Autor Wątek: Zabójca z miasta moreli - Witold Szabłowski  (Przeczytany 328 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Elwira

  • Gość
Zabójca z miasta moreli - Witold Szabłowski
« dnia: Październik 06, 2010, 06:54:30 pm »
Czytanie, a raczej łykanie jednym tchem tureckich reportaży Witolda Szabłowskiego pod troszkę niepokojąco brzmiącym tytułem „Zabójca z miasta moreli” jest jak spacer po zatłoczonych uliczkach pełnego kontrastów Stambułu. Miasta, gdzie z jednej strony rzuca się w oczy blichtr, pięciogwiazdkowe hotele, za plecami góruje imponująco jeden z najwspanialszych budynków świata Hagia Sophia, a kawałek dalej, gdy zabrniemy przypadkiem w boczną uliczkę, zobaczymy jak tysiące imigrantów egzystują w ciężkich warunkach, pracując na swoją przepustkę do raju – przemyt do Europy.

Z reportaży Witolda Szabłowskiego wyłania się obraz pełnego kompleksów, a jednocześnie niezwykle dumnego narodu, bezlitośnie rozdartego między Wchodem a Zachodem. Odwracającego się wyprostowanymi plecami do zbyt wyzwolonej Europy, a z drugiej strony głodnego szacunku, marzącego o podziwie, uzależnionego od opinii europejskiego establishmentu. Próbującego dokonać wyboru między nowocześnie skrojonym kapeluszem a tradycyjnym czarczafem. Gdzie rozkwita wciąż na nowo podlewany niesłabnącą wiarą i dzięki temu wiecznie żywy mit Mustafy Kemala – Atatürka (Ojca Turków).

W październikowy, jesienny wieczór wybornie smakują morele z Malatyi, nieco mniej turecki czaj, w wioskowej herbaciarni, gdzie całymi dniami przesiadują wyłącznie mężczyźni, ciekawość budzą osmagane od słońca i wiatru twarze miejscowych, można przystanąć, ale tylko na moment w przygranicznej knajpce na zboczu Araratu, w której w obliczu styku kultur nie trudno zbędnym słowem doprowadzić do krwawej bijatyki. Na wschodzie kraju nie do rzadkości należą wypadki, gdy brat czy ojciec z miłości zabija siostrę, bo zaistniał aż cień podejrzenia, że uśmiechem czy zbyt długim spojrzeniem splamiła honor rodziny, a honor zajmuje istotne miejsce w kompozycji ich życia, to czasem jedyne co mają ci ubodzy, dumni ludzie. W „Zabójcy z miasta moreli” można odnaleźć radości i smutki wpisane w folklor kraju nad Bosforem, pozornie zastygłe konflikty, które lada pretekst może doprowadzić do wrzenia, słodko-gorzki posmak refleksji. Witold Szabłowski nie udaje, że wchodzi w turecką skórę, nie zaprzyjaźnia się na siłę, relacjonuje wszystko z pozycji obserwatora, czasem ironicznego, niedowierzającego, czasem doszukującego się polskich powiązań, nie przestaje się dziwić, czasem złościć, profilaktycznie puszczać przymrużone oczko do zasłyszanych niezwykle barwnych opowieści.

Piękno literatury reportażu (a raczej pogranicza literatury i dziennikarstwa - mniejsza o definicje) polega na tym, że można odbyć tę podróż nie ruszając się z miejsca, poczuć historyczno-polityczno-kulturowy, wpisujący się w turecką obyczajowość klimat, wprowadzić się w stan ekscytacji, dzięki historiom do których trudno byłoby dotrzeć albo były to suche fakty jak z napisanego bez polotu nowoczesnego podręcznika. Turcja kojarzyła mi się dotąd najbardziej z filmami Fatiha Akina, Niemca tureckiego pochodzenia, który przemyca w swoich filmach problem tureckich imigrantów, niestety nie czytałam książek Orhana Pamuka, dzięki reportażom Szabłowskiego przestaje to być aż tak bardzo hermetyczny, przesiąknięty egzotyką świat.