Wiecie co? W życiu nie czytałam czegoś takiego. Już na pewno po kobiecie nie spodziewałam się czegoś w tym stylu. Świat, w którym nie ma dobrych ludzi, a wszyscy posuną się do morderstwa/ćwiartowania zwłok/wymuszeń/szantażu/itp., jeśli w grę wchodzą pieniądze.
Ostateczne wyjście to historia o czterech kobietach, które razem pracują na nocną zmianę w fabryce, przygotowującej gotowe zestawy obiadowe. Wszystkie mają dokładnie przekichane w życiu. Jedna jest bita przez męża, druga opiekuje się niedołężną teściową, która się na niej wyżywa, trzecia jest po uszy w długach, czwarta na pozór ma normalną rodzinę, ale mąż i syn nie odzywają się do niej i do siebie nawzajem. Kiedy pierwsza z nich w przypływie furii dusi męża, reszta (w zamian za drobne wynagrodzenie) postanawia poćwiartować jego zwłoki i rozrzucić po śmietnikach w okolicy. Dodajcie do tego właściciela knajpy i kasyna, prywatnie zwyrodnialca i mordercę, lichwiarza i paru gości z yakuzy, wszystkich chciwych i bezwzględnych...
Momentami zmykałam oczy i odwracałam wzrok od książki, ale mimo wszystko wracałam po pewnym czasie i skończyłam czytać. Ale naprawdę od dawna żadna książka tak na mnie nie podziałała. Jestem osobą, która potrafi zjeść obiad, oglądając w TV sekcję zwłok, przy tym jednak nie dałam rady.