Właśnie czytam ostatnią z serii książek o komisarzu Kurcie Wallanderze i ubolewam nad faktem, że więcej nie ma
Kurt Wallander to buntownik (nie zawsze podporządkowuje się swojemu przełożonemu - mnie też to z trudem przychodzi - i ma swój pomysł na przeprowadzenie śledztwa, udowodnienia winy domniemanemu przestępcy), indywidualista (chodzi własnymi drogami i w przypadku tarapatów spada na cztery łapy), perfekcjonista (nie porzuci jakiejś sprawy, dopóki nie doprowadzi jej do końca), sam - ale nie samotny, zdecydowanie osiąga lepsze wyniki, gdy pracuje na własną rękę (to, że naraża się na niebezpieczeństwo, to drugorzędna sprawa).
Z jednej strony pisarz ukazuje go jako policjanta, którego cechuje wysoka skuteczność w rozwikłaniu zagadek brutalnych morderstw (oczywiście w ujęciu sprawców - i nie tylko - pomagają koledzy z komendy) a z drugiej jako człowieka, który nie jest wolny od popełniania błędów, ma całe mnóstwo wad a nawet nałóg. Dzięki takiemu zabiegowi bohater staje się bliższy czytelnikowi, chętnie utożsamia się z nim, głębiej przeżywa akcję, która - tak czy owak - wciąga coraz bardziej...