W podrzędnej madryckiej knajpie Max, "Kulawy", sączy tanią whisky i wspomina dawne czasy. Sześć lat temu miał pieniądze, przyjaciół i miłość. Potem "przyjaciel" przetrącił mu nogę - i życie: pozbawił honoru, pracy i kobiety. I oto nagle w świat Maksa z powrotem wkracza Ona - piękna i nieprzenikniona Elsa - ciągnąc ze sobą z pozoru dawno pogrzebane emocje: miłość, nienawiść i zemstę.
I oto Max wraca do gry, której pretekstem są zaginione trzy kilogramy kokainy, graczami barwna galeria postaci (w tym femme fatale Elsa, słodka i niewinna Rosa oraz prostacki gangster García), a stawką - wszystko.
W Mnie nie kupisz spotykają się pierwszorzędny czarny kryminał (w duchu Chandlera i Hammetta), namiętny romans (absolutnie nie w duchu Harlequina) i znakomity portret madryckiego półświatka, a wszystko to obficie podlane humorem i ciętą ironią.To od wydawcy. Od siebie dodam, że wydawca opisał całą fabułę z wyjątkiem ostatniej sceny.

Bo i niewiele się w książce dzieje. Fabuła jest okropna, ale nie skreślałabym tej książki od razu. Bowiem język jest powalający. Mieszanka wybuchowa różnych stylów - od harlequina przez gangsterkę do kompletnego menelstwa. I prawdę mówiąc to mnie w tej książce bardzo ubawiło.
Garcia:
Nigdy nie widziałem, żeby ten skurczybyk okazał cień nerwów. Nerwy miał mocniejsze niż konstrukcja wieży Ajfela. Kiedyś nam mierzyli tętno na jakichś tam gównianych badaniach okresowych: on miał czterdzieści osiem. Następny miał dopiero sześćdziesiąt cztery. Maximo Lomas, już samo imię wszystko mówi. Maximo, od kołyski powtarzał, kapujecie, ciemniaki, hołoto, obszczymajtki? Maximo, na maksa! Nie jesteście godni już nawet nie wchodzenia do jego domu, nie jesteście godni usmażenia mu jajecznicy. To była maszyna, kurde. Wdzieliście Blejdranera? No to ten cały android, blondas taki, Ruterhauer, to przy nim ciota jest, cienki bolek, nowicjuszka od Serca Jezusowego. No ale gdzie tam, akurat żeście Blejdranera widzieli, banda ciemniaków, wam to się wydaje, że od czytania to człowiek ma wrzody na żołądku, już te wszystkie filmy z karate i kopaniem w jaja to dla was za dużo, te z tym aktorem, taki rudy, mały, gęba jak u małpy, jak on się, kurde, nazywa Czakmoris czy jakoś tak, wam się wydaje, że to jest kino, a tak naprawdę to cienki barszczyk jest i tyleDla języka (i tłumaczenia) warto.