Bardzo, bardzo przyjemnie mi się książkę czytało. Nie będę nikogo oszukiwać, ambitnie nie było. Jednak na upały - miodzio.
W zasadzie kryminał, którego akcja rozgrywa się w przedwojennej Warszawie. Dzielny komisarz Drwęcki wyrusza na samotny bój z tajemniczym mnichem/księdzem, który nakłania dziewczęta do samobójstwa. O intrydze można więc zapomnieć. Było tam jednak kilka elementów, które mnie naprawdę urzekły.
Po pierwsze, było lekko i pogodnie. To nie jest brudny, zły i śmierdzący Wrocław Krajewskiego. Tylko Warszawa, słoneczna, radosna i sprawiedliwa nawet w przestępczych kręgach.
Po drugie, Lewandowski wkręcił w fabułę Boya - Żeleńskiego, Tuwima, Kusocińskiego, Wieniawę - Długoszewskiego i samego Piłsudskiego, którzy są naprawdę zabawni.
Po trzecie, wstawki obyczajowe. To, jak pisze o miejscach i ludziach Lewandowski wielokrotnie doprowadzało mnie do wybuchów śmiechu. A pan Hicyntus i jego banda... Ech.
Rekreacyjnie można poczytać, chociaż wyczytałam, że to podobno najlepsze dla młodzieży. Widać się cofam...
A co wy sądzicie na temat tej książki?