej, monotonni niekiedy tylko przerywanej. Weźmy choćby ponury charakter Cienia, głównego bohatera, pozbawione kolorów środowisku emigrantów ze wschodu, Czernoboga i sióstr Zorii, monotonia i cisza oddalonego od centrów wielkomiejskich zapomnianego miasteczka Lakeside, mieszkanie panów Ibisa i Jaquela. No i dodajmy do tego pogodę, akcja rozgrywa się szarą zimą.
To wrażenie szarości towarzyszyło mi przez cały czas czytania książki. Nie uważam tego za minus, bo jestem przekonany, że autor świadomie stworzył taką atmosferę. Po prostu, jest to książka poważniejsza.
Neil Gaiman jest pisarzem, który od pierwszego momentu zaskarbia sobie sympatię czytelnika. Gdy przeczytasz jedną książkę, masz ochotę na następną. Amerykańscy bogowie była moją drugą książką Gaimana. Oczywiście nie ostatnią.