Kryminał. Szwedzki. Podobno klasyk. Pierwsza z dziesięciu powieści z Martinem Beckiem, dzielnym policjantem, w roli głównej.
Rzecz w oryginale wyszła w roku 1965 i jest bardzo, bardzo retro.

Czyta się szybciutko i łatwo, w zasadzie jest przewidywalny, jak się człowiek przyzwyczai do myśli, że w 1965 r. nie było Internetu, telefonów komórkowych czy badań DNA. Chociaż to główna zaleta tej książki. Płakałam ze śmiechu, kiedy szwedzka policja nie mogła porozumieć się z amerykańską, bo rozmowy telefoniczne były co chwila przerywane przez trzaski i ostatecznie porozumiewali się za pomocą... telegramów. Nie mniej zabawne było, kiedy jeden z policjantów śledził bandytę i do bazy dzwonił tylko wtedy, kiedy udało mu się dorwać do budki telefonicznej.
Poza tym świetna jest para policjantów - Melander i Kollberg, którzy pomagają Beckowi w śledztwie. Są bardzo uroczy, kiedy sobie dogryzają co chwila.
Stara szkoła, dla rozrywki - polecam.
